<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651</id><updated>2012-01-15T09:08:38.476+01:00</updated><category term='Tribute'/><category term='Melodic Power Metal'/><category term='Melodic Death Metal'/><category term='Melodic Heavy Metal'/><category term='Hardcore Punk'/><category term='Thrash Metal'/><category term='Instrumental'/><category term='Modern Metal'/><category term='Alternative Metal'/><category term='Melodic Rock'/><category term='heavy rock'/><category term='Progressive Symphonic Metal'/><category term='Blues'/><category term='Atmospheric Groove Metal'/><category term='Female Fronted Metal'/><category term='Neoclassical Power Metal'/><category term='Symphonic Power Metal'/><category term='Jazz'/><category term='Death Metal'/><category term='Neoclassical Power Metal with harsh vocals'/><category term='Shred'/><category term='Stoner Metal'/><category term='Hard Rock'/><category term='Symphonic Black Metal'/><category term='Rock'/><category term='Southern Rock'/><category term='Gothic Metal'/><category term='Progressive Rock'/><category term='Traditional Heavy Metal'/><category term='Black Metal'/><category term='Progressive Thrash Metal'/><category term='Metalcore'/><category term='Neoclassical Metal'/><category term='Technical Death Metal'/><category term='Heavy Metal'/><category term='Doom Metal'/><category term='Progressive Death Metal'/><category term='Psychodelic Rock'/><category term='Speed Metal'/><category term='Epic Doom Metal'/><category term='Progressive Metal'/><category term='Rock &apos;n&apos; Roll'/><category term='Southern Metal'/><category term='Symphonic Metal'/><category term='Guitar Virtuoso'/><category term='NWOBHM'/><category term='Traditional Metal'/><category term='Glam Metal'/><category term='sludge'/><category term='Stoner/Heavy Metal/Grunge'/><category term='Melodic Speed'/><category term='AOR'/><category term='Various Artists'/><category term='Power Metal'/><title type='text'>Vincent's Metal Corner</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>243</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-6701860312097713896</id><published>2012-01-10T22:20:00.000+01:00</published><updated>2012-01-10T22:20:12.022+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Power Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Primal Fear - Unbreakable (2012)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-xWpF4KdK3uI/TwyrbnryJsI/AAAAAAAAAco/5N-oz4oRZ6Q/s1600/Primal+Fear+-+Unbreakable+%255B2012%255D.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-xWpF4KdK3uI/TwyrbnryJsI/AAAAAAAAAco/5N-oz4oRZ6Q/s320/Primal+Fear+-+Unbreakable+%255B2012%255D.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W swojej ostatniej recenzji płyty Primal Fear, notabene niezbyt pochlebnej, napisałem, że zanim Diabeł dowie się, że są już martwi mają jeszcze trochę czasu. Twierdziłem, że ci muzycy mają już siebie serdecznie dość i że jedni na drugich zwalają winę za brak killerskich przebojów i porywających refrenów. Do tego zmiany w składzie. No cóż, przy okazji nowego krążka tej niemieckiej ekipy znów nastąpiła zmiana. Odszedł ten, który przyszedł. Zaskakujące nieprawdaż? Żegnamy Woltera, witamy nie byle kogo, bo samego Alexa Beyrodta. Przyznam, że nieprzyjemnie się przez chwilę zrobiło, bo przypomniałem sobie ostatni wypiek ekipy Sinnera, w którym brał udział. No ale to przecież szef Voodoo Circle, więc może nie będzie tak źle... Dostępny przed premierą singiel "Bad Guys Wear Black" napawał optymizmem, do rąk i uszu dostaliśmy dwa bardzo dobrze rokujące numery. Wypadało więc wyczekiwać całości z niecierpliwości przebierając nogami. Wreszcie już jest, więc pora zapoznać się z nowymi propozycjami. Tym razem dostajemy 12 nowych kompozycji, okładkę tradycyjnie zdobi metalowy orzeł. No i do tego dumny tytuł tego CD. Niezłomni... Czy jednak naprawdę tak jest? Czy ten zespół potrafił się podnieść i znów udowodnić wszystkim, w tym także i piszącemu, że mylili się skreślając, lub w najlepszym przypadku, niezbyt wierząc w udany powrót spółki autorskiej Sinner-Scheepers? Nie warto gdybać, lepiej zajrzeć do środka, odpalić krążek i ocenić samemu zawartość. Na początek epickie intro w postaci &lt;b&gt;Unbreakable (Part1)&lt;/b&gt;. Bardzo spodobało mi się takie otwarcie płyty i jakoś tak optymistycznie nastroiło do reszty. Pomyślałem, że "początek wcale niezły jest..." Jeśłi jeszcze miałem jakieś wątpliwości to mocarne uderzenie znakomitego riffu w dumnie zatytułowanym &lt;b&gt;Strike&lt;/b&gt; pozbawiło mnie wszelkich obaw, rzuciło na kolana i ponownie przekonało do Primal Fear. No bo komu nie podoba się takie "Strike and take no prisoners" niech się przerzuci na popiskiwanie popowych gwiazdeczek z dyskotek. Ci cholerni niemcy kłaniają się wszystkim nisko, mówiąc: "cześć, posłuchajcie sobie naszej nowej płyty!. Nie ma tu się do czego przyczepić. Utwór gna do przodu niczym rozpędzona ciężarówka, napędzana zaciętymi pojedynkami gitarzystów i znakomitymi wymianami solówek. No i ten niesamowity Ralf, będący w doskonałej dyspozycji wokalnej. Dumnie pokazał Halfordowi kto w tym roku rządzi. Równie udanym, stricte "primalowskim" wałkiem jest &lt;b&gt;Give 'Em Hell&lt;/b&gt;. Nieco przypominający zamierzchłe czasy "Back from Hell" ale czy komuś to przeszkadza? No i daje tu o sobie znać Alex, wprowadzając świetne zwolnienie, które przeradza się w ognistą solówkę. Oczywiście mamy także chóralnie śpiewany refren, no bo jakże mogło go tutaj zabraknąć? Nijak nie mogło. Musiał być i koniec. Potem mamy pierwszy singlowy, wspomniany już przeze mnie wyżej numer &lt;b&gt;Bad Guys Wear Black&lt;/b&gt;. Do tegoż nakręcono również wideoklip. Jedno można na tym CD zauważyć. Wszystkie utwory ułożone są tak, by każdy kolejny wynikał z poprzedniego. Jest w tym jakaś taka naturalność, czy też może zamysł. Singiel wstydu nie przynosi, obydwaj wioślarze nadal nie rezygnują ze świetnej zabawy, z pasją wymieniając się solówkami, podczas gdy reszta zespołu robi swoje. Primal Fear to zespół, który nie zapomniał, że swoje korzenie ma w power metalu. Bo jak określić &lt;b&gt;And There Was Silence&lt;/b&gt;? Czyste powerowe grzanie, bardzo przypominające najlepsze lata.... Helloween z Derisem na wokalu. Ponieważ dyniowaci nie są ostatnio w najlepszej formie to koledzy po fachu przypomnieli im jak się pisze znakomite kawałki. Jak na wielki powrót przystało, musiało znaleźć się miejsce na metalowy hymn. No i mamy takowy w postaci &lt;b&gt;Metal Nation&lt;/b&gt;. Łagodnie rozpoczynający się gitarowym wstępem, by później zgrabnie rozwinąć się w rzecz, która tym panom przychodziła z ogromną łatwością. Przecież takich hymnów mają przynajmniej kilka, a ten z pewnością pojawi się w koncertowej rozpisce. Mam też takie wrażenie, że w tym numerze Ralf mocno rehabilituje się za kompromitujący "Saints of Rock" z solowej płyty. Bas pulsuje, gitary ryczą, blachy szumią, a wokalista nawołuje "Everybody, join the Metal Nation!". Elegancki, jakże brytyjski w swej wymowie kawałek, w którym z całą pewnością maczał palce Beyrodt. I jeszcze jedno, bardzo ważne zresztą: Sinner nareszcie przestał się wtrącać do pisania i aranżowania ścieżek. On tu tylko zagrał na basie i udzielał się w chórkach. Uffff.... Kolejną, siódmą w kolejności propozycją jest ponownie zrobiony w stylu Helloween, kapitalny &lt;b&gt;Where Angels Die&lt;/b&gt;. No Deris i kumple muszą się mieć teraz z pyszna słuchając tych dźwięków. Posłuchajcie tu tego miażdżącego basu Sinnera. Doprawdy ta płyta jest kapitalnie wyprodukowana. Wszystko pięknie słychać, nikt nie wyrywa się przed szereg, a całości słucha się z ogromną przyjemnością. Ta płyta nie nudzi, wręcz przeciwnie, zaskakuje mnogością pomysłów, rozwiązań, czystej przyjemności i zabawy dźwiękami. Choćby te zwolnienie w tym kawałku. Kapitalna, gitarowa ornamentyka, godna utworów Rainbow ery Dio. Wielkie brawa dla talentu kompozytorskiego Alexa. Ralf bardzo wczuł się w całość i kapitalnie rozegrał to wokalnie. Wiedział gdzie sobie odpuścić, stworzyć odpowiedni nastrój i oprawę, a gdzie bardziej przycisnąć. &lt;b&gt;Unbreakable (Part 2)&lt;/b&gt; to znów radosna, primalowska jazda bez trzymanki. I po raz trzeci puszczenie oka do panów dyniowatych, niczym złośliwe uszczypnięcie. No i ręka do góry komu nie przychodzi tu na myśl takie "I want out". Chwila oddechu w kapitalnie rozegranym zwolnieniu, a potem pięknie grające unisono gitary i wspaniałe wymiany solówek. A formy wokalnej Halford na pewno zazdrości Ralfowi. Tajemnicze dźwięki witają nas w &lt;b&gt;Marching Again&lt;/b&gt;. W końcu następuje zmasowany atak gitar i galopująca na złamanie karku sekcja. I jeśli zwrotki są idealnie w stylu Primal Fear to refreny znów przypominają najlepsze dokonania Helloween. Czy to źle? Moim zdaniem absolutnie nie. Zaskakuje klimatyczne zwolnienie ale czy nie może się ono podobać? Oczywiście, że tak! Oni już nieraz stosowali takie zabiegi w niektórych swoich utworach i bardzo często ze znakomitym rezultatem. Na znakomitym wydawnictwie nie mogło zabraknąć ballady. Tutaj tę rolę pełni &lt;b&gt;Born Again&lt;/b&gt;. Posłuchajcie sobie tego rozwalającego refrenu, gdy Ralf z wyrzutem zadaje pytanie o sens istnienia. Utwór ten wielkim hitem jest i basta. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że Ralf podczas nagrywania tego typu ścieżek, buduje sobie swego rodzaju ołtarzyki, by już w studio móc lepiej "wczuć" się w śpiewany tekst. Jeśli zrobił to i w tym przypadku, to zagrało bez pudła. W tle pięknie grające smyczki, niczym w dawnym "The Healer". Kapitalna rzecz. &lt;b&gt;Blaze Of Glory&lt;/b&gt; to powrót do primalowskiego młócenia na najwyższym poziomie. I czy mi się wydaje, czy Ralf z ekipą faktycznie postanowili podokuczać kolegom spod znaku dyni? Niektóre dźwięki kojarzą się z utworami Helloween i tylko chóralnie zaśpiewany refren przypomina, że to utwór Primal Fear. I czy nie ma tu ech znakomitego "Metal is Forever"? Na koniec kapitalny &lt;b&gt;Conviction&lt;/b&gt;. Może nieco gorszy od całości ale nadal pasuje i jakoś specjalnie nie przeszkadza w odbiorze, mimo tego, że przypomina wałki ze starych płyt. Całość ratują i podciągają znakomite solówki Karlssona i Beyrodta. Słusznie umieszczono go na końcu tego CD. Przynajmniej nie rozczarowuje gdzieś w środku czy na początku płyty. Jest sobie skromnie na końcu. Tak sobie to zespół wymyślił, i słusznie zresztą.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Co się zmieniło w tym zespole? Mieli dość czasu na ochłonięcie, zastanowienie się, kolejną zmianę na stanowisku gitarzysty i napisanie nowych numerów. Bardzo dobrym krokiem było zaproszenie do składu Alexa, speca od gitarowego wymiatania i produkcji. Ciekawe czy po porażce ostatniego Sinnera wziął za przysłowiowe "szmaty" Matta, potrząsnął nim i powiedział kilka słów do słuchu. Bo ten jak napisałem wyżej, tylko tu zagrał i poudzielał się w chórkach. Czy Diabeł dowie się, że są martwi? Raczej ten, którego imienia wymieniać nie należy, pozostanie na swoim miejscu w piekle nadal smażąc grzeszników w smole. Jedyne co może zrobić, to założyć słuchawki na swoje czarne uszy i posłuchać nowej płyty Primal Fear. Bo jak się okazuje, nie bez przyczyny są niezłomni. I oby tak zawsze było, bo w końcu każdej ekipie zdarzają się słabsze płyty. Tu skuchy nie ma i z czystym sumieniem stawiam pełne i okrągłe 10/10. W pełni sobie na to zasłużyli. Jeńców nie wzięli.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-6701860312097713896?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/6701860312097713896/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2012/01/primal-fear-unbreakable-2012.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6701860312097713896'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6701860312097713896'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2012/01/primal-fear-unbreakable-2012.html' title='Primal Fear - Unbreakable (2012)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-xWpF4KdK3uI/TwyrbnryJsI/AAAAAAAAAco/5N-oz4oRZ6Q/s72-c/Primal+Fear+-+Unbreakable+%255B2012%255D.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-6171523777967494355</id><published>2012-01-09T22:04:00.000+01:00</published><updated>2012-01-09T22:04:24.709+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Atkins/May Project - Serpent's Kiss (2011)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-nvOU76vqmpk/TwtWI8_3b6I/AAAAAAAAAcg/TRQsf4ctg40/s1600/Atkins-May+Project+-+Serpent%2527s+Kiss+-+2011.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-nvOU76vqmpk/TwtWI8_3b6I/AAAAAAAAAcg/TRQsf4ctg40/s320/Atkins-May+Project+-+Serpent%2527s+Kiss+-+2011.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Jest wreszcie zapowiadany i długo wyczekiwany krążek panów Ala Atkinsa i Paula Maya. Zestawienie jest o tyle ciekawe, że obaj absztyfikanci pochodzą z różnych światów. Ten pierwszy to były wokalista Judas Priest oraz Holy Rage, współautor takich przebojów jak "Dreamer deceiver" i "Victim of changes". Wydał 6 płyt, współpracując między innymi z Drugi to chrześcijański gitarzysta, obecny członek zespołu Temple Dogs i autor pokaźnej liczby płyt (50 o ile dobrze pamiętam). Mieszanka rzec można wybuchowa. Udało im się jednak stworzyć album, który równie dobrze mógłby ukazać się gdzieś w okolicach lat '80 ubiegłego wieku. Ciekawie więc zapowiadała się współpraca obu tych panów. Na "Serpent's Kiss" obaj zaprezentowali dawkę mocnego, heavy metalowego grania. Tu i ówdzie bardzo surowa produkcja i zaskakujące, speedowe zagrywki Maya, wyjęte z najlepszych płyt kanadyjskiego Exciter naprawdę mogą robić doskonałe wrażenie. Do tego bardzo melodyjne i jakże dopasowane solówki położone na całość utworów mogą przyprawiać o zawrót głowy. Tak więc Venom spotyka się z Exciter na piwie. W skrócie powstaje "bardzo zła płyta", której jednak z ogromną przyjemnością się słucha. Ciekawie położone są wokale Atkinsa. Nieco jakby obok reszty instrumentów ale wciągający, intrygujący i nieco taki tajemniczy. Al śpiewa nisko, pewnie i doskonale wpasowuje się wokalem w ścianę dźwięku produkowaną przez Maya i resztę instrumentalistów. Tak więc na początek bardzo dobre intro &lt;b&gt;The Shallowing&lt;/b&gt;. Wolno, majestatycznie i dostojnie rozpoczyna się ta płyta, by przejść w thrashową ścianę dźwięków, bezlitośnie atakując uszy słuchacza gitarowym jazgotem i mocnym, znakomitym wejściem Atkinsa. Proszę posłuchać jak znakomicie współpracuje z nim May. Nie tylko gna ze swoimi riffami na złamanie karku ale produkuje całą masę znakomitych solówek, którymi ozdabia całość. Pod koniec ścieżki całość zwalnia, znów robi się klimatycznie i dostojnie. Nie na długo jednak, bo zaraz potem obaj znów atakują w &lt;b&gt;Traitors Hand&lt;/b&gt;. No, jeśli mamy tak mocny tytuł to i utworek musi być taki sam. Panowie nie biorą tu jeńców, a thrashowa wściekłość, którą demolują swojego odbiorcę, musi budzić nie tylko podziw ale i szacunek. Na uwagę zasługują znakomite solówki, jakby żywcem wyjęte z pierwszych albumów Metalliki. Myślę, że sam Hammet pokiwałby z uznaniem głową. Może nawet by się zawstydził, bo sam już takich solówek zbyt często nie gra. W &lt;b&gt;Dream Maker&lt;/b&gt; mamy już nieco więcej heavy metalu. Może i taki metal gra się na wyspach już od lat ale gra Maya z pewnością zasługuje tu na uwagę, z tym, że nie wysuwa się on tu przed szereg. Gra co prawda bardzo dużo i cholernie indywidualnie, warstw gitar jest tu na pewno co najmniej kilka ale nadal współpracuje on z Atkinsem bez zarzutu. Najciekawsze jest w kolejnym &lt;b&gt;Can You Hear Me?&lt;/b&gt; Znakomity, bardzo niepokojący numer. Sporo w tym ciepłej, rockowej barwy dźwięków ale tak skomponowanych kawałków zbyt często się nie słyszy. I ten wokal Ala. No wczuł się tu facet w nastrój całości i zaśpiewał bez pudła. Trzeba przyznać, że obaj panowie znakomicie poradzili sobie w tym wałku. Stworzyli aurę tajemniczości, niepewności i zagrożenia. May położył znakomite gitary, Atkins z kolei swoje wokale dopasował tak, by ani na moment nie odstawały od nastroju całości. Podobać się może następny w kolejce &lt;b&gt;Signz&lt;/b&gt;. Bardzo wolny, wręcz walcowaty i miażdżący na cienką bibułkę heavy metalowy numer, ze znakomicie pomyślanym refrenem. Proszę posłuchać tego złowieszczego tekstu. I pomyśleć, że głównym sprawcą dźwięków jest tu chrześcijański gitarzysta. May stworzył na tej płycie zło w czystej postaci. Nie ma chyba wielu takich płyt, gdzie muzykom udaje się osiągnąć taki efekt. Oczywiście nie mogło zabraknąć tu czegoś na miarę utworów Judas Priest. Tu mamy krótko i mocno zatytułowany &lt;b&gt;Fight&lt;/b&gt;. Tak się zastanawiam jakby tu zabrzmiał Halford zamiast Atkinsa. Śmiem przypuszczać, że nie będący ostatnio w formie Rob zwyczajnie usiłowałby zrobić z tego coś na modłę "hitów" JP i zwyczajnie spieprzyłby całość. Podobać się mogą także solówki, duet Tipton-Downing mógłby się z pewnością zawstydzić, bo obaj od dawna tak nie grają i chyba grać już tak nie potrafią. Podobny w swej wymowie i judasowskiej manierze, choć może nie do końca, jest także &lt;b&gt;Judge&lt;/b&gt;. May znów wymyślił znakomite riffy i ozdobił całość solówkami, a Atkins, takim nieco zrezygnowanym i zmęczonym głosem dokończył całość. Nie wiem czy taki był zamierzony efekt, jeśli tak, to wypadło to znakomicie.&amp;nbsp; A jeśli tego mało to proszę zwrócić uwagę na znakomity efekt stereo, gdy May gra swoje solówki, na płynne przechodzenie dźwięków z głośnika na głośnik, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Obaj absztyfikanci nie odpuszczają i atakują słuchacza w kolejnym na CD &lt;b&gt;Betta Than Twisted&lt;/b&gt;. Znów nieco niepokojący, jest tu coś z metallikowego nastroju niektórych numerów z "Load" czy "Reload". Oczywiście całość jest na wskroś heavy metalowa i wstydu autorom z pewnością nie przynosi. Może i nieco sztampowy, fakt, ale w całość krążka wkomponowany bardzo dobrze. Dalej mamy zaskoczenie w postaci nowej wersji utworu &lt;b&gt;Cold Gin&lt;/b&gt;. Niektórzy z Was mogą zapewne kojarzyć ten numer z wykonania misiów panda i rock 'n' rollowych pisanek z Kiss. Atkins i May przerobili ten kawałek na swoją modłę, tak by nie odstawał od całości płyty. Może na pierwszy odsłuch nie wszyscy się połapią i odgadną o co chodzi. Gdy się jednak wsłuchać, to można wyłapać charakterystyczny styl Paula Stanleya. Na koniec Wielki Finał w postaci &lt;b&gt;Theatre Of Fools&lt;/b&gt;. Świetnie pomyślany i skomponowany numer, utrzymany w średnim tempie, z niepokojącymi gitarami, rzewną solówką na początku kawałka i zrezygnowanymi wokalami Atkinsa. Al znów opowiada kolejną, ponurą historię, a May swoją grą tworzy specyficzny, nie do pomylenia z żadnym innym, nastrój. Uwagę zwraca tu jeszcze znakomita, gitarowa galopada i marszowe tempo aż do końca utworu i końca płyty. W ogóle jeśli chodzi o teksty na tym CD, to są one doskonale wpasowane w muzykę, a gdyby wyjąć fragmenty liryków z poszczególnych utworów to zapewne co bardziej wrażliwi nie mogliby w nocy długo spać. Wszakże już na samym początku ostrzegałem, że to jest bardzo zła płyta, wręcz tym złem przesiąknięta. &lt;br /&gt;Krążek na który warto było czekać i który z pewnością znajdzie wielu zwolenników. Można czepiać się brudnego brzmienia ale w dobie wycyzelowanego, sterylnego parcia na brzmienie takich płyt wyczekuje się wręcz z utęsknieniem. No bo ile można słuchać krystalicznego brzmienia i rzewnych tekstów o miłości i kochaniu? To zostawmy power metalowym rycerzykom, smokom i księżniczkom uwięzionym w wieżach. Tu mamy brud, zło, zabójcze gitarowe pościgi, znakomite melodie i doskonale wpasowany w to wszystko wokal Ala Atkinsa. Na takie propozycje zawsze warto czekać. Z tego też względu ja nie mam się tu do czego przyczepić i z czystym, o przepraszam - brudnym sumieniem, stawiam tej płycie notę 10/10. Polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-6171523777967494355?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/6171523777967494355/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2012/01/atkinsmay-project-serpents-kiss-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6171523777967494355'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6171523777967494355'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2012/01/atkinsmay-project-serpents-kiss-2011.html' title='Atkins/May Project - Serpent&apos;s Kiss (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-nvOU76vqmpk/TwtWI8_3b6I/AAAAAAAAAcg/TRQsf4ctg40/s72-c/Atkins-May+Project+-+Serpent%2527s+Kiss+-+2011.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-1568755532993919009</id><published>2011-12-18T22:29:00.000+01:00</published><updated>2011-12-18T22:29:13.675+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Modern Metal'/><title type='text'>Metallica - Beyond Magnetic (EP) (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-JQB2965A9gY/Tu5bHrVlDKI/AAAAAAAAAcY/JJYF728zpo8/s1600/Metallica+-+Beyond+Magnetic+%2528EP%2529+-+2011.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-JQB2965A9gY/Tu5bHrVlDKI/AAAAAAAAAcY/JJYF728zpo8/s320/Metallica+-+Beyond+Magnetic+%2528EP%2529+-+2011.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No i kto by się tego spodziewał? Metallica świętując swoje 30-lecie istnienia wydaje internetową EP'kę, zawierającą utwory, które nie zmieściły się na ich długograj "Death Magnetic". Początkowo dystrybucja miała ograniczyć się tylko do członków oficjalnego fanklubu. Papa Het i spółka doszli do wniosku, że to jednak zdecydowanie za mało i postanowili mini album udostępnić szerszej gawiedzi. Rzecz jasna, nie byliby sobą, gdyby nie chcieli na tym dodatkowo zarobić. No i mamy "Beyond Magnetic EP" dostępne odpłatnie na internetowym serwisie iTunes. Jakby tego było mało, urodziny obchodzili hucznie i królewsko, bo przez cały tydzień. Przez ten czas odbywały się m.in. koncerty, podczas których wystąpili z Davem Mustainem i Jasonem Newstedem. Hmm, czyżby to zapowiedź powrotu tego ostatniego do ekipy Larsa i Hetfielda? Daj Lucyferze aby tak było, bo jedynie Newsted mógłby coś zrobić na poprzedniej "Lulu". No ale do rzeczy. Mamy cztery kawałki, odrzuty z "Death Magnetic". Czyli te utwory nie były aż tak złe by ich światu nie udostępniać, czy też Metallica chce koniecznie na wszystkim zarobić? Pomijam już fakt, że jeden z utworów już wcześniej do sieci wyciekł. Myślę, że zespół udostępnił te kawałki po trosze z każdego powodu. Nie były aż tak złe by się ich wstydzić i aż tak złe by na nich nie zarobić. Bo przecież fani kupią wszystko co ma logo Metalliki. Oczywiście przed ukazaniem się tej EP, panowie przetestowali zawartość na publice, serwując te numery na jubileuszowych koncertach w Fillmore. I chyba testy wypadły obiecująco, skoro ów mini-album ujrzał światło dzienne. Pierwszy z nich to &lt;strong&gt;Hell Train&lt;/strong&gt;. Dobry, wręcz obiecujący wstęp, utrzymany w sosie z "Death Magnetic". Potem takież samo rozwinięcie. Trochę może denerwuje mnie bezsensowne naparzanie Larsa w talerze ale niech już ostatecznie będzie. Bardzo dobre zwrotki i jeszcze lepiej brzmiący refren, który pasowałby np. na Load albo Reload. Wypada bardzo balladowo i to jest najjaśniejszy punkt tej kompozycji. I szkoda, że James psuje ją bezsensownym wrzaskiem, zamiast zrobić to bardziej klimatycznie. Przecież umie to robić. Oczywiście, jak cała zawartość "Death Magnetic", utwór jest dość długi i trwa prawie siedem minut. Dużo jednak się w nim dzieje i to kolejny plus. Jedna poważna wada to tylko ten bezsensowny wrzask Hetfielda. &lt;strong&gt;Just a Bullet Away&lt;/strong&gt; to następna propozycja. Ciekawy riff i aż się chce tego słuchać. W sposobie śpiewania wokalisty mam pewne skojarzenia z Annihilator, w przewodnim motywie to samo. I nie, nie jest to zarzut. Ten kawałek naprawdę mi się podoba, nawet Hetfield śpiewa tu lepiej. Ładnie wypada zwolnienie mniej więcej w środku kawałka. To przywraca mi wiarę w kompozytorskie talenta członków Metalliki. Po tym znów mamy atak riffów i całkiem niezłą solówkę Hammeta. I końcowa fraza: &lt;em&gt;Kula w łeb za to, że cie opuściłem....&amp;nbsp;&lt;/em&gt;&lt;strong&gt;To Hell And Back&lt;/strong&gt; to chyba najlepszy numer z całej zawartości Beyond Magnetic EP. Zdecydowanie wolniejszy i jakby taki trochę bardziej zamyślony. Szczerze żałuję, że nie ma go na "Death Magnetic", zamiast np. tego instrumentalnego numeru. Zagrany nieco na modłę tych wszystkich nowomodnych zespołów metalowych ale czy przez to zły lub gorszy? Myślę, że nie. Sporo się tu dzieje, mimo, że tradycyjnie utwór jest rozbudowany i długi. Podobają mi się tu solówki Hammeta, choć można by, jeśli chodzi o całość, z tego i owego zrezygnować. No i zajebista, jakże Metallikowa końcówka. Na zakończenie EP'ki do głosu dochodzi basista, w rozpoczynającym &lt;strong&gt;Rebel of Babylon&lt;/strong&gt;, wstępie. I teraz: fajne to jest, takie troche w s tylu tych wszystkich numerów na "Garage Inc.". Oczywiście, potem wszystko wraca do normy przyjętej na "Death Magnetic". Szczerze mówiąc, jako całość nie przekonuje mnie ten wałek. Za wyjątkiem kilku interesujących riffów nie znajduje tu nic dla siebie. Mogą robić wrażenie zastosowane zwolnienia ale chyba nic więcej. No dobra, Hammet znów jest w formie. Jednak tu długość kawałka już nuży i zwyczajnie wkurza.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;I co? Zestaw kilku utworów, których zespół ostatecznie pożałował chować na półce z napisem "nigdy nie wydane/odrzuty". Miło tego posłuchać, choć to w zasadzie nic odkrywczego. Całość pozostawiam jednak bez oceny. Niech każdy zrobi to sam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-1568755532993919009?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/1568755532993919009/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/12/metallica-beyond-magnetic-ep-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1568755532993919009'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1568755532993919009'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/12/metallica-beyond-magnetic-ep-2011.html' title='Metallica - Beyond Magnetic (EP) (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-JQB2965A9gY/Tu5bHrVlDKI/AAAAAAAAAcY/JJYF728zpo8/s72-c/Metallica+-+Beyond+Magnetic+%2528EP%2529+-+2011.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-4049025391087401577</id><published>2011-11-21T15:36:00.000+01:00</published><updated>2011-11-21T15:36:35.471+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Aria - Feniks (2011)</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-AbE8gILfFO4/Tsph3rMKhGI/AAAAAAAAAcQ/W18oHAKlvQs/s1600/%25D0%2590%25D1%2580%25D0%25B8%25D1%258F+-+%25D0%25A4%25D0%25B5%25D0%25BD%25D0%25B8%25D0%25BA%25D1%2581+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-AbE8gILfFO4/Tsph3rMKhGI/AAAAAAAAAcQ/W18oHAKlvQs/s320/%25D0%2590%25D1%2580%25D0%25B8%25D1%258F+-+%25D0%25A4%25D0%25B5%25D0%25BD%25D0%25B8%25D0%25BA%25D1%2581+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Długo bo aż 5 lat kazali fanom czekać najbardziej znani, rosyjscy heavy metalowcy z zespołu Aria na swój nowy album. Ostatni studyjny wypiek ukazał się bowiem w październiku 2006 roku. LP "Armageddon" zbierał pochlebne recenzje i oczekiwania były naprawdę spore. Tymczasem czas mijał i nic. Czyżby to taka swoista "moda" wśród zespołów? Większość "starych" grup już powiedziała, co najlepsze miała do powiedzenia i z czasem przychodzi im trudniej nagrywanie i wydawanie nowych krążków. Może to po prostu wygodnictwo?  Na płytach pewnie dużo nie zarabiają, na koncerty ludzie przychodzą, więc... po co? Sporą częścią składową tego stanu jest zbieranie pomysłów, odejścia i przyjścia muzyków, wreszcie wszystkim znana proza codzienności. Mówiło się, że nowy krążek ukaże się w roku 2010. Tymczasem nic się nie działo. Dopiero gdzieś w okolicach lipca bieżącego roku gruchnęła wieść, że nowa studyjna płyta zespołu Aria będzie się nazywać "Feniks" i zostanie ona wydana na początku jesieni tego roku. Co prawda nie ujawniono jeszcze wtedy ani okładki ani tracklisty ale wieść o tym, że w końcu nowe dzieło ujrzy światło dzienne nastrajała optymistycznie. Niecierpliwość podsycały ujawnione wcześniej próbki utworów ze studia. Do tego okazało się, że na nowej płycie zaśpiewa najnowszy nabytek w osobie wokalisty. Personalia owego absztyfikanta utrzymywane były w najgłębszej tajemnicy. Poprzedni krzykacz, pan Bierkut wyleciał z zespołu na zbity pysk. To, że nowy wokalista zrealizuje partie wokalne było raczej do przewidzenia, gdyz na wspomnianych klipach ze studia Artura Bierkuta nie było widać. Wreszcie zespół sam potwierdził te informację w stosownym komunikacie. Jak napisałem wyżej potwierdziły się również przypuszczenia, ze na nowym LP zaśpiewa zupełnie inny wokalista. Ujawniono wtedy również tytuł płyty i datę jego orientacyjnego wydania. Wstępnie premierę ustalono na październik. Gdy wreszcie ujawniono okładkę i fragmenty gotowych utworów, wiedziałem, że źle nie będzie i warto czekać na całość. Co prawda ostatecznie zamiast 12 planowanych kawałków na wydawnictwie jest ich 10 ale to w zupełności wystarczy. W końcu panowie ujawnili personalia nowego siatkowego, jest nim Mikhail Zhitnyakov. Premiera nowego dzieła została ustalona na 5 października. Płyta zostanie wydana nakładem wytwórni СОЮЗ (SOJUZ) i będzie dystrybuowana na terenie Federacji Rosyjskiej i Państw WNP. Tak sobie słucham całości i zupełnie nie mam pomysłu co napisać. Najchętniej zamknąłbym recenzję dwoma słowami: świetna płyta. I wybaczcie ale mam tylko jedno skojarzenie. I to z nie byle jakim zespołem i nie byle jaką płytą. Feniks odradza się z popiołu, to tak jakby powstawał zupełnie nowy świat. Czy już wiecie co chcę powiedzieć? Ktoś może stwierdzić, że rżnę głupa, że mi odbiło i że to świętokradztwo porównywać płytę rosyjskiego zespołu do płyty brytoli z Iron Maiden. Ja jednak będę upierać się przy swoim stanowisku. Tym bardziej, że w wielu fragmentach tej płyty aż pachnie dokonaniami Dziewicy. Wszak nie bez powodu Aria nazywana jest rosyjskim odpowiednikiem ekipy Stefka Harrisa. Tak czy owak zespół ten podniósł się po raz kolejny i znów udowodnił, że niestraszna im zmiana kluczowego elementu jakim przecież jest wokalista. To już trzecia zmiana, przecież najpierw odszedł Kipelov, potem Artur Bierkut. Ten drugi wzorem swojego poprzednika postanowił założyć własną grupę, którą, a jakże, firmuje własnym nazwiskiem. No cóż, pożyjemy i zobaczymy czy Arturowi uda się przebić solo, czy też może tak jak Walery Kipelov - zamilknie na długie lata, wydając w tym czasie zaledwie jedną płytę. Rzecz jasna, jak wielu fanów Arii, byłem pełen obaw co do tego jak wypadnie nowy, właściwie nikomu nieznany wokalista. Co prawda dostępne były wcześniej próbki jego popisów na Youtube ale to nie zaspokajało mojej ciekawości ani też niepokoju. Tymczasem okazuje się, że Michaił wypada na tyle dobrze, że zbrodnią byłoby nie zatrudnić go za sitkiem i nie nagrać z nim płyty. Wszyscy chyba też zgodzą się ze mną, że jest to swego rodzaju nowe życie tej grupy. Bo choć "Feniks" to płyta na wskroś heavy metalowa to pełno tu wysmakowanych brzmień, eksperymentów, zabiegów z tempem i zabawy dźwiękami. Zaryzykuję stwierdzenie, że to album niemal progresywny. Całość wrażeń dopełniają maidenowskie solówki, znakomite, mocne gitary i potężnie brzmiąca sekcja. Na początek zaskakujący, elektroniczny wstęp do pierwszego utworu. Wybaczcie ale będę tu używał anglojęzycznych tytułów ścieżek. Tak więc na początek &lt;b&gt;Black Square&lt;/b&gt;. Bardzo dobry, maidenowski kawałek, bardzo charakterystyczny dla Arii, to jest coś co robili oni od początku swego istnienia. A Michaił brzmi tu jak wypisz-wymaluj Kipelov właśnie. Nie ukrywam, że bardzo mi się to spodobało. Z kolei pierwszej solówki nie powstydziłby się sam wielki Adrian Smith. Zresztą obydwie brzmią tu jakby wyjęto je z utworów Iron Maiden. &lt;b&gt;The Balance of Powers&lt;/b&gt; zaskakuje swoim "hammerfallowskim" klimatem. No ciekawe czy Cans i spółka nie mieliby się z pyszna słuchając tego numeru. Oto jak powinno się konstruować ciekawe i motoryczne kawałki. Utytułowanych kolegów zawstydził zespół z dalekiej Rosji. Wielkie brawa! Zastanawiam się jak zabrzmiałby tu wokalista Hammerfall. Śmiem twierdzić, że będąc w formie zwyczajnie by tu zdemolował i tyle. Powód do wstydu mają także nie będący ostatnio w formie wioślarze tego szwedzkiego bandu. I to pod każdym względem. Pora na pierwsze zaskoczenie: klimatyczny i bardzo epicki w swej wymowie i wykonaniu &lt;b&gt;The Story of a Murderer&lt;/b&gt;. Takich kawałków można było jak dotąd posłuchać tylko na "Brave New World" skądinąd znanego zespołu. Posłuchajcie jak zespół buduje napięcie, umiejętnie dozując je prostymi środkami. Duże brawa należą się producentowi, który doskonale zachował proporcje między instrumentami i wokalem. Nikt tu nie pcha się przed szereg, wszystko pięknie słychać. Pozostaje delektować się opowiadaną w tekście historią mordercy i wsłuchiwać się w nabierający mocy kawałek. Świetnie wypadła zmiana tempa, te przyspieszenie naprawdę może się podobać, tak jak znów stricte, maidenowskie grające unisono gitary. No i ten fenomenalny Michaił... &lt;b&gt;Black Legend&lt;/b&gt; wyróżnia się ładnie wplecionymi partiami pianina czy też klawiszy. Warty uwagi jest refren tego numeru. Jako do całości po raz kolejny nie ma się do czego przyczepić. Bardzo dobry, heavy metalowy kawałek, utrzymany w średnim tempie. Bardzo dobre, ciężkie gitary, pewnie śpiewający wokalista i miażdżąca sekcja. To jednak nie koniec. Mamy tu ciekawe, akustyczne zwolnienie. Doprawdy sporo się dzieje na tym albumie. Potem mamy znów zmianę, tym razem do ciężkiego grania i koniec. &lt;b&gt;Fights Without Rules&lt;/b&gt; był znany fanom już znacznie wcześniej, został opublikowany jako internetowy singiel już we wrześniu bieżącego roku. Ten kawałek to znów pokazywanie Szwedom z Hammerfall gdzie ich miejsce i jak się robi bardzo dobre, przebojowe kawałki. Takich numerów oni już nie robią, a szkoda, bo nikt by ich za to nie zganił. Ładnie przemycono tu maidenowskie zagrywki, co sprawia, że robi się jeszcze ciekawiej. A Zhitnyakov już nie tylko swobodnie śpiewa "pod" Kipelova ale całkiem swobodnie udowadnia, że może on śpiewać równie dobrze jak Cans. No i ten chóralny śpiew pod dźwiękami zarezerwowanymi dotąd dla Stefka i spółki. Niech mi ktoś powie, że Templariusze Metalu nie stosowali takich zabiegów na swoich płytach. Tytułowy &lt;b&gt;Phoenix&lt;/b&gt;, a raczej wstęp do niego kojarzy mi się z... Danzigiem i takim na przykład "How the Gods kill". Gdy już zespół przechodzi do rzeczy to jakoś tak mam skojarzenia z Dziewicą ery Bayleya. Całość brzmi bardzo nowocześnie choć nadal jest mocarnie i przebojowo. Po raz kolejny zespół zaskakuje nieszablonową zmianą tempa i nastroju. No czegoś takiego to ja się nie spodziewałem, a ta solówka mnie po prostu zwala z nóg. Brzmi to jakby znów za wiosło złapał Adrian Smith i osobiście ją zagrał. Tajemnicze dźwięki witają nas w &lt;b&gt;Symphony of Fire&lt;/b&gt;. Kawałek rozpędza się i nabiera mocy. W końcu zespół prezentuje nam bardzo ciekawie zagrany i przede wszystkim bardzo mocny numer z jak się domyślam - ponurą historią w tle, opowiadaną przez wokalistę. Bardzo podoba mi się tu gra sekcji, w szczególności w refrenie. Rzecz jasna nie mogło zabraknąć klimatycznego zwolnienia. Hmmm, jak widać przerwa w działalności nie została zmarnowana i zespół nagrał bardzo dobrą i przede wszystkim równą płytę. Bo niczego złego nie można powiedzieć także o kolejnym utworze, krótko zatytułowanym &lt;b&gt;Attila&lt;/b&gt;. Najdłuższy utwór na tym krążku, znów wraca atmosfera z "Brave New World". Po łagodnym wstępie zespół uderza z całą mocą. opowiadając historię przywódcy Hunów, władcy ogromnego imperium. &lt;b&gt;Distant Light&lt;/b&gt; to z kolei bardzo przebojowy kawałek. Zastanawiam się dlaczego to właśnie jego nie wybrano na singla pilotującego ten album. Nadaje się dużo lepiej, niż wcześniej wspomniany kawałek. Bardzo dobry kawałek, którego nie musiałby się wstydzić żaden zespół grający heavy metal. Może się podobać mocna, heavy metalowa solówka. Tę ze wszech miar udaną płytę zamyka żałobnie zatytułowany &lt;b&gt;Requiem&lt;/b&gt;. Bardzo ładny, balladowy utwór w którym śpiewającemu wokaliście towarzyszy tylko pianino i delikatnie grające klawisze ze smyczkami. Proszę zwrócić uwagę na ten emocjonalny refren. Rzadko się takie zdarzają na metalowych płytach. Potem tylko piękna solówka, raz jeszcze zwrotka i refren na koniec. A potem zapada cisza....&lt;br /&gt;Świetny album, wspaniali muzycy i kapitalna produkcja. Pretendent do miana płyty roku 2011. Polecam każdemu, rzadko zdarza się by zespól nagrał bardzo dobrą płytę po tak długim okresie milczenia. To czasem nie udaje się nawet największym tuzom. Rosjanom z Arii wyszło to bez pudła. Zaprawdę powiadam Wam - jest na tym CD czego słuchać. I na koniec kontrowersyjna teza: dla mnie to "Brave New World II" tyle, że po rosyjsku. A co! Ocena maksymalna.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-4049025391087401577?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/4049025391087401577/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/11/aria-feniks-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4049025391087401577'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4049025391087401577'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/11/aria-feniks-2011.html' title='Aria - Feniks (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-AbE8gILfFO4/Tsph3rMKhGI/AAAAAAAAAcQ/W18oHAKlvQs/s72-c/%25D0%2590%25D1%2580%25D0%25B8%25D1%258F+-+%25D0%25A4%25D0%25B5%25D0%25BD%25D0%25B8%25D0%25BA%25D1%2581+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-8594000206541038023</id><published>2011-09-29T17:27:00.000+02:00</published><updated>2011-09-29T17:27:25.877+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Female Fronted Metal'/><title type='text'>Djerv - Djerv (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-dLtnNiwZTyw/ToSOPJ3QoBI/AAAAAAAAAcM/d9JU_Mr3rzI/s1600/00.+Djerv+-+Djerv+2011-BERC-cover_%255Bplixid.com%255D.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-dLtnNiwZTyw/ToSOPJ3QoBI/AAAAAAAAAcM/d9JU_Mr3rzI/s320/00.+Djerv+-+Djerv+2011-BERC-cover_%255Bplixid.com%255D.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Chyba każdy zgodzi się ze mną, że debiutanckie płyty trudno się ocenia. Jeszcze gorzej jest gdy w składzie zespołu grają uznani muzycy, których umiejętności są nieprzeciętne. A już wręcz beznadziejnie jest, gdy słucha się takiego wypieku i człowiek zupełnie nie wie co o tym napisać. Więc co zrobić? Rzut oka na okładkę tego dzieła niczego nie mówi. No to może warto zawiesić oko na frontmance, która udziela się tu wokalnie? No cóż, to nie pozostawia już żadnych wątpliwości. Pani Agnete Kjolsrud, bo o niej mowa, jasno daje do zrozumienia, że przelewek nie będzie. Dla tych, którzy kojarzą skądś te damę - tak, to ta sama, która zaśpiewała w utworze Solefald, zatytułowanym “Tittentattenteksti”. A jeśli komuś mało to wystąpiła ona w najnowszym klipie Dimmu Borgir - "Gateways". Pozostali muzycy to znani wszem i wobec w Norwegii Erlend Gjerde, który dudnił w stoner  metalowym Stonegard oraz folk-metalowym Wardruna, Stain Krstad natomiast współpracował z Gorgoroth. Zespół uzupełniają Victor Brandt z kultowego Entombed i grecki, bliżej mi nieznany wioślarz Stamos. Co więc ta ekipa mogła zaoferować? Przyznam, że trudno mi jest jednoznacznie przypisać jakąś łatkę do nich. Dlaczego? Bo mamy tu jedyną w swoim rodzaju mieszankę black metalu, rocka, punku, popu, surowego rock'n rolla, elektroniki, grania alternatywnego i cholera wie czego jeszcze. Tak czy owak, skład ten przygotował dziewięć premierowych, nośnych utworów, w których z daleka pachnie mi przede wszystkim zimnymi, norweskimi riffami. I znów - owe 9 kawałków to dużo czy mało na debiut? Chyba raczej w sam raz by się zaprezentować, choć moim zdaniem to przynajmniej o jeden, czy dwa za mało. Ta płyta pozostawia po sobie niedosyt. O, i to jest jedna z cech płyty conajmniej dobrej. Takiej, która nie wkurza i której chce się słuchać. Całość została bardzo dobrze wyprodukowana, wszystko ładnie słychać, każdy instrument został właściwie wyeksponowany. No i zostawiono tu niezbędną ilość "brudu", który ma ważną rolę - przypomina, że Djerv nie jest tylko kolejnym zespołem z kobietką za mikrofonem. Właśnie te szorstkie, nisko przestrojone gitary dają właściwą moc i kopa zamieszczonym na tym LP numerom. Nawet gdy pojawiają się wolniejsze fragmenty, to nie tracą one na ciężarze i swojej mocy. Całości wrażeń dopełnia brudny, drapieżny, może nawet nieco wiedźmowaty śpiew Agnete. Ja byłem pod ogromnym wrażeniem jej głosu we wspomnianym utworze ekipy Silenoza. Krótko bo krótko ale ona pokazała czołowemu, norweskiemu zespołowi, że jest w stanie zostawić ich daleko za sobą. Zaśpiewała tam bez żadnych kompleksów, udowadniając swoje ogromne możliwości. Nie wiem co ona ma w swoim gardle. Może wali czystą bez popity albo może łyka codziennie kwas solny? Pytanie jest zasadne gdy słucha się pierwszego z brzegu kawałka, zatytułowanego &lt;strong&gt;Madman&lt;/strong&gt;. Wrzask, blackowy skrzek, pełen szaleństwa krzyk, no i świetna melodyjna partia, w której udowadnia ona, że ma także swoje dużo łagodniejsze oblicze. Wybaczcie, ale moim zdaniem jest tu coś z dokonań chociażby panów z Satyricon. I mnie więcej w połowie kawałka kapitalne, jakże norweskie zwolnienie z gitarami, które mogą kojarzyć się z.... Immortal. &lt;strong&gt;The Bowling Pin&lt;/strong&gt; to takie wręcz punkowe granie. Jedno mi się tu podoba: mocne, brudne, zabarwione punkiem, rockowe riffy często zderzają się z tu blackowymi zagrywkami. To sprawka Stiana Karstada, który jak głosi gminna plotka, którą przekazują sobie norweskie wróble, kumpluje się z Shagrathem z Dimmu Borgir. Kolejny na liście &lt;strong&gt;Headstone&lt;/strong&gt; to wypisz-wymaluj Katatonia, tylko nieco podkręcona i z bardzo przebojowym refrenem, którego nie powstydziłyby się kapele parające się stonerem. Podoba mi się odwaga z jaką połączono tu zdaje się zupełnie odległe od siebie rejony muzyczne. Wstęp do &lt;strong&gt;Gruesome Twosome&lt;/strong&gt;, a potem jego dalsza część natychmiast winny przywoływać skojarzenia z Satyricon czy nawet Enslaved. zajebista, bardzo motoryczna rzecz z kapitalną zmianą tempa, idealną do machania dynią. Bardzo posępnie i powoli rozpoczyna się &lt;strong&gt;Only I Exist&lt;/strong&gt;. Posłuchajcie tego. Czy ten kawałek nie mógłby, po pewnych korektach, znaleźć się na jakiejś blackowej płycie? Bo ja śmiem twierdzić, że i owszem. Do tego wspaniały, melodyjny refren i ta niesamowita Kjolsrud. To co ona robi w tym kawałku to jest mistrzostwo świata. I tak jeszcze wracając do skojarzeń - czy tu nie ma czegoś z ze wspomnianej wyżej Katatonii? Miejscami nuty jakby żywcem wyjęte z ich kawałków. &lt;strong&gt;Ladder to the Moon&lt;/strong&gt; to znów uparte skojarzenia z ostatnimi dokonaniami Enslaved. Te charakterystyczne riffy mówią same za siebie. Do tego ten mocarny rockowy refren. Kapitalnie to sobie wymyślili. To jeszcze nic! Najlepsze zaczyna się w &lt;strong&gt;Abmused&lt;/strong&gt;. Stricte black metalowe gitary, świetna melodia i zadziorny wokal frontmanki. Ja nawet nie chce myśleć co można by z tego numeru wyciągnąć, gdyby jeszcze mocniej przycisnąć i dać tu na wokal takiego Satyra czy nawet Abbatha z Immortal. To byłaby miazga. Swoją drogą to ciekawe czy temu ostatniemu nie spodobałyby się niektóre obecne tu zagrywki. A gdyby jeszcze dołożył swoje charakterystyczne gitary.... Bardzo podoba mi się motorheadowa stylistyka zapakowana w blackowe ramy w przedostatnim &lt;strong&gt;Blind the Heat&lt;/strong&gt;. Odpowiada mi tak podany black 'n' roll. Na koniec Le Grande Finale czyli Wielki Finał. Zespół zostawił słuchaczowi na pożegnanie utwór krótko, aczkolwiek treściwie zatytułowany &lt;strong&gt;Immortal&lt;/strong&gt;. No jest tu czego słuchać. Pięknie podane bezpośrednie inspiracje zespołem wspomnianego już wyżej szefa norweskiego Immortal. Ten numer znakomicie pasowałby na jego solowy wypiek. Zapewne niektórzy z Was pamiętają projekt I lub może go kojarzą. Wyobraźcie więc to sobie z wokalami Agnete Kjolsrud. Znakomite melodie, niepowtarzalny klimat i to "coś" ulotnego, trudnego do uchwycenia.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Co tu dużo gadać - album, który jest absolutnym zaskoczeniem. Prosty ale nie prostacki, bardzo szczery, wyładowany emocjami, z jednej strony delikatnymi, z drugiej pełnymi wściekłości, jadu, a nawet schizofrenii i obłędu. Bardzo ambitny debiut, w którym można znaleźć wiele zajebistych rzeczy. Po kilkunastokrotnym wysłuchaniu tego krążka wciąż zastanawiam się do kogo jest on adresowany. Chyba przede wszystkim do ludzi, którzy szukają odskoczni od nudy i przewidywalności oraz metalowej sztampy. Tym, nie boję się użyć tego słowa - zjawiskowym wydawnictwem band udowodnił, że można. Bez wątpienia w swojej kategorii jest to płyta roku. Gorąco zachęcam do zapoznania się z "Djerv". Ten, kto nie wysłucha będzie uboższy. Kto się zapozna na pewno żałować nie będzie. Ocena maksymalna.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-8594000206541038023?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/8594000206541038023/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/09/djerv-djerv-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8594000206541038023'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8594000206541038023'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/09/djerv-djerv-2011.html' title='Djerv - Djerv (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-dLtnNiwZTyw/ToSOPJ3QoBI/AAAAAAAAAcM/d9JU_Mr3rzI/s72-c/00.+Djerv+-+Djerv+2011-BERC-cover_%255Bplixid.com%255D.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-7977268878297536937</id><published>2011-09-27T09:33:00.001+02:00</published><updated>2011-09-27T13:38:40.668+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Chickenfoot - III (2011)</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-pYDJnoaLZQk/ToF8IaaomEI/AAAAAAAAAcI/fUeqJxykbqM/s1600/Chickenfoot+-+III+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-pYDJnoaLZQk/ToF8IaaomEI/AAAAAAAAAcI/fUeqJxykbqM/s320/Chickenfoot+-+III+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Patrząc na przewrotnie zatytułowaną płytę Chickenfoot, zastanawiałem się czy aby czegoś po drodze nie przegapiłem. Po sprawdzeniu okazało się, że jednak nie. Panowie postanowili spłatać figla swoim fanom i drugi album zatytułowali po prostu "III". No cóż, ja mam do dziś ich debiutancki krążek, na którym praktycznie nie znalazłem nic dla siebie. Obawiałem się, że będzie podobnie i tu. Że znów będą chcieli usilnie zastąpić byt zwany Van Halen, który od lat ciągle milczy, karmiąc swoich fanów obiecankami o nowej płycie. Choć z drugiej strony miałem nadzieję, że ten LP będzie dużo lepszą propozycją niż "jedynka". I tak właśnie jest. Po uważnym wysłuchaniu całości uważam, że to nie tylko o wiele dojrzalsze dzieło ale także mam pewną, dość kontrowersyjną tezę, którą - pozwólcie - zdradzę na końcu. Na tym CD dominuje proste ale nie prostackie, energetyczne, rockowe łojenie z charakterystycznymi zagrywkami Satcha. I to nic, że to już wszystko było, że to już ograne patenty w tysiącach konfiguracji. Największą uwagę przykuwają dwaj frontmani - nadal rasowo pokrzykujący Sammy Hagar i szalejący, pełen młodzieńczej pasji, finezji i radości Joe Satriani. Ten drugi zdaje się poszedł po rozum do głowy i przestał starać się być drugim Eddiem, co tylko przydało autentyczności temu zespołowi i tej płycie. On postawił na to co umie robić najlepiej, do tego dodać należy kapitalne pomysły na melodie, tym razem bardzo dobrze skomponowane kawałki i to coś co brakowało pierwszej płycie. Jakiś taki zamysł, cel, przemyślaną strategię. Na "III" nie ma wyłącznie jajcarskiego grania. O nie! Oni powoli bo powoli ale stają się rasowym, rockowym zespołem. W wielu miejscach zwalniają, utwory łagodnieją, a całość mimo to świetnie się broni. A miejscami nawet zaskakuje, bo panowie proponują coś, co zdaje się, do nich nie pasuje. W takim &lt;b&gt;Last Temptation&lt;/b&gt; podobać mogą się echa utworów Deep Purple i tej całej gromady starych rockowych zespołów. Bardzo podoba mi się wstęp do tego numeru - czysty Satriani, a potem jakże amerykański, południowy rock w refrenie. Tak grają te wszystkie southern rockowe zespoły. Chickenfoot najwidoczniej nie chcieli być gorsi. Następny w kolejce &lt;b&gt;Alright Alright&lt;/b&gt; to raczej rzecz, która przypomina dokonania zespołów rockowych z lat 70 ubiegłego wieku. Solówka to czysty Joe, wyjęta żywcem z jego solowych płyt. Całkiem milutki utworek, trochę może wybitnie o charakterze rozrywkowym ale do tego już nas panowie zdążyli przyzwyczaić. Natomiast dawno nie było czegoś takiego jak &lt;b&gt;Different Devil&lt;/b&gt;. I nie mam tu na myśli tego akurat zespołu ale ogół płyt z muzyką rockową, które się dziś ukazują. Tu mamy coś na kształt największych przebojów Van Halen. Ale uwaga - tym razem to jest zupełnie niewymuszone. Zrobione bardzo lekko i naturalnie. Mimo, ze przypomina dokonania owego zespołu to tym razem nie ma się wrażenia, że to jest zrobione celowo i na siłę. &lt;b&gt;Up Next&lt;/b&gt; to taki gitarowy łamaniec, coś co Joe lubi najbardziej. Hmmm, czy już wiecie co ja chce powiedzieć? Nie? No to posłuchajcie następnego w kolejce &lt;b&gt;Lighten Up&lt;/b&gt;. Satriani na tej płycie rządzi i dzieli. Kolejne zaskoczenie przychodzi w bodaj najlepszym na tej płycie &lt;b&gt;Come Closer&lt;/b&gt;. Znów Van Halen ale takie pełne zadumy. Efekt po prostu zajebisty. Takich kawałków nie pisze sie od tak. A Hagar jakby zazdrości trochę Plantowi jego wokalnej ekspresji i ładnie go tu naśladuje. &lt;b&gt;Three And A Half Letters&lt;/b&gt; to już więcej Metalu. Ale to zupełnie nie przeszkadza w odbiorze płyty. W końcu ten skład swoje związki z tym rodzajem muzyki ma i coś takiego prędzej czy później pojawić się na ich płycie po prostu musiało. Rzecz jasna kto chce czegoś tam z Van Halen może się doszukać w tym kawałku. Pierwszym singlem promującym drugi LP Chickenfoot jest &lt;b&gt;Big Foot&lt;/b&gt;, do którego nakręcono także klip. Nie wiem jak inni ale w moim uznaniu tak średnio dobrano utwór, który ma pilotować całą płytę. Jest tu kilka numerów, które z całą pewnością dużo lepiej nadawałyby się do tego celu. Akurat tu Satriani znów daje o sobie znać i czaruje swoją techniką. Wracając do wątku promocji nie wiem dlaczego nie wybrano do tego celu znakomitego &lt;b&gt;Dubai Blues&lt;/b&gt;. Zajebista rzecz w którym obaj panowie naprzemiennie wiodą prym. Gdy to Hagar nadaje ton to Satriani zostaje gdzies w tle i tylko ładnie uzupełnia całość. Gdy to jednak on prowadzi, Sammy daje mu poszaleć, a sekcja elegancko i z dużym wyczuciem robi resztę. I znakomicie się tego słucha, choć ten kawałek tak naprawdę wiele wspólnego z bluesem nie ma. Czasem przemknie kilka znakomitych, niebieskich nutek i to wszystko. &lt;b&gt;Something Going Wrong&lt;/b&gt; to znów ukłon w stronę południowego rocka ze Stanów. Ładny, akustyczny, nieco bluesowy początek, którego nie powstydziliby się Lynyrd Skynyrd, Blackfoot czy sam wielki Zakk Wylde. Zaprawione to wszystko kilkoma ostrzejszymi nieco nutami i znakomitymi solówkami Joego. Warto dodać, że i Hagar chwycił za wiosło i słychać tu jego grę na tej płycie. Pięknie kończy się ta płyta. Kończy? To byłoby za szybko. Chickenfoot nie byliby sobą gdyby nie spłatali kawału odbiorcy. Mamy tu jeszcze jeden numer, wybitnie jajcarski &lt;strong&gt;No Change&lt;/strong&gt;. Nieco ponad cztery minuty przedniej zabawy. I takie jakby credo zespołu w "we all stay the same". A Joe znów szaleje, niszczy, rządzi i dzieli. I zapewne jego pomysłem była zmiana tempa w tym kawałku. Wypadło to znakomicie.&lt;br /&gt;Nie spodziewałem się takiego krążka od tych panów. I tak jak nie cierpiałem płyty pierwszej, tak recenzowany dziś LP przypadł mi do gustu w całości i nie mam się do czego tu przyczepić. Znakomity, obowiązkowo jajcarski, choć z momentami, które mogą zaskakiwać słuchacza, wypiek. Na początku recenzji napisałem, że mam kontrowersyjną tezę, która uparcie mi siedzi w głowie. Za każdym razem gdy słucham "III" utwierdzam się w tym przekonaniu. Tak więc pora na szok. Osobiście, moim zdaniem, ta płyta to najlepszy LP Satrianiego. I myślcie sobie o mnie co chcecie. Ja zdania nie zmienię. Ode mnie mocne 8/10. Tak na zachętę dla tych panów. Płytę polecam Waszej uwadze.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-7977268878297536937?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/7977268878297536937/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/09/chickenfoot-iii-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/7977268878297536937'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/7977268878297536937'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/09/chickenfoot-iii-2011.html' title='Chickenfoot - III (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-pYDJnoaLZQk/ToF8IaaomEI/AAAAAAAAAcI/fUeqJxykbqM/s72-c/Chickenfoot+-+III+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-1481576401329796718</id><published>2011-09-04T16:40:00.000+02:00</published><updated>2011-09-04T16:40:15.129+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Melodic Heavy Metal'/><title type='text'>Sinner - One Bullet Left (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-YKUFyFJpiBA/TmONuPkrXdI/AAAAAAAAAcE/wZJ7ECdGTCE/s1600/Sinner+-+One+Bullet+Left+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/-YKUFyFJpiBA/TmONuPkrXdI/AAAAAAAAAcE/wZJ7ECdGTCE/s1600/Sinner+-+One+Bullet+Left+%25282011%2529.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kiedy gruchnęła wieść, że Matt Sinner szykuje nowy album swojego macierzystego zespołu, zacząłem zastanawiać się co też ten jeden z najbardziej zapracowanych ludzi w metalowym światku może przygotować. Tak właściwie to nie spodziewałem się niczego specjalnego. W pamięci mam ostatnie wypieki Primal Fear, solowy album Ralfa Scheepersa, znakomite Voodoo Circle i dwie ostatnie, bardzo nierówne płyty Sinnera, i to już dawało mi podstawy do myślenia, że "One Bullet Left" nie będzie żadną sensacją i otrzymamy typowy, zmanierowany przez Matta, LP. Z powodów powyższych prace nad dokończeniem nowej płyty przeciągały się, a smaczku wszystkiemu dodaje fakt, że nastąpiły nieoczekiwane zmiany w składzie. Do grupy dołączyli gitarzyści Alex Beyrodt i Alex Scholpp. To ciekawy zabieg, bo w tej chwili w Sinner gra aż trzech gitarzystów. Tak więc można było przewidywać, że postawienie obok Christofa Leima dodatkowych wiosłowych sprawi, ze gitary będą ryczały i demolowały wszystko i wszystkich. Ba! Jakby tego było mało, na tej płycie pojawił się znakomity pałker w osobie André Hilgersa. Ufff! Nagromadzenie takich znakomitości zdawało się zapewnić niechybny rezultat w postaci płyty wręcz genialnej. Nie zrozumcie mnie źle. Ja bardzo chciałem zapomnieć o mocno średniej, solowej propozycji Scheepersa i posłuchać czegoś równie znakomitego jak niedawny CD Beyrodta. Tak więc patrząc na skład zacierałem ręce i oczekiwałem miażdżącego uderzenia. Wszakże zapowiedzi były entuzjastyczne, a tytuły krzyczały, że "Sinner is back!". No cóż, takiego powrotu jak w &lt;strong&gt;The One You Left Behind&lt;/strong&gt;, osobiście się nie spodziewałem, a &amp;nbsp;zawartość tej ścieżki spowodowała, że z niedowierzaniem słuchałem tego co dzieje się w tym utworze. Tak zmęczonego, nie w formie, ospałego i nie mającego pomysłu na swoją muzykę Sinnera nie słyszałem od lat. Przecież w składzie jest trzech gitarzystów! Gdzie potężne uderzenie? Nie ma! Przyznam szczerze, że w tym momencie miałem już wszystkiego serdecznie dosyć. Nie takiej płyty chciałem. Oklepana do bólu, wyświechtana melodia, wkurzające, typowo niemieckie, kwadratowe riffy i amatorskie wręcz solówki spowodowały moje ogromne rozczarowanie. Do tego ten śmieszny wręcz refren. No cóż, jeśli Matt myślał, że kupi mnie taką propozycją to się srodze pomylił. To co się dzieje w następnym &lt;strong&gt;Back On Trail&lt;/strong&gt; spowodowało moje, już na serio, wkurwienie. Do cholery, Sinner to nie Phil Lynott i silenie się na buraczane wręcz oddawanie mu hołdu w taki sposób całkowicie mija się z celem. Nie ratują tego numeru nawet solówki przypominające popisy Robertsona czy Gorhama. No po prostu straszna rzecz słuchać, jak uznana metalowa firma, latami stojąca w poczekalni Hall of Fame niemieckiego metalu pogrąża się takimi propozycjami. &lt;strong&gt;Give &amp;amp; Take&lt;/strong&gt; to typowe, na kilometr rozpoznawalne granie w stylu Sinner. Byłoby wszystko OK gdyby tego nie było już tego sto razy wcześniej i lepiej w innych utworach na wcześniejszych płytach. Cieszy ucho doskonale słyszalne pulsowanie basu i tylko to. Nie można się spodziewać niczego dobrego po tytułowym &lt;strong&gt;One Bullet Left&lt;/strong&gt;. Naprawdę nie wiem co chciano tu osiągnąć. Utrzymany w średnim tempie kawałek absolutnie niczym nie przyciągający mojego ucha. Kolejny raz wkurzyłem się słuchając &lt;strong&gt;10 2 Death&lt;/strong&gt;. Szanowny Panie Sinner. Pańska ekipa to nie Motorhead i nagrywanie takich kawałków wraz z usiłowaniem wzorowania się na Kilmisterze zwyczajnie Panu nie przystoi i niechże Pan da sobie na przyszłość spokój z takim... czymś. Zaprawiona punkiem heavy metalowa łupanka, bez celu, składu i ładu. "Udająca" przebój. Nie do mnie z czymś takim. Pewne nadzieje dawała ballada &lt;strong&gt;Haunted&lt;/strong&gt;. Wszystko jest w najlepszym porządku do momentu w którym wchodzi ten dziwacznie skonstruowany refren z piszczącymi gitarami. Już w poprzednich recenzjach płyt z udziałem Matta Sinnera zwracałem uwagę na to, że potrafi on zepsuć nawet najlepiej zapowiadający się kawałek. I kolejny przykład tej umiejętności mamy w tej propozycji. Gdyby nie zepsuty w drugiej połowie refren, mielibyśmy przebój. A tak można jedynie zastanawiać się jakim killerem byłby ten utwór. A jeśli psuć to już wszystko, tak jak w kowerze Steve Stevensa. &lt;strong&gt;Atomic Playboys&lt;/strong&gt; został tu bezlitośnie spieprzony. W okrutny sposób zniszczono wielki przebój, który dla wielu jest dziś klasyką w swoim gatunku. Niestety główny sprawca zamieszania nie miał dla niego litości. Za takie wykonywanie kowerów ja bardzo dziękuję. I postoję. Kolejnym hitem mógłby być, a nie jest, &lt;strong&gt;Suicide Mission&lt;/strong&gt;. Gdyby nie owe zmęczenie i wypalenie się Sinnera, to mielibyśmy wręcz klasyczny już numer tego zespołu. Niestety tego, że wokalista, mówiąc językiem piłkarskim, "przeszedł obok" tego kawałka, kładąc wszystko w fatalnym refrenie, nie da się ukryć i zamaskować. Jestem wściekły na Sinnera za &lt;strong&gt;Wake Me When I'm Sober&lt;/strong&gt;, w którym to dla siebie zarezerwował główną rolę. Należało tu wpuścić Ralfa Scheepersa i pozwolić mu to zaśpiewać po swojemu. To jest wymarzona ścieżka dla tego wokalisty. Jeśli tylko byłby w formie to wokalnie by tu zdemolował. Silenie się na granie riffów zarezerwowanych dla Primal Fear w takim &lt;strong&gt;Mind Over Matter&lt;/strong&gt; (oczywiste skojarzenia z prześwietnym "Armageddon") i zaprawianie ich z typowo rockowymi riffami po raz kolejny powoduje moje rozczarowanie. Jeśli są przebłyski bardzo dobrej gry to natychmiast wszystko jest sprowadzane do parteru i równane do szeregu. Smutno słuchać jak Sinner miota się w swojej bezsilności i twórczej niemocy. Do tego ten kwadratowy refren w stylu Udo Dirkschneidera. Po raz kolejny zespół pogrąża się w &lt;strong&gt;Mend to be Broken&lt;/strong&gt;, znów usiłując udawać Thin Lizzy. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Ja się na to nie zgadzam. Bardzo podoba mi się początek ostatniego na płycie &lt;strong&gt;Rolling Away&lt;/strong&gt;. Elegancki, brytyjski początek, iście w stylu Whitesnake czy bardziej zamyślonych kawałków Jorna. Co jednak z tego, skoro wszystko zostało spieprzone fatalnym, niemieckim refrenem. Po prostu tragedia. Tak kończy się najnowszy LP Sinnera.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Niestety zawód i to na całej linii. Poczynając od słabych kompozycji, z których wiele można by jednak wyciągnąć, przez słabą produkcję. Tu się na chwilę zatrzymam. W składzie jest trzech wioślarzy. Zastanawiam się po co było Sinnerowi trzech gitarzystów, skoro w żaden sposób nie uwypuklił ich możliwości i gry. Po drugie strefa gitar jest płaska i pełna dziur oraz niedoróbek, które trzeba było zapełnić. Niestety tego nie zrobiono. Oczywiście bas grzmi a perkusja André Hilgersa demoluje obiekty. I to on jest najjaśniejszym punktem tego wydawnictwa. Zagrał bezbłędnie i mimo słabych utworów, od początku do końca napędza ten album. Co się zmieniło od czasów ostatnich płyt Sinnera? Ano to, że nie ma tu wartych uwagi przebojów. Nie ma tu wartej posłuchania bardzo dobrej gry instrumentalistów. Nie ma tu niczego wartego zatrzymania się. Płyta kończy się nie wiadomo kiedy, a w pamięci nie zostaje nic. Niedowierzanie, złość, smutek i niemożebne wkurwienie. Matt Sinner wypada poza czołówkę niemieckiego grania. Nie zaoferował nic. Takie płyty mogą nagrywać zespoły drepczące korytarzem w stronę Hall of Fame i dla nich nie jest to wstyd. Niestety uznana metalowa firma, któa prezentuje taki kompakt powinna być natychmiast z sali zasłużonych wyprowadzana. Niech idą, gonić ich nie będę. Może jeszcze kiedyś powrócą w glorii i sławie po czerwonym dywanie na swoje miejsce, które tym krążkiem stracili. Na pewno nie gdy będą takie granie uskuteczniać. Panie Sinner, została Panu jeszcze jedna kula. Proponuję honorowo wykorzystać ją na sobie i strzelić sobie w łeb. Najgorsza płyta tego zespołu od lat wielu. Drugiej takiej nie pamiętam. Nota 3/10 i precz mi z oczu. Tym, którzy chcą posłuchać jak upadła metalowa legenda polecam. Innym serdecznie odradzam. Strata nerwów i czasu.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-1481576401329796718?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/1481576401329796718/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/09/sinner-one-bullet-left-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1481576401329796718'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1481576401329796718'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/09/sinner-one-bullet-left-2011.html' title='Sinner - One Bullet Left (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-YKUFyFJpiBA/TmONuPkrXdI/AAAAAAAAAcE/wZJ7ECdGTCE/s72-c/Sinner+-+One+Bullet+Left+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-3298756029263927997</id><published>2011-09-01T11:50:00.001+02:00</published><updated>2011-09-01T15:02:46.771+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Death Metal'/><title type='text'>Vader - Welcome To The Morbid Reich (2011)</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-FP34qX73esQ/Tl9VOKB5-gI/AAAAAAAAAcA/rlennIbpA0s/s1600/Vader+-+Welcome+to+the+Morbid+Reich+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-FP34qX73esQ/Tl9VOKB5-gI/AAAAAAAAAcA/rlennIbpA0s/s320/Vader+-+Welcome+to+the+Morbid+Reich+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;W ostatnich czasach różne rzeczy działy się w najważniejszym, polskim towarze eksportowym. Olsztyński Vader, wstrząsany zmianami składu zdołał co prawda zrealizować udany LP "Necropolis" ale wielu wieszczyło rychły koniec ekipy Petera Wiwczarka. Pancerny Generał nie zamierzał jednak przedwcześnie składać broni i z właściwym sobie spokojem zabrał się do komponowania nowego dzieła. Wiadomo było jednak, że nastąpić muszą kolejne zmiany w składzie. Do Petera dołączył sam Marek "Spider" Pająk, znany z udzielania się we wrocławskim, death metalowym Esquarial. To nie pierwsze spotkanie owych panów. Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą, obydwaj współpracowali przy okazji realizacji heavy metalowego projektu Petera - Panzer X. Generał sięgnął więc po dobrze znanego mu wioślarza i śmiem twierdzić, że to była decyzja ze wszech miar właściwa. Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do Vogga ale słysząc jego popisy w trakcie jego bytności w Vaderze, wiedziałem, że luki po Mauserze nie zapełni. Dodatkowo drażnił mnie jego widok na scenie u boku Wiwczarka. No to po prostu nie było to. Dołączenie do składu Pająka mam nadzieję sprawi "okrzepnięcie" gitarowego duetu na tyle, że Peter spokojnie będzie mógł patrzeć w przyszłość i planować swoje kolejne posunięcia. Na nowym krążku partie perkusji zrealizował Paweł "Paul" Jaroszewicz ale i on został zastąpiony przez nowego muzyka. Został nim młodziutki, bodaj 21-letni James Stewart, dotąd znany z gry w brytyjskim Divine Chaos. Tak więc mamy pierwszego obcokrajowca w składzie Vadera. Wracając jednak do płyty. Zwiastuny nadchodzącego dzieła, które gość regularnie ukazywały się na oficjalnej stronie zespołu, pozwalały optymistycznie wyglądać premiery całości. Gdy okazało się, że Marek szybko zaaklimatyzował się w nowych warunkach i jego współpraca z Peterem pomyślnie się&amp;nbsp; układała, ten dał mu przysłowiowe "zielone światło" i pozwolił na wtrącenie tego i owego do ostatecznego kształtu całości. Ba! Bodaj po raz pierwszy w historii Vadera, premierowa i pilotująca nowy LP, kompozycja &lt;b&gt;Come To See My Sacrifice&lt;/b&gt; nie została skomponowana przez Petera (napisał jedynie tekst). Za stronę muzyczną odpowiada nie kto inny jak Pająk właśnie; który, jeśli komuś mało, jest autorem jednej trzeciej całości dzieł na "Welcome To The Morbid Reich". Tytuł wydawnictwa nawiązuje oczywiście do dawnego dzieła, słynnej demówki "Morbid Reich". Okładkę namalował Zbigniew Bielak. Powrócono także do dawnego loga zespołu. To tak, jakby miało to oznaczać, że nastąpił koniec kombinowania, nastąpił zwrot "w stronę starego" i tym kursem Peter zamierza płynąć swoim pancernikiem. Jakby na potwierdzenie tego, znajdujemy tu nową, odkurzoną i odświeżoną wersję utworu &lt;b&gt;Decapitated Saints&lt;/b&gt;. I tylko jedno nie uległo zmianie - producent. Po raz kolejny, i to chyba stało się już normą, zajęli się tym bracia Wiesławscy. Za smakowite partie klawiszy ponownie odpowiada Siegmar. To dobrze, że Generał nie zabrał się za to osobiście (jak w przypadku "Necropolis"), a oddał to w ręce bardziej doświadczonego muzyka. Słuchając nowego wypieku zwracałem uwagę nie tylko na pełne pasji pojedynki gitarowe Petera ze Spiderem ale także na wokale tego pierwszego, które nabrały takiej, hmmmm, momentami nieco skrzeczącej barwy, które mogą kojarzyć się z porykiwaniami "Betonowego Glenna" i dowodzonej przez niego ekipy Deicide. Ten eksperyment czy tez zabieg udał się znakomicie. Po otrzymującym dobre recenzje ale średnio przyjętym "Mieście Umarłych" czas przyszedł na mocarne uderzenie, które po złowrogim intrze &amp;nbsp;&lt;b&gt;Ultima Thule&lt;/b&gt; bezlitośnie nadciągnęło w &lt;b&gt;Return To The Morbid Reich&lt;/b&gt;. Potężna, ciężka i rozpędzona machina wojenna, której nic nie jest w stanie zatrzymać. Zwrócić uwagę należy na melodyjne solówki (zrezygnowano i to zapewne za sprawą Pająka z męczenia wajchy) i postawiono na ich melodyjność. Szybko wkracza &lt;b&gt;The Black Eye&lt;/b&gt;, w którym można posłuchać jak obydwaj wioślarze zapamiętale, z pasją ale także z ogromnym luzem i radością toczą ze sobą zajadłe, gitarowe pojedynki. Śmiem twierdzić, że tego Peterowi i Vaderowi w ogóle, brakowało. Niszczy klasyczne już, charakterystyczne zwolnienie. Osobiście zawsze czekam na takie coś na każdym, kolejnym albumie. Dalej mamy wspomnianego już przeze mnie, singlowego &lt;b&gt;Come And See My Sacrifice&lt;/b&gt;. Utwór ten szybko, gdy tylko się pojawił w sieci, zyskał uznanie fanów. Należy przyznać, że Marek doskonale zrozumiał jak mają brzmieć utwory tego zespołu i przygotował kapitalny numer, który jak mniemam, stanie się Vaderowym klasykiem i żelaznym punktem koncertów. Znów dostajemy bardzo dobre zwolnienie, a Peter po raz kolejny (który to już nie wiem) raczy nas swoim demonicznym westchnięciem. A jeśli pojawia się ten element to musi być to w wyłącznie świetnym numerze. No i tak jest. Na koniec stricte heavy metalowy finał. Duże brawa. W &lt;b&gt;Only Hell Knows&lt;/b&gt; obaj wioślarze nie zamierzali zrezygnować ze świetnej zabawy i nadal toczą ze sobą zacięte pojedynki. Posłuchajcie tych solówek. Nawet z Mauserem w składzie nie było czegoś takiego. Generałowi przydał się zastrzyk młodej, świeżej krwi, a nowy gitarzysta rozruszał było, nie było, nieco skostniałego lidera i zachęcił go do pofolgowania sobie. Czas na najbardziej epicki moment tej płyty, czyli &lt;b&gt;I Am Who Feasts Upon Your Soul&lt;/b&gt;. Melodyjny wstęp Siegmara, smakowite zwolnienie po czym... thrash 'til death. Napisałem, że jest tu heavy metal. Owszem, a najwięcej w takim &lt;b&gt;Don't Rip The Beast's Heart Out&lt;/b&gt;. No bo jak określić inaczej te melodie, które tu występują? Coś takiego było już niegdyś na "The Beast". Czyli faktycznie. Dowodzony przez Pancernego Generała okręt zrobił zwrot i powrócił do starych, sprawdzonych rzeczy. I bardzo dobrze. Oprawiony w melodyjne, przemyślane solówki utwór, choć może o nieco dziwacznym tytule, naprawdę może się podobać. Gdzieś tu unosi się ten niezwykły klimat znakomitego "Litany". Oj dawno tego nie było. Moim zdaniem najwięcej tu zimnej stali "Cold Demons"... Równie melodyjny i heavy metalowy jest &amp;nbsp;&lt;b&gt;I Had A Dream&lt;/b&gt;. Był sobie kiedyś taki wałek jak "Choices". Wybaczcie ale ja nie mogę się opędzić od skojarzeń właśnie z tym numerem. Wszystko wraca do normy w &lt;b&gt;Lord Of Thorns&lt;/b&gt;. Tu Vader nie bierze jeńców. Cholernie mocny, iście w stylu Slayera, utwór. Zaraz po nim, nowa, odświeżona wersja &lt;b&gt;Decapitated Saints&lt;/b&gt;, która swoją agresją po prostu morduje. &lt;b&gt;They Are Coming&lt;/b&gt;. No, to jest gratka dla tych wszystkich, którym podobało się budowanie napięcia w utworach tej olsztyńskiej ekipy. Nie wiem jak inni ale ja mam wrażenie, że Peter chciał tu coś pokazać, zilustrować. Mamy tu więc obłędny strach przed ciemnością, zimno, które powoduje gęsią skórkę i tę straszną świadomość, że nie ma przed tym ucieczki. Bo oni nadchodzą i dopadną Was gdziekolwiek byście się nie ukryli. Na koniec wersji podstawowej albumu dostajemy sabbathowy &lt;b&gt;Black Velvet And Skulls Of Steel&lt;/b&gt;. Wolny, potężny walec, który toczy się bezlitośnie, miażdżąc wszystko co stanie mu na drodze. Komu podobało się takie "Revelation of Black Moses" ten wie o co chodzi. Uwagę przykuwa heavy metalowa, melodyjna fraza, którą obydwaj gitarzyści zgrabnie wpletli i połączyli w całość z resztą utworu. Wrażenie robi także chóralne "HAIL" w tle. Jako bonusy, w wersji rozszerzonej, dostajemy dwa kowery. &lt;b&gt;Raping The Earth&lt;/b&gt; z repertuaru Extreme Noise Terror oraz &lt;b&gt;Troops Of Tomorrow&lt;/b&gt; The Exploited.&lt;br /&gt;Myślę, że obydwie strony mogą być zadowolone. Wytwórnia, bo dostała kawał dobrego, death metalowego mięcha i zespół bo wyciągnął wnioski z przeszłości i zabrał się do ich realizowania. Chociaż zespół to chyba niewłaściwe słowo. Bardziej pasuje tu określenie "projekt", wszak z oryginalnego składu pozostał tylko jego twórca. Złośliwi twierdzą, że Peter Wiwczarek jest takim polskim Jeffem albo Rogerem Watersem, taką Zosią-Samosią. Wszystko chce robić sam. Tak więc dobrze się stało, że dał on pole popisu nowemu wioślarzowi, a ten nie zawiódł. Ba mało tego, dał Peterowi nieźle popalić i trochę go przegonił. Efektem jest bardzo dobra płyta. W karierze naszej głównej siły eksportowej bywały różne chwile. Lepsze i gorsze. W tych złych łatwo jest ulec, zrezygnować, dać się powalić. To żadna sztuka. O wiele więcej wymaga się od tych, którzy potrafią się podnieść, otrzepać i dalej robić swoje. Peter odrobił lekcję na piątkę. Jako trzeci ale nie ostatni dobitnie pokazuje reszcie świata kto tu rządzi. W tym roku ukazały się trzy świetne, death metalowe płyty z nalepką "Made in Poland": Decapitated, Azarath i Vader. Tak więc wynik meczu Polska - Reszta Świata - 3:0. Polecam, ocena maksymalna.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-3298756029263927997?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/3298756029263927997/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/09/vader-welcome-to-morbid-reich-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/3298756029263927997'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/3298756029263927997'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/09/vader-welcome-to-morbid-reich-2011.html' title='Vader - Welcome To The Morbid Reich (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-FP34qX73esQ/Tl9VOKB5-gI/AAAAAAAAAcA/rlennIbpA0s/s72-c/Vader+-+Welcome+to+the+Morbid+Reich+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-2734885311301943770</id><published>2011-08-30T17:29:00.000+02:00</published><updated>2011-08-30T17:29:20.612+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='AOR'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Outloud - Love Catastrophe (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-abSwElOZjPA/Tl0Btf6-CqI/AAAAAAAAAb8/X6T_bXM0nGE/s1600/Outloud+-+Love+Catastrophe+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/-abSwElOZjPA/Tl0Btf6-CqI/AAAAAAAAAb8/X6T_bXM0nGE/s1600/Outloud+-+Love+Catastrophe+%25282011%2529.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Uważni fani, zapewne pamiętają debiut tej grecko-amerykańskiej ekipy, który ukazał się dwa lata temu, w roku 2009. Warto odnotować fakt, że ich pierwszy album zyskał uznanie krytyki i przez wielu został wybrany "Albumem Roku" w swojej kategorii. Przyznam, że ten LP był także jednym z moich ulubionych krążków. Jak powszechnie wiadomo, w przypadku drugiego albumu, często pojawia się pytanie i obawa o to, czy zespół potwierdzi swoje umiejętności i aspiracje wydając płytę, która wstydu nie przyniesie, czy też może będzie tak, że w opinii wielu zostanie "zespołem jednej płyty". Historia grupy rozpoczęła się w roku 2004, kiedy to gitarzysta Tony Kash pobierał lekcje i jammował razem z Bobem Katsionisem (tym samym, który udzielał się w greckim Firewind). Ten pierwszy okazał się pilnym uczniem i w 2008 roku, do spółki z wyżej wymienionym, a także z perkusistą Markiem Crossem (Tainted Nation, ex-Firewind, Helloween, Kingdom Come), basistą Jasonem Mercurym i znanym z udzielania się w zespole Talon, śpiewakiem, Chandlerem Mogelem, założył zespół Outloud. Rok później, w 2009, nakładem speców z&amp;nbsp; Frontiers Records ukazał się ich pierwszy album, zatytułowany po prostu "Outloud". Krótko potem doszło do zmiany warty na stanowisku basisty. Nowym członkiem grupy został, znany z udzielania się w Bare Infinity, Sverd T. Soth. W tym składzie panowie odbyli trasę koncertową po swoim macierzystym kraju i podpisali stosowne papiery z niemiecką wytwórnią AOR Heaven, dotyczące nowej płyty, której nagrywanie rozpoczęło się w roku 2010. Masteringiem zajął się doświadczony i zaprawiony w bojach Tommy Hansen (Helloween, TNT, Pretty Maids), a producentem, podobnie jak poprzednio, jest sam Bob Katsionis. Kompakt ozdabia przyciągająca oko okładka, a słuchając jego zawartości jestem spokojny o przyszłość gatunku muzycznego, zwanego Hard Rockiem. Po raz drugi zespołowi udało się osiągnąć doskonały rezultat i dać słuchaczom do rąk energetyczny, przebojowy, doskonale zagrany (w końcu w zespole byle kto nie gra), zaśpiewany i wyprodukowany krążek. Już w tytule pierwszego utworu obwieścili, że przybyli skopać pare tyłków. &lt;strong&gt;We Came To Rock&lt;/strong&gt; to radośnie pędzący przed siebie, niczym struś pędziwiatr "beep, beep", autostradą numer z mocnymi, nośnymi riffami, łatwo wpadającą w ucho melodią i zapamiętywalnym refrenem. Tak sobie słucham następnego w kolejce &lt;strong&gt;Falling Rain&lt;/strong&gt; i zastanawiam się, czy tylko ja mam tu nachalne skojarzenia z przebojem Cutting Crew "Died In Your Arms Tonight". Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, bo to całkiem miłe deja-vu. A ponieważ wspomniany klasyk jest już nie lada przebojem, to spodziewam się, że za lat kilkanaście będzie można powiedzieć to samo o tej ścieżce. &amp;nbsp;Po chwilowym zwolnieniu tempa jazdy na ograniczeniu prędkości, w &lt;strong&gt;Live Again&lt;/strong&gt; znów wciskamy gaz do dechy i gnamy z wiatrem w zawody przez malownicze trasy. Bardzo podoba mi się refren tego numeru, osobiście lubię takie zabiegi, to jak wdech przed skokiem do wody. &lt;strong&gt;Waiting For Your Love&lt;/strong&gt; jakoś tak, z powodu swojego tytułu, skojarzył mi się z Whitesnake. I aż się tego przestraszyłem. Na szczęście utwór, który został wybrany na promocyjnego singla, i do którego nakręcono makaron na widelec, czyli wideoklip, z kawałkami ekipy Coverdale'a nic wspólnego nie ma. Co nie przeszkadza my być jedną z najlepszych propozycji na "Love Catastrophe". Bardzo dobrą propozycją jest także &lt;strong&gt;The Night That Never Ends&lt;/strong&gt;. W tym miejscu mam przyjemne skojarzenia z całą masą hitów z lat '80 ubiegłego wieku. Są zatem przyjemne, niezbyt dociążone gitarki, nieskomplikowana, łatwa i ładna melodia oraz zapamiętywalny refren. Do tego zawodowa solówka. Czego chcieć więcej? Podoba się i już. Osobiście, na płytach hard rockowych lubię nagłe zmiany akcji, tak jak w przypadku ścieżki &lt;strong&gt;Someday&lt;/strong&gt;. Piękny, bujający, akustyczny numer. Jak ładnie wypada w refrenie udział pani wokalistki... Takie utwory powinno serwować się parom na romantycznych randkach, wieczorach we dwoje i podobnych chwilach. By jednak nie zrobiło się omdlewająco słodko, panowie serwują dynamicznego utworka pt. &lt;strong&gt;Underground&lt;/strong&gt;. Kolejna rzecz, przy której robimy głośno na full, opuszczamy szyby i jedziemy, przyjacielu. Zawodowy, hard rockowy numer. Nic dodać, nic ująć. Tylko gnać. Równie mocną propozycją jak poprzednia jest &lt;strong&gt;Isolation Game&lt;/strong&gt; z wokalami przypominającymi te, które popełniła Cher w jednym ze swoich największych hitów. Trzeba pochwalić zespół za odważną próbę wprowadzenia nowinek. Tychże "elektronicznych" czy jak to nazwać, momentów nie ma wiele, bo występują tylko w zwrotkach, osobiście odbieram to jako pewną ciekawostkę i urozmaicenie. Przedostatni na płycie, &lt;strong&gt;Clean Hands&lt;/strong&gt;, to taki bardziej rockowy numer, osobiście w niektórych momentach przyjemnie kojarzący mi się ze słynnym "Don't loose my number" Phila Collinsa. Tyle i aż tyle. Zamykający album, tytułowy &lt;strong&gt;Love Catastrophe&lt;/strong&gt; to bodaj jedna z najlepszych propozycji na tym krążku. Wolny, syntezatorowy wstęp, a potem znów można jechać i wyprzedzać maruderów. Bardzo podobają mi się "przerwy" między kolejnymi zwrotkami i całkiem nieźle pomykający w tle basista. Tak w ogóle to jego należy tu wyróżnić. Jest równorzędnym muzykiem, nie dał się zepchnąć w tło, często da się go słyszeć, robiącego różne ciekawe rzeczy ze swoim instrumentem. Pozostali muzycy również nie graja dla samego grania, wszystko ma tu swoje miejsce, nikt się nie wychyla i nikt nie dominuje. Całość jest przestrzenna, wszystko ładnie słychać.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jednak po wysłuchaniu całości, oprócz kilku wciągających fragmentów nic nie przyciąga ucha na dłużej. Jest to album bardzo grzeczny, wygładzony i oprócz kilku agresywniejszych momentów nie ma tu nic dzikiego i brudnego. Nie ma także "ciosu finałowego", odbiorca ma prawo czuć niedosyt. Jeśli komuś podobał się debiut Outloud, temu spodoba się także ten LP. Jeśli ktoś nie zna debiutu, ten nie wie co stracił. Ja z kolei, tak czy owak, z powodów powyższych spokojnie postawię notkę 8/10. Fanom Hard Rocka na dobrym poziomie zdecydowanie tę płytę polecam.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-2734885311301943770?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/2734885311301943770/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/outloud-love-catastrophe-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2734885311301943770'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2734885311301943770'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/outloud-love-catastrophe-2011.html' title='Outloud - Love Catastrophe (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-abSwElOZjPA/Tl0Btf6-CqI/AAAAAAAAAb8/X6T_bXM0nGE/s72-c/Outloud+-+Love+Catastrophe+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-5156102670456749466</id><published>2011-08-28T18:12:00.000+02:00</published><updated>2011-08-28T18:12:51.574+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Death Metal'/><title type='text'>Death Destruction - Death Destruction (2011)</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-CkMakrmsnec/Tlpo64c4CQI/AAAAAAAAAb4/A5kKsyUry4k/s1600/Death+Destruction+-+Death+Destruction+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-CkMakrmsnec/Tlpo64c4CQI/AAAAAAAAAb4/A5kKsyUry4k/s320/Death+Destruction+-+Death+Destruction+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;W ostatnich latach działalności panów Henrika Danhage i Jonasa Ekdahla w szwedzkim Evergrey, przebąkiwano o tym, że obydwaj utworzyli projekt o nazwie Death Destruction, w którym obaj jakoby uskuteczniać mieli death metalowe dźwięki. Niezobowiązujący początkowo side-projekt nabierał coraz poważniejszych kształtów. Najpierw zaczęło się od dema, które ujrzało światło dzienne w 2004 roku, a więc wtedy, gdy zespół dowodzony przez Toma Englunda święcił największe sukcesy. Potem na długie lata, aż do 2011 wokół tego zespołu, czy raczej właśnie jeszcze wtedy bardziej projektu-zjawy, zapadła cisza. Wydawać by się mogło, że nic już więcej się nie wydarzy. Ale jednak wtedy ukazała się "Fuck Yeah (Live EP)", a rok wcześniej obydwaj delikwenci odeszli z Evergrey. Rozstanie przebiegło ponoć w pokojowej atmosferze, w co osobiście nie bardzo wierzę, mając w pamięci to co Englund pisał na blogu o powstawaniu kolejnych płyt z udziałem owych absztyfikantów. Dodać należy do tego zaproszenie do Death Destruction basisty Fredrika Larssona, obecnego członka Hammerfall i ex-basistę Evergrey właśnie. Pieprzu dodaje fakt, że ów pan pograł z nimi zaledwie rok, a potem nagle i bez podania wyraźnych przyczyn opuścił zespół. Ciekawe czy Jonas i Henrik dogadali się z nim i obiecali mu miejsce u siebie, czy też Fredrik sam wyraził chęć gry razem z nimi. W każdym razie dołączając do nich, zapewne z powodów biznesowych, swojego macierzystego Hammerfall nie opuścił. Do składu dołączył wokalista Jimmie Strimell, znany zapewne niektórym z udzielania się w szwedzkim, Melodic Death Metalowym Cipher System i oczywiście w greckim Nightrage. Zanim jednak ów pan zajął miejsce za sitkiem, rolę wokalisty pełnił... Rikard Zander, obecny klawiszowiec Evergrey. On jednak szybko zrezygnował z tej roli i wolał pozostać u boku Englunda. Nie dziwi to, biorąc pod uwagę fakt, że podpisuje się on pod wieloma utworami tego zespołu. Zatem ukształtowany już skład zaprezentował najpierw wspomnianą, koncertową EP, by jeszcze w tym roku, nakładem szwedzkiego oddziału Sony Entertainment, wypluć swoje pierwsze dzieło, skromnie zatytułowane "Death Destruction". Premiera przewidziana została na 24 sierpnia 2011 roku. Płyta zawiera 11 premierowych kompozycji, a jej czas zamyka się w nieco ponad 40 minutach. Jak na debiut to wystarczająca ilość by przedstawić słuchaczowi swój potencjał i albo zachęcić go lub zniechęcić. Bałem się o rezultat jaki zostanie mi w głowie po wysłuchaniu tej płyty. Z prostej przyczyny: nie wiedziałem na co stać Henrika i Jonasa na death metalowym poletku. Swego czasu zajrzałem sobie nawet na ich myspace, niestety to co tam usłyszałem nie napawało mnie zbytnim optymizmem. Postanowiłem jednak uzbroić się w cierpliwość i poczekać na całą płytą by na spokojnie wysłuchać pełnej zawartości po obróbce i miksach. Koperta nie jest zbyt zachęcająca ale zajrzyjmy do środka. Pora włożyć CD do napędu i wcisnąć przycisk "Play". Otwierający całość &lt;strong&gt;The Shredding March&lt;/strong&gt;, mimo swego intensywnego ataku garów i gitar nie przypadł mi do gustu. Do tego ten wydzierający się wniebogłosy wokalista. Oczywiście Henrik stara się być tu na siłę death metalowym wioślarzem, co nie wychodzi mu zbyt przekonująco. Po pierwsze niezbyt zmienił swoje brzmienie, po drugie nadal gra swoje z daleka pachnące Evergrey solówki. W tym momencie złośliwie się uśmiechnąłem. Wiedziałem, że nie zdoła on uciec od tego co robił przez bez mała 10 lat swojej bytności w poprzednim zespole. Jonasa też się to dotyczy. Nadal gra on swoje perkusyjne łamańce, od początku kojarzące się z progresywnymi rejonami. Nie inaczej jest w następnym, notabene już dużo lepszym, &lt;strong&gt;Kill It!&lt;/strong&gt; Czysty, "evergreyowski" riff na otwarcie, aż dziwne, że nie został on wykorzystany w żadnym utworze tego zespołu. Reszta może kojarzyć się z typowym, death metalowym naparzaniem. Bardzo podoba mi się te progresywne bujanie w refrenie. I pierwsza myśl w czasie słuchania: niechże Jonas i Henrik wracają do Evergrey, bo tam ich miejsce. Tu wszystko pachnie tym zespołem, mimo death metalowej otoczki. Na pierwszego singla, promującego to wydawnictwo został wybrany &lt;strong&gt;Fuck Yeah&lt;/strong&gt;, do którego nakręcono wideoklip. Przyznam, że oglądałem to wideo z mieszanymi uczuciami. Zrobione na modłę "St. Anger Rehearsals", czarno białe i zupełnie jakieś takie nieprzekonujące. Średniej klasy death metalowy numer z "evergreyowską", a jakże, solówką. I po raz kolejny pytam - warto było...? Bardzo dobrym pomysłem na utwór pod flagą Evergrey byłoby wykorzystanie pomysłów z utworu &lt;strong&gt;Silence&lt;/strong&gt;. Czyżby to było powodem odejścia Danhage i Ekdahla? Mieli pomysły na nieco cięższe wałki ale Englund nie chciał się na to zgodzić? &amp;nbsp;Szkoda, bo gdyby to dobrze rozegrać i faktycznie to wykorzystać to powstałyby killerskie rzeczy. To samo można powiedzieć o następnym w kolejce - &lt;strong&gt;Mark My Words&lt;/strong&gt;. Evergrey w death metalowej otoczce. Niszcząca solówka i demolujący bas i perkusja robią naprawdę doskonałe wrażenie. Aż dziwne, że Tom nie poszedł po rozum do głowy, przecież i on zaczynał od death metalu. Ta płyta ma tę dziwną właściwość, że przeplatają się tu rzeczy bardzo dobre z tymi słabymi. Po bardzo udanym utworze chciałoby się pójścia za ciosem, niestety treściwie zatytułowany &lt;strong&gt;Hellfire&lt;/strong&gt; rozwiewa te nadzieje. Jedyne co mi się tu podoba to słyszalny, demolujący bas i kapitalne zwolnienie do tempa iście walcowatego. O wiele lepiej słucha się progresywnego death metalu (znów echa Evergrey oczywiście) w &lt;strong&gt;Day Of Reckoning&lt;/strong&gt;. Z jednym ale: po udanym początku, w którym Danhage prezentuje swoje możliwości, następuje bardzo słaba część podstawowa utworu. Co prawda refren jakoś tam ratuje ten wałek ale ogólnie jako całość niezbyt mnie to przekonuje. Gdyby ten refren zaśpiewał Englund.... Ba, gdyby tu zagrał solówkę razem z Henrikiem. Ech, marzenie... Bardzo dobra końcówka w stylu najbardziej mocarnych kawałków Evergrey. Duże brawa. No i &lt;strong&gt;Purified&lt;/strong&gt;. Najlepsza rzecz jaka udała się na ty krążku. Kapitalna. Tu wszystko do siebie pasuje, ułożone we właściwych proporcjach i nareszcie wokalista mnie nie drażni. Po raz kolejny apeluję: niechże ten riff zostanie wykorzystany w Evergrey, bo z tego powstałby murowany przebój. Wisienką na torcie jest wspaniała solówka, na tle bezlitośnie młócącej sekcji. Posłuchajcie sobie końcówki utworu, mniej więcej od czasu 02:26. Takich pomysłów nie ma byle kto, tu w pełni, po raz kolejny zresztą, ujawnił się talent kompozytorski Henrika Danhage. Wolno i walcowato rozpoczyna się &lt;strong&gt;Chained In Thoughts&lt;/strong&gt;. Jonas po raz kolejny zapędza się w progresywne łamańce i dopóki panuje taki klimat jest zupełnie w porządku. Ale gdy wchodzi napierdalanka to mi się wszystkiego odechciewa. Szkoda, że w ten sposób spieprzono nieźle zapowiadający się numer. Nie będę zwalać tego na karb debiutu, bo żaden z muzyków nowicjuszem nie jest. W końcówce płyty, którą są dwa utwory, &lt;strong&gt;Sea Of Blood&lt;/strong&gt;, po raz kolejny kłania się Evergrey. Tyle, że dużo cięższe, wciąż jednak progresywne i znakomite. Ja rozumiem, ze Tom Englund jakąś tam wizję swojego zespołu ma ale czasem warto jest wystawić nos poza swoje poletko, posłuchać propozycji swoich muzyków i zobaczyć co się gra obecnie na świecie. Ten kawałek spokojnie można postawić obok wcześniej wymienionego &lt;strong&gt;Purified&lt;/strong&gt;, bo niewiele mu ustępuje. Danhage po raz kolejny zdemolował solówką, a sekcja zmiażdżyła co się dało. Zupełnie nie rozumiem co zespół chciał zaprezentować kończącym płytę utworem &lt;strong&gt;Kingdom Come&lt;/strong&gt;. Zbiór przypadkowych riffów, pomysłów, skleconych jako tako, by mniej więcej wszystko do siebie pasowało. Drażni mnie to niesamowicie. Dla świętego spokoju, a także by niczego nie ominąć i nie wyjść na ignoranta, wysłuchałem tego do końca. Podoba mi się solówka. I tylko ona, bo do takich Henrik przyzwyczaił mnie grając na płytach Evergrey.&lt;br /&gt;Pora kończyć recenzję. Tak sobie myślę, że nie jest to zła płyta. Tyle, że została nagrana przez ludzi, którzy z death metalem do tej pory (za wyjątkiem krzykacza) do czynienia nie mieli. Może i czegoś tam posłuchali, mieli jakieś tam fascynacje. I tylko tyle. Podsumowując, powtórzę swoją myśl z początku: niechże Jonas i Henrik wracają do Evergrey, bo tam ich miejsce. Poeksperymentowali, wydali płytę. I o to chodziło. Za to brawa i wielkie uznanie. Moim jednak zdaniem do tego rodzaju muzyki nie pasują. Ode mnie nota 7/10. Minusy za pomysły pasujące jak pięść do oka i wkurzającego wokalistę. Miejscami naprawdę fajnie się tego słucha. Szkoda, że tylko miejscami. Spragnionym ciekawostek umiarkowanie polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-5156102670456749466?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/5156102670456749466/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/death-destruction-death-destruction.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5156102670456749466'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5156102670456749466'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/death-destruction-death-destruction.html' title='Death Destruction - Death Destruction (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-CkMakrmsnec/Tlpo64c4CQI/AAAAAAAAAb4/A5kKsyUry4k/s72-c/Death+Destruction+-+Death+Destruction+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-2123560864186292777</id><published>2011-08-27T17:01:00.000+02:00</published><updated>2011-08-27T17:01:25.508+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Doom Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Hour Of 13 - The Ritualist (2010)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-Z-4wVzPyXME/TlkGuz3XQPI/AAAAAAAAAb0/VwZuu6M1_Qw/s1600/cover.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="318" src="http://3.bp.blogspot.com/-Z-4wVzPyXME/TlkGuz3XQPI/AAAAAAAAAb0/VwZuu6M1_Qw/s320/cover.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W trzy lata po bardzo dobrze przyjętym i przychylnie ocenianym debiucie, amerykańska grupa Hour Of 13 powróciła z drugim długograjem, złowrogo zatytułowanym "The Ritualist". O ile w przypadku pierwszego krążka można było mówić, że całość to nic innego jak swoisty miks wpływów Pagan Altar, Judas Priest (tego z lat '70) i rzecz jasna, Black Sabbath, to jeśli chodzi o omawianą płytę - jest tu znacznie więcej. W przypadku takich rejonów grania ja zawsze odżegnywałem się od sabbatho-podobnych grup, które skręcały za mocno w stronę stonera. &amp;nbsp;Byłem więc bardzo sceptyczny, gdy kiedyś ktoś przyniósł mi jeszcze wówczas kasetę z zawartością pierwszego LP, mówiąc, że to coś w stylu Black Sabbath z Ozzym na wokalu. Nie powiem, że nie błysnęły mi oczy ale ile już było takich zespołów? Inną sprawą było to, że pierwszy wypiek tej formacji ukazał się pod szyldem znanej i szanowanej Shadow Kingdom Records. O, to już była dobra rekomendacja. Odpaliłem i do dziś dnia, choć ta kaseta przepadła mi gdzieś, tego nie żałuję. Z wielkim zainteresowaniem więc wysłuchałem znakomitego singla, pilotującego "The Ritualist" - &lt;strong&gt;Naked Star&lt;/strong&gt;. Wtedy już wiedziałem, że gorzej nie będzie, a całość warta jest zachodu i czasu. Wiecie co jest w tym wszystkim najfajniejsze? Ten kompakt stworzyła dwójka ludzi. Chad Davis zajął się wszystkimi instrumentami (gitarami, basem, perkusją) i chórkami, a Phil Swanson lirykami i wokalami. Całość brzmi jak miks dokonań Black Sabbath, Pagan Altar, Witchfinder General, Candlemass, a nawet Mercyful Fate i starego Judas Priest. A naturalny głos Phila, przypominający nieco niższe rejestry młodziutkiego Osbourne'a nadaje całości specyficznego klimatu. Może to wszystko już faktycznie było ale czy to jest ważne? Co z tego, że było, skoro słucha się tego doskonale, płyta ani na moment nie nudzi, a duszna, niemal miejscami psychodeliczna atmosfera, pełne okultystycznej i satanistycznej symboliki teksty i doskonała produkcja robią resztę. Rozpoczynający album &lt;strong&gt;The Gathering&lt;/strong&gt; już od pierwszych taktów wciąga niepowtarzalną, unikalną atmosferą, klimatami rodem z lat siedemdziesiątych w obrębie gitar (Judas Priest się kłania) i klawiszy. Do tego wspaniale śpiewający wokalista. Szkoda, że tak krótko, zaraz potem wchodzi tytułowy &lt;strong&gt;The Ritualist&lt;/strong&gt;. Tu mamy już klimaty typowo doomowe i jakże sympatyczne gitarki, przypominające to co robił ze swoim instrumentem pan Tony Iommi. Do tego mamy fajną, mogącą naprawdę się podobać melodię i bardzo dużo przestrzeni. Zwrócić należy uwagę na to co się dzieje w tym kawałku, gdy Phil przestaje śpiewać. Kłaniają się najwięksi mocarze doom metalu. We wspominanym już przeze mnie &lt;strong&gt;Naked Star&lt;/strong&gt; mamy więcej heavy metalu w stylu, którego nie powstydziliby się sami Gods of Metal. Z całą pewnością najbardziej energetyczny i przebojowy utwór na całej płycie. Nic więc dziwnego, że został wybrany na promocyjnego singla. Równie dobry, choć już bardziej pokręcony i doom jest &lt;strong&gt;Demons All Around Me&lt;/strong&gt;. I jeśli się dobrze wsłuchać, to czy nie ma tu czegoś z rejonów dotąd zarezerwowanych dla Mercyful Fate? Posłuchajcie tych riffów i fajnie skonstruowanego refrenu. No ja nie mogę się opędzić od skojarzeń z tą właśnie ekipą. Główny riff w &lt;strong&gt;Possession&lt;/strong&gt; nie tylko wywołuje przyjemne wibracje swoim ciężarem ale także przypomina dokonania tych wszystkich świetnych zespołów, które umiejętnie budowały nastrój aż do końca utworu i wielkiego finału na ich końcu. I tak jak dwie następujące po tym utworze kompozycje, a więc odpowiednio &lt;strong&gt;Soldiers of Satan&lt;/strong&gt; oraz &lt;strong&gt;Evil Inside&lt;/strong&gt;, przesiąknięte są duchem Black Sabbath, a gitary brzmią właśnie tak, jakby to sam Iommi postanowił tu zagrać. Pierwszy z nich bardziej dynamiczny, drugi toczy się wolno i dostojnie, niczym stutonowy walec, miażdżąc wszystko i wszystkich na swojej drodze. Niczym klamrą całość spina kończący krążek &lt;strong&gt;The Crawlspace&lt;/strong&gt;. Zaskakujący, ze zmianami tempa, klimatu i bardzo epicki.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Zaskakujący miks wpływów, odniesień, zapożyczeń no i cudowna chemia między muzykami. Niezwykły talent kompozytorski &amp;nbsp;Chada Davisa, charyzmatyczny wokal Phila Swansona, ponure, okultystyczne teksty i bardzo dobre pomysły dały efekt w postaci świetnej płyty. Jeśli zatem jesteście znudzeni przewidywalnym i do bólu oklepanym doom metalem to ten LP jest dla Was. Mi się spodobało od pierwszego do ostatniego taktu. Gorąco polecam, ocena w granicach 8,5/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-2123560864186292777?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/2123560864186292777/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/hour-of-13-ritualist-2010.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2123560864186292777'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2123560864186292777'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/hour-of-13-ritualist-2010.html' title='Hour Of 13 - The Ritualist (2010)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-Z-4wVzPyXME/TlkGuz3XQPI/AAAAAAAAAb0/VwZuu6M1_Qw/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-8815588261770344352</id><published>2011-08-25T19:31:00.000+02:00</published><updated>2011-08-25T19:31:02.207+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='AOR'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Serpentine - Living And Dying In High Definition (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-kWB8QjYkz20/TlaGzc5E3xI/AAAAAAAAAbw/5mHae56MC1s/s1600/Serpentine+-+Living+And+Dying+In+High+Definition+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/-kWB8QjYkz20/TlaGzc5E3xI/AAAAAAAAAbw/5mHae56MC1s/s1600/Serpentine+-+Living+And+Dying+In+High+Definition+%25282011%2529.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Pamiętacie taki band, który wziął się praktycznie znikąd? Nazywa się Serpentine i swój debiut, za sprawą wszędobylskiego wokalisty Tony Millsa, wymodził rok temu. Płyta ta nosiła tytuł "A Touch Of Heaven". Zanim jednak powstał ów krążek, nasz gardłowy dogadał się między innymi z kumplami z Acacia Avenue, gdzie zaśpiewał gościnnie. Jakby tego było mało wszyscy zapewne pamiętają doskonale przyjęty debiut projektu State of Rock, w którym nasz bohater również się udzielał. Przede wszystkim jednak Millsa kojarzyć trzeba z TNT oraz oczywiście Shy. Zaskoczyło mnie info o nowym wypieku Serpentine bo mówiło się, że Tony na nim nie zaśpiewa, a reszta zespołu znalazła już nawet następcę w osobie niejakiego Matta Blacka. Koniec końców jednak reszcie zespołu udało się ubłagać starego wokalistę i zaśpiewał on na drugim LP Serpentine, ładnie zatytułowanym "Living And Dying In High Definition". Tak więc znów będziemy mieli do czynienia ze znakomicie podanym i opakowanym w fajne melodie, eleganckim, brytyjskim AOR'em. Jak zwykle dostaniemy również zajebiste chwytliwe refreny oraz znakomitą produkcję, co jest już właściwie standardem, jeśli chodzi o tych panów. Rzut oka na okładkę. Tym razem mniej pastelowych kolorów, więcej ciemnych barw. Czy to źle? Może tak, a może nie. Osobiście layout kojarzy mi się z pewną pracą zdobiącą jeden z krążków Primal Fear. Zatem rzut oka na to co zdobi płytę i zaglądamy do środka. Nowy album Serpentine zawiera 10 premierowych kompozycji i trwa około 54 minut. Ktoś może powiedzieć, że to bardzo długi krążek. Może. Ja zawsze mam za złe zespołowi, że zostawia mnie nienasyconego muzycznie, bo wiele jest takich płyt, gdzie aż się prosi o dodatkowe 1-2 utwory. Więc mi jak najbardziej to odpowiada. Nowy wypiek Millsa i spółki rozpoczyna się od klimatycznego intra w &lt;strong&gt;Deep Down (There’s A Price For Love)&lt;/strong&gt;, które osobiście kojarzy mi się z kawałkami Ten. Super! Ja bardzo lubię takie otwarcia. Robi się coraz bardziej ciekawie, coraz bardziej dynamicznie i mamy pierwszy udany kawałek. Oczywiście jak przystało na tych panów mamy ładnie zaśpiewany refren z chórkiem reszty zespołu w tle. Do tego bardzo udany podkład klawiszy pana Garetha Davida Noona, który jak zawsze robi dobrą robotę. Bardzo podoba mi się to jak współpracuje on z gitarzystami. W tle ładnie grająca sekcja i mamy bardzo dobry numer. Może jeszcze nie przebój ale słucha się tego doskonale. Roy Millward za garami rozpoczyna kolejny kawałek, krótko zatytułowany &lt;strong&gt;Philadelphia&lt;/strong&gt;. Przyznam, że w pierwszej chwili pomyślałem, że to zaginiony track Skandynawów z Brother Firetribe. Konstrukcja bardzo podobna do tego co robią wymienieni wyżej Finowie. Nie jest to zły numer ale w porównaniu do poprzedniego wyraźnie słabszy, choć ciągle da się słuchać i nie wkurza. Na dłuższą metę jednak mojego ucha na dłużej nie przyciąga. Bo zdecydowanie wolę takie wałki jak &lt;strong&gt;Dreamer&lt;/strong&gt;. No co za hit! Takie przeboje może śpiewać wyłącznie Mills. Komu podobał się ubiegłoroczny debiut State of Rock wie o czym mówię. Doskonały, nośny, dynamiczny i pędzący na złamanie karku kawał dobrego AOR grania. Rzecz jasna mamy znakomite melodie, świetny podkład klawiszy, doskonałe gitary, kapitalny, chóralny refren i gnającą radośnie sekcję. Jakże fajnie wypadają te zwolnienia. W sam raz by zdjąć nogę na zakręcie, a na prostej znowu wbić pedał do dechy, opuścić szyby i jechać przed siebie. Po takich doznaniach warto nieco zwolnić, zrobić słitaśną atmosferkę, w sam raz do gruchania we dwoje i nagrać taki numer jak &lt;strong&gt;Love Is Blue&lt;/strong&gt;. Ładnie skonstruowana balladka ze świetnym, chóralnie zaśpiewanym refrenem. Całości wrażeń dopełniają ładne klawiszowe tła, z uśmiechem śpiewający Mills oraz udane solo gitarowe. Utworek polecam naszym rockowym paniom, na pewno przypadnie im do gustu. Kolejną, wolniejszą propozycją jest zadumany &lt;strong&gt;Where Do We Go From Here?&lt;/strong&gt; Podoba mi się tu fajnie skonstruowany refren. Wiecie, słuchałem sobie tego krążka kilka razy w samochodzie i muszę powiedzieć, że świetnie się przy nim prowadzi. Kilometry same uciekają pod kołami, a palce wystukują rytm na kierownicy. Będąc w połowie nowego dzieła Serpentine, myślę, że jest to album lepszy od swojego poprzednika. Kolejnym przebojem jest &lt;strong&gt;Cry&lt;/strong&gt;. Znów ta charakterystyczna maniera Millsa, znakomicie skonstruowany refren i łatwo wpadający w ucho refren. Może nie jest tak dobrze jak w przypadku wyżej omawianego wałka ale naprawdę nie ma powodu do narzekań. Całość okrasza fantazyjna, gitarowa solówka. &lt;strong&gt;Best Days Of Our Lives&lt;/strong&gt; to chyba taki raczej wspominkowy utworek. Słucha się dobrze, choć nie ma w nim niczego niezwykłego. Poza tym już chyba ktoś nagrał kawałek o podobnie brzmiącym tytule. To stawki znakomitych propozycji dołącza &lt;strong&gt;Heartbreak Town&lt;/strong&gt;. Uwielbiam sposób w jaki zespół konstruuje takie refreny. Zapamiętywalne i łatwo wpadające w ucho. Przy okazji dostajemy dynamiczny kawałek. Czego chcieć więcej? Nie wiem natomiast o co chodziło zespołowi, który przedostatni kawałek na nowym LP zatytułował &lt;strong&gt;Nuremberg&lt;/strong&gt;. Czyżby chodziło o pewien znany serial o tym tytule? Nie żebym miał coś przeciwko bo to bardzo dobry numer. Tyle, że nieco odstaje nieco od ogólnego obrazu całości. Taki bardziej, hmmm, progresywny. Album kończy dynamiczny &lt;strong&gt;Forgotten Heroes&lt;/strong&gt;. Bardzo udany numer na pożegnanie słuchacza, a także pożegnanie Millsa, który jak głosi fama, nie zaśpiewa już na kolejnym krążku Serpentine. Pierwotnie bowiem, to Matt Black miał zaśpiewać na nowej płycie. Nawet z jego udziałem wstępnie zarejestrowano trzy utwory: &lt;strong&gt;Philadelphia&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Cry&lt;/strong&gt; oraz &lt;strong&gt;Lonely Nights&lt;/strong&gt;. Ten ostatni nie znalazł się jednak na płycie. Do dwóch poprzednich Tony ponownie nagrał wokale i tak oto, raz jeszcze ale już ponoć po raz ostatni jego głos znalazł się na tym wydawnictwie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mi się ta płyta zwyczajnie podoba. Może nie jest tak przebojowa jak ubiegłoroczne krążki z Millsem na wokalu ale naprawdę nie jest zła. Fani dobrego, brytyjskiego AOR'u na pewno nie będą zawiedzeni. Polecam, ode mnie nota w granicach 8/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-8815588261770344352?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/8815588261770344352/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/serpentine-living-and-dying-in-high.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8815588261770344352'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8815588261770344352'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/serpentine-living-and-dying-in-high.html' title='Serpentine - Living And Dying In High Definition (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-kWB8QjYkz20/TlaGzc5E3xI/AAAAAAAAAbw/5mHae56MC1s/s72-c/Serpentine+-+Living+And+Dying+In+High+Definition+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-4203102298564703888</id><published>2011-08-15T15:50:00.000+02:00</published><updated>2011-08-15T15:50:52.342+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Aclla - Landscape Revolution (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-Oi2WfnzayH4/TkkkNIMu5II/AAAAAAAAAbs/SiKEvaBDFzU/s1600/Aclla+-+Landscape+Revolution+-+2011.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://4.bp.blogspot.com/-Oi2WfnzayH4/TkkkNIMu5II/AAAAAAAAAbs/SiKEvaBDFzU/s320/Aclla+-+Landscape+Revolution+-+2011.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W zasadzie omijam wydawnictwa metalowe zespołów pochodzących z krajów Ameryki Południowej. Są oczywiście nieliczne wyjątki, takie jak debiut brazylijskiego Aclla. Płyta "Landscape Revolution" ukazała się rok temu ale dzięki kanadyjskiej wytwórni Metalodic Records, pojawiła się ona raz jeszcze, poszerzona o dwa dodatkowe, bonusowe utwory. Oko przyciąga okładka, na której widnieje przesympatycznie szczerząca zęby rybula. Czy też coś na kształt rybeńki. Jakaś arcywściekła lub zmutowana pirania czy coś takiego. Słuchając zawartości srebrnego krążka podziwiałem bardzo fajnie pracujące gitary, wspaniale ustawionej i gnającą na złamanie karku sekcję rytmiczną i obdarzonego bardzo dobrym i pasującym głosem, wokalisty. Wszystko to zostało świetnie zrealizowane, całość brzmi bardzo energetycznie i potrafi przyciągnąć ucho słuchacza na dłużej. Nie wiem tylko dlaczego w niektórych opisach stoi "power metal". Moim zdaniem, choć pewne elementy tego stylu są na tym LP słyszalne, to całość brzmi raczej jak próba naśladowania lub może wzorowania się na najlepszych wzorcach heavy metalowych i hard rockowych. Gdyby się uprzeć to w tych agresywniejszych partiach można usłyszeć conieco Accept z Dirkschneiderem na wokalu. Jest też sporo gitarowych łamańców i zmian tempa, co sprawia, że ten album jest bardzo dynamiczny i dobrze się go słucha. Patrząc na kraj pochodzenia zespołu (Brazylia) obawiałem się, że będzie tu dużo marakasów, galopad na spienionym Lucyferze i irytujących, wysokich i piszczących wokali. Tymczasem od początku płyty i utworu &lt;strong&gt;Totem&lt;/strong&gt;, zostałem przyjemnie zaskoczony mocnym, motorycznym riffem, rodem z najlepszych heavy metalowych krążków. Może nie jest to szczyt możliwości zespołu ale na mnie robi to dobre wrażenie. No i ten pewnie śpiewający i to dość nisko, wokalista. Nie wiem gdzie go wsadzić. Ma w głosie coś z barwy Cornella i gdy wyciąga te swoje górki to robi to bardzo ciekawie. Rzadko który gardłowy ma tak naturalną chrypę. Pierwszą próbę naśladowania wspomnianego Accept mamy w marszowym, może nawet i epickim &lt;strong&gt;The Hidden Dawn&lt;/strong&gt;. Tu z kolei w tych wokalach nie tylko będzie coś z Cornella, ale także dalekie echa Udo i... Cansa z Hammerfall. Całość jak wspomniałem jest nieco wolniejsza ale te gitarowe riffy i dudniąca sekcja nadal mogą się podobać. Proszę zwrócić uwagę na ten łatwo wpadający w ucho refren. Czy panowie Templariusze ze Szwecji nie konstruowali podobnych? Podoba mi się także te mocarne zwolnienie i demolujący, powłóczący bas, brzmiący niemal identycznie jak instrument Baltesa na ostatnim wypieku Accept w "Teutonic Terror". Wolno, majestatycznie i baaardzo amerykańsko rozpoczyna się &lt;strong&gt;Under Twilight Skies&lt;/strong&gt;. No posłuchajcie tego, czy nie ma tu zapożyczeń z Soundgarden? Jaka szkoda, że cały kawałek nie jest utrzymany właśnie tak jak brzmią zwrotki. Ten refren nie jest tak do końca zły ale czy ta druga część pasuje w stu procentach? Oczywiście nie można mieć tu zastrzeżeń do pracy instrumentalistów, mam jednak wrażenie, że można to było rozegrać i pomyśleć inaczej. Jak wskazuje tytuł następnego utworu, &lt;strong&gt;Ride&lt;/strong&gt;, musiało to zabrzmieć bardzo energetycznie i mocarnie. I tak właśnie jest. Dobry numer do pędzenia przed siebie z pedałem gazu wbitym w podłogę. Autostradowe grzanie i nic ponad to. Po raz kolejny na tym LP pojawia się demolująca zmiana tempa, a po nim rasowa, heavy metalowa solówka na wirtuozerskim poziomie. Jest to na pewno jeden z najlepszych utworów spośród zaprezentowanych na tym CD. Wspominałem, że jest tu coś z rejonów hard rockowych. No bo co powiedzieć o takim &lt;strong&gt;Living For A Dream&lt;/strong&gt;? Heavy Metal to za dużo ale amerykański hard rock? Jak najbardziej. Szkoda jednak, że brzmiący tak szablonowo. Co prawda zwrotki jeszcze tragedii nie zapowiadają ale ten, hmmmm, no nie najlepszy refren psuje dobre wrażenie. Na pocieszenie jest jednak ładne zwolnienie, gdzie można posłuchać sobie fajnej solówki. Proponuję zwrócić uwagę na tło. Ach, gdyby było troszkę bardziej wyeksponowane.... Tak groźnie zatytułowane kawałki jak &lt;strong&gt;Jaguar&lt;/strong&gt; muszą budzić zainteresowanie. Dobry wstęp i.... potem nic. Niby jest bardzo mocno, drapieżnie i morderczo ale co z tego? Zupełnie nie przemawia do mnie ten kawałek. Wręcz mnie wkurza. Próba naśladowania najbardziej agresywnych utworów Accept tym razem się po prostu nie udała i tyle. &lt;strong&gt;Overcoming&lt;/strong&gt; to bardzo ładny, basowy wstęp, który płynnie przechodzi w średniej klasy, amerykański heavy metal. Dobrze się tego słucha, wszystko jest na swoim miejscu, ucho przyciąga dobrze zmajstrowany refren, dobrze grające gitarki i takaż sekcja. Niestety jest to jednak wszystko na co było stać zespół w tym numerze. By być sprawiedliwym pochwalę dodatkowo za bardzo fajne solo. &lt;strong&gt;Landscape Revolution&lt;/strong&gt; kończy się tak szybko jak się zaczyna, w zasadzie jest to króciutki przerywnik i nic ponad to. Taki wstęp do agresywnego &lt;strong&gt;Flight Of The 7th Moon&lt;/strong&gt;. Szkoda tylko, że znów refren jakoś tak odstaje nieco od reszty utworu. Zastanawiam się tylko jak zabrzmiałby tu Dirkschneider lub Ralf Scheepers. To jest taki numer w stylu Primal Fear. Kto lubi temu może przypaść on do gustu. Jedyną różnicą jest znacznie większa ilość kombinowania w obrębie gitar, gdzieniegdzie może się kojarzyć z wygibasami samego Dave'a Mustaine'a. I tu w tym konkretnym przypadku nie jest to zarzut. Przeciwnie, te zgrabnie wplecione zagrywki bardzo tu pasują. &lt;strong&gt;Trace&lt;/strong&gt; to bardzo udany heavy metalowy numer. Tym razem wszystko tu pasuje, nic nie zgrzyta i nie irytuje. Bardzo podoba mi się praca gitary solowej w refrenie. Znów mam deja-vu z niektórymi utworami Megadeth. Rudzielec często urozmaicał swoje numery w taki właśnie sposób. Na uwagę zasługują popis basisty i wypasione, gitarowe solówki. Mamy tu także zaskakujące, krótkie zwolnienie. No tego się nie spodziewałem. Potem wszystko wraca do normy, refren i koniec. Jest to z całą pewnością jeden z najlepszych momentów na tym LP. Akustyczną miniaturą rozpoczyna się &lt;strong&gt;Beyond The Infinitie Ocean&lt;/strong&gt;. Słucha się tego z ogromną przyjemnością i zainteresowaniem. Potem robi się agresywnie i bardzo heavy metalowo. Zastanawiam się dlaczego panowie z Hammerfall nie mają podobnych pomysłów na pisanie swoich własnych numerów. Tu Cans bardzo by pasował. W pewnym momencie robi się bardzo rycersko i zapewne z tego powodu przyklejono łatkę "power metal". Tu faktycznie ona pasuje, jednak do całości płyty i całości tego utworu na pewno nie. Udało się jednak znaleźć pomysł na fajną, wpadającą w ucho melodię i za to należą się pochwały. Znów Megadeth w solówce... Na każdym tego typu rodzaju (no, prawie każdym) musi się znaleźć przynajmniej jeden balladowy kawałek. Tu rolę tę pełni akustyczny i taki, hmmmm, nieco bluesowy &lt;strong&gt;Sun N' Moon&lt;/strong&gt;. Bardzo fajna rzecz, której bardzo przyjemnie się słucha. Utwór ten kończył wersję płyty, która pierwotnie ukazała się rok temu. Na ponownie wydanej "Landscape Revolution" znalazły się dwa dodatkowe kawałki. Pierwszy z nich to mocarny &lt;strong&gt;Who Brings On The Night&lt;/strong&gt;. Kłania się niemieckie, kwadratowe grania spod znaku Accept i innych niemieckich zespołów. Jest tu też conieco z klimatów power metalowych, głównie w tempie kawałka. Ogólnie przeciętna propozycja, choć może się podobać te agresywne riffowanie. Drugi bonus to jakże hammerfallowy &lt;strong&gt;Sunight&lt;/strong&gt;. No tu wszystko wręcz ocieka pewnym bardzo znanym kawałkiem Templariuszy. Czy to źle? Nie chce wyrokować, mi się podoba i tyle. Dobry heavy metalowy numer, w sam raz na zakończenie wydawnictwa.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jak na płytę z tamtych rejonów świata jest bardzo dobrze. Co prawda są tu mielizny ale jeśli się weźmie pod uwagę, że jest to album debiutancki to zbyt surowym być nie można. Niech więc będzie, że jest to bardzo obiecująca i dobrze wyrokująca propozycja zespołu, który ma potencjał na znacznie więcej. Myślę, że nota 7,5/10 będzie wystarczająca. Z sympatią będę przyglądał się dalszym postępkom brazylijczyków. Póki co umiarkowanie polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-4203102298564703888?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/4203102298564703888/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/aclla-landscape-revolution-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4203102298564703888'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4203102298564703888'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/aclla-landscape-revolution-2011.html' title='Aclla - Landscape Revolution (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-Oi2WfnzayH4/TkkkNIMu5II/AAAAAAAAAbs/SiKEvaBDFzU/s72-c/Aclla+-+Landscape+Revolution+-+2011.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-8777970145206579593</id><published>2011-08-08T15:43:00.000+02:00</published><updated>2011-08-08T15:43:58.141+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Melodic Heavy Metal'/><title type='text'>Firewolfe - Firewolfe (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-CF916mRFRu0/Tj_oBfSbQ9I/AAAAAAAAAbo/CY0fWE6Vc98/s1600/FireWolfe+-+FireWolfe+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://4.bp.blogspot.com/-CF916mRFRu0/Tj_oBfSbQ9I/AAAAAAAAAbo/CY0fWE6Vc98/s320/FireWolfe+-+FireWolfe+%25282011%2529.jpg" width="318" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W metalowym światku od jakiegoś czasu przebąkiwano o nowym projekcie muzycznym, zapewne znanego niektórym, wokalisty Davida Fefolta. Sam zainteresowany po zamieszaniu najpierw z Angels of Babylon, a potem z Fifth Angel sam podsycał te plotki, obiecując, że powróci z kolejną propozycją. Z pomocą przyszli panowie wioślarze w osobach Nicka Laytona i Paula Kleffa. Obaj zaczęli pisać materiał na płytę już w roku poprzednim. Jak sami mówią, chcieli stworzyć płytę z muzyka, której sami słuchają. A słuchając finalnego efektu ich pracy, trzeba przyznać, że jest to płyta bardzo heavy, z pazurem, choć bardzo melodyjna i z przebojowymi refrenami. Po zakończeniu pisania i przygotowywania materiału zaczęli się rozgladać za wokalistą, który mógłby zaśpiewać gotowe kawałki. Wybór padł właśnie na Davida Fefolta, który idealnie pasuje do tego, co zespół na tym LP proponuje. Musicie wiedzieć, że nie jest to płyta byle jaka, napisana na kolanie. Jest to dzieło kompletne, starannie przemyślane od A do Z, zawierające świetne kompozycje, wypakowane masą inspiracji i przede wszystkim - nie nudzące słuchacza. W telegraficznym skrócie można powiedzieć, że jeśli ktoś lubi klasyczne, eleganckie, amerykańskie heavy to z miejsca pokocha ten album. A obcując z "Firewolfe" można usłyszeć echa takich tuzów jak Judas Priest, Iron Maiden, Rainbow, Black Sabbath czy wreszcie niemiaszków z Accept. Skład zespołu uzupełniła precyzyjna sekcja w osobach Zacha Uidla (bas) and Jaya Schellena (perkusja). Jak przystało na klasyczną, heavy metalową płytę, rozpoczyna się ona dość wolno i majestatycznie. &lt;strong&gt;Air Attack&lt;/strong&gt; bo o tym utworze mowa nastraja optymistycznie. Troszkę tu nawiązań do pewnego znakomitego dzieła amerykańskiego Warrior ale to tym lepiej. Świetny wałek z odgłosami walki w tle, znakomita praca gitar, świetne solówki, przypominające popisy Brodericka chociażby, wspaniale i pewnie śpiewający wokalista i dudniąca sekcja. Dodajmy tu chóralny refren w tle i gdzieś tam w tle ekipę Tiptona. Natomiast prawdziwym killerem, znakomitym przebojem jest &lt;strong&gt;Unholy&lt;/strong&gt;. No co za numer! Intro niemal jak w skądinąd znanym "Downfall", miażdżąca sekcja, kapitalny, prosty riff w stylu jakiego nie powstydziłby się sam Eddie VanHalen i wokalista, który spokojnie zapędza LeeRotha do kąta. No i ten refren. Kto nie zaśpiewa go razem z Davidem ręka do góry. No nie da się po prostu. Kocham takie numery. Proste, bez wydziwiania i kombinowania heavy metalowe grzanie z killerskimi wymianami solówek. Po prostu prawdziwa miazga. Na debiutach zdarza się często i gęsto, że zespół serwuje utwór będący jednocześnie nazwą zespołu. Tu tradycja została podtrzymana i dostajemy mroczny, epicki, niemalże duszny i niepokojący &lt;strong&gt;FireWolfe&lt;/strong&gt;. Naprawdę niezła rzecz, a praca gitar tu i ówdzie może kojarzyć się z popisami mistrza Yngwie Malmsteena. Jestem naprawdę zbudowany zawartością tego LP. Po prostu aż chce się słuchać. Mimo wielu pomysłów, zabiegów z tempem, kombinowania, smaczków ten album nie nudzi i nie zmusza słuchacza do przesuwania kolejnych utworów. Naprawdę nie spodziewałem się, że w okresie oczekiwania na nowe Sandalinas będę miał okazję posłuchać tak znakomitego wydawnictwa. Na dzień dzisiejszy całkowicie zaspokaja ono mój głód w rejonach melodyjnego heavy metalu. Jeszcze lepiej jest w &lt;strong&gt;Armed Forces&lt;/strong&gt;. Agresywny tytuł i takiż utwór. Coś na kształt uzbrojonego po zęby i dociążonego Van Halen czy też może Warrior. No kto podskoczy do takiego argumentu? Chyba nikt się nie odważy. Jak zwykle mamy okazję posłuchać znakomitych, wirtuozerskich solówek. No i ten kroczący, ciężki jak stado słonic riff. Po prostu MLASK. Ładnie brzmią echa Iron Maiden gdy zespół zwalnia i serwuje słuchaczowi łagodniejsze doznania. No moi drodzy. Takich utworów nie pisze się na kolanie pod stołem. Na koniec odgłos odlatującego śmigłowca... No szok! Znakomity zabieg. &lt;strong&gt;Back From Hell&lt;/strong&gt; to utwór utrzymany w średnich tempach, osobiście kojarzy mi się to z niektórymi utworami Rainbow. Ciekawe co powiedziałby Blackmore na takie dictum. Z drugiej strony, posłuchajcie tego riffu. Zastanawiam się też dlaczego panowie z Primal Fear nie piszą już takich kawałków. To jest coś wymarzonego dla będącego w formie Ralfa. Tymczasem Fefolt poradził sobie tu znakomicie, udowadniając, że czuje się równie dobrze w rejonach nieco bardziej kwadratowych. Sympatycznie wypada tu zwolnienie, takie hmmmm, jakieś takie Maidenowe, przypominające utwory Dziewicy z dwóch ostatnich płyt. Potem wszystko wraca do normy, solówka (jak zwykle znakomita) i koniec. &lt;strong&gt;Wicked Words&lt;/strong&gt; wita nas neoklasycznym wstępem, potem wchodzi zawodowy, metalowy riff, niepokojące klawisze w tle i na końcu wokalista, który w refrenie po prostu demoluje. Tak sobie słucham tego kawałka i zastanawiam się jaka będzie odpowiedź Sandalinas, bo to jest numer bardzo w stylu Jorge właśnie. Można powiedzieć, że to jeden ze słabszych utworów na tym LP, po prostu taki "zwykły". Mimo to robi wrażenie i nie psuje odbioru płyty ani trochę. No i ja bardzo lubię takie zakończenia jakie jest tu zaprezentowane. Agresywniejszym utworem, w stylu panów z Accept, jest &lt;strong&gt;Ice Wizard&lt;/strong&gt;. Szkoda tylko, że to w zasadzie instrumentalny przerywnik. Zespół popisuje się tu swoimi technicznym możliwościami i tyle. &lt;strong&gt;Tempter&lt;/strong&gt; to wypisz wymaluj nastrój i riff z "Black Sabbath". Bardzo mroczny i ciężki wstęp, potem utwór rozpędza się i nabiera mocy. W tym miejscu, podobnie zresztą jak w wielu innych, mam skojarzenia z najlepszymi utworami Firewind z boskim Apollo za sitkiem. Bardzo dobry, heavy metalowy numer. Bardzo ciekawą propozycją jest nieco bardziej hard rockowy &lt;strong&gt;MOD&lt;/strong&gt;. Choć i tu panowie gitarzyści wtrącili nieco kombinowania to ten numer ze swoim przebojowym jak cholera refrenem z całą pewnością znajdzie swoich amatorów. Tu rzecz jasna można mieć skojarzenia z całą hordą hard rockowych zespołów choć mi nie wiedzieć czemu kojarzy się on raczej z utworami Van Halen. Ładnie rozwija się zamykający album &lt;strong&gt;Feel The Thunder&lt;/strong&gt;. Ornamentyka godna Rainbow, wspaniałe klawisze w tle, a potem metalowa jazda na całego. Posłuchajcie sobie tego basu! Na takich wydawnictwach nieczęsto zdarza się tak słyszalny bassman. Zach Uidl gra tu bez respektu i nie boi się czasem wyjść przed szereg i zmieść słuchacza pod dywan brzmieniem swojego instrumentu. Oczywiście mamy tu wspaniałą wymianę solówek na tle pędzącego na złamanie riffu i wspaniale grającej sekcji. A to zwolnienie to jest klasa.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przyznaję, że ten album mnie w pełni zadowolił. Pozwólcie, że podsumuję ten debiut jednym zdaniem: Metal taki, jakim zawsze powinien być. Bierzcie w ciemno. Ocena maksymalna.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-8777970145206579593?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/8777970145206579593/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/firewolfe-firewolfe-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8777970145206579593'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8777970145206579593'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/08/firewolfe-firewolfe-2011.html' title='Firewolfe - Firewolfe (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-CF916mRFRu0/Tj_oBfSbQ9I/AAAAAAAAAbo/CY0fWE6Vc98/s72-c/FireWolfe+-+FireWolfe+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-6383597066937591571</id><published>2011-07-27T13:03:00.000+02:00</published><updated>2011-07-27T13:03:12.692+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Progressive Rock'/><title type='text'>Salim Ghazi Saeedi - Iconophobic (2010)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-z0VP97KUd9s/Ti_uumKk0YI/AAAAAAAAAbk/vPxvxnIY0_c/s1600/Iconophobic-Cover-600x600.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-z0VP97KUd9s/Ti_uumKk0YI/AAAAAAAAAbk/vPxvxnIY0_c/s320/Iconophobic-Cover-600x600.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Rzadko zabieram się za recenzowanie wydawnictw z rejonu progresywnego rocka. Jakoś niespecjalnie leży mi ten gatunek. Jeszcze rzadziej docierają do mnie takie płyty jak ta. Dziś prawdziwa bomba: rock progresywny z Iranu. Tak, mnie też zamurowało, że w tamtych rejonach świata gra się całkiem niezłą muzykę. Po kilkunastokrotnym wysłuchaniu zawartości krążka w zasadzie mam tylko jedną uwagę: gdyby tu było jeszcze więcej Rocka, a już nie mówiąc Metalu to byłoby naprawdę coś. Bo zapoznając się z płytą odnoszę przemożne wrażenie, że Salim Ghazi Saeedi, czyli szef całego zamieszania, sam do końca nie wie lub może nie umie określić tego, czego on tak właściwie od odbiorcy chce, czego wymaga. Mam też wrażenie, że on chce swoją muzyką wyrazić jak najwięcej tylko... jakoś nie zawsze mu się to udaje. Zapoznając się z "Iconophobic" byłem pełen podziwu jak autorowi udaje się mieszać różne gatunki muzyczne w jedną całość. Nie zawsze może spójną ale mimo to, zawsze interesującą. Jedno rzuciło mi się na uszy: mieszanie bluesowego stylu gry Jeffa Becka ze sposobem wyrażania emocji Roberta Frippa, zapewne znanego niektórym z udzielania się w King Crimson. Do tego śmiałe mieszanie tego z elementami muzyki klasycznej i elektronicznej. Wszystko to zaprawione barwami muzyki z Dalekiego Wschodu. Czasami brzmi to bardzo lekko, jasno i naprawdę bardzo interesująco. Z drugiej strony pełno tu ciemnych brzmień, by nie powiedzieć - mrocznych. By było ciekawiej, dużo tu elementów przypominających to co robił na swoich płytach Mike Oldfield. Salim Ghazi Saeedi urodził się w 1981 roku w Teheranie. W 1999 roku rozpoczął samodzielną naukę gry na gitarze i komponowanie muzyki. Z zespołem Arashk skomponował trzy albumy: "Abrahadabra" (2006), "Sovereign" (2007) i "Ustuqus-al-Uss" (2008). W 2010 roku wydał swój czwarty album "Iconophobic" jako jednoosobowy zespół, w którym pełnił rolę kompozytora, gitarzysty, klawiszowca, perkusisty, muzyka miksującego i producenta. Utwory na tym LP są w większości krótkie, choć bardzo nasycone i zróżnicowane. Szkoda, że Salim tak mały nacisk kładzie na brzmienia stricte rockowe. Byłoby miło posłuchać od czasu do czasu mocniejszego uderzenia, te w większości, elektroniczne fragmenty płyty dość szybko się nudzą. Ba, gdyby tu było coś z rejonów Metalu, oooo, taka mieszanka byłaby prawdziwym zaskoczeniem. Dać tu proste, ciężkie riffy i żywą perkusję. Reszta niech jest taka jaka jest. Mi to absolutnie nie przeszkadza. Ciekawe, czy Salim w swoich skromnych partiach gitarowych umyślnie czy też może przypadkowo naśladuje tu i ówdzie Jeffa Watersa. Przyznam, że ta lekkość gry na gitarze bardzo mi się podoba. Jednak będąc na miejscu Salima postawiłbym na więcej prostszych brzmień niż na kombinowanie. Nie podobają mi się też te wstawki, zarezerwowane dla Gilmoura i spółki. Te dzwonki czy też brzmienie budzika jak kto woli wywołały mój niesmak. Muzyka Salima to nie pastelowe brzmienia Floydów i na przyszłość powinien on unikać tego typu zabiegów. Tak samo jak wiecznego improwizowania. Stąd bierze się te wieczne zastanawiania "co autor miał na myśli" grając to czy owo. Ja nie mówię, że to źle. Ale podążając za przysłowiem "co za dużo to niezdrowo". Na następnej płycie, która mam nadzieję jest w przygotowaniu, życzyłbym sobie więcej przestrzeni, namysłu i jakiegoś takiego, hmmmm, "uspokojenia nastroju". Słowem przemyślanej całości. Czegoś, co da się powtórzyć na koncercie, bo ten facet zdecydowanie powinien wyjść ze swoją muzyką do świata. Bo grać potrafi zdecydowanie, a i pomysłów mu nie brakuje. Słuchając tej płyty zastanawiałem się dla kogo została stworzona. Dla fanów progresji, muzyki klasycznej, muzyki elektronicznej? Nie wiem, chyba dla każdego po trochu. Saeedi umie to łączyć w całość, choć może nie zawsze mu się to udaje. Ja zalecałbym więc postawienie na większą ilość Rocka i dopiero to zabarwiać brzmieniami klasycznymi i syntezatorowymi. Gdyby w takim &lt;strong&gt;Give My Childhood Back&lt;/strong&gt; naprawdę się postarać i stworzyć nastrój na miarę szwedzkich mistrzów Doom/Death/Gothic to byłby prawdziwy hit. Ten utwór jest moim ulubionym, dlatego wymieniam go jako jedynego.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ciekawa płyta, choć zapewne niektórych porządnie zmęczy. Mi jednak podoba się to malowanie dźwiękiem, mieszanie różnych stylów muzycznych i miejscami znakomite pomysły. Jeśli kogoś nie zniechęciłem to zachęcam do zapoznania się z zawartością tego LP.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-6383597066937591571?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/6383597066937591571/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/salim-ghazi-saeedi-iconophobic-2010.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6383597066937591571'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6383597066937591571'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/salim-ghazi-saeedi-iconophobic-2010.html' title='Salim Ghazi Saeedi - Iconophobic (2010)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-z0VP97KUd9s/Ti_uumKk0YI/AAAAAAAAAbk/vPxvxnIY0_c/s72-c/Iconophobic-Cover-600x600.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-6641078033787538553</id><published>2011-07-14T15:21:00.000+02:00</published><updated>2011-07-14T15:21:50.198+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Death Metal'/><title type='text'>Morbid Angel - Illud Divinum Insanus (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-x5Xxu1gft1c/Th7tJ9vKsBI/AAAAAAAAAbg/hKbTBLosr4s/s1600/cover.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-x5Xxu1gft1c/Th7tJ9vKsBI/AAAAAAAAAbg/hKbTBLosr4s/s320/cover.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify" class="MsoNormal"&gt;Cały czas zastanawiam się nad tym jak zacząć recenzję płyty na którą czekałem, że tak powiem od 2005 roku, a to dlatego że &lt;b&gt;Morbid Angel&lt;/b&gt; wydawali płyty średnio co 2 lata&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;. &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Czyli na płytę czekałem 6 lat a 8 od wydania &lt;i&gt;"Heretic".&lt;/i&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt; &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;Czekałem, czekałem i się doczekałem.&lt;b&gt;&lt;i&gt; &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify" class="MsoNormal"&gt;Napisze tak jak tylko usłyszałem zapowiedź płyty w postaci udostępnionego w necie utworu &lt;b&gt;&lt;i&gt;Existo Vulgoré &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;i usłyszeniu na koncercie w Warszawie &lt;b&gt;&lt;i&gt;Nevermore &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;wiedziałem że ta płyta będzie dla mnie czymś niesamowitym. Jak nie pamiętałem z koncertu a raczej po jakimś czasie zapomniałem jaki jest&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;Nevermore &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;tak po usłyszeniu &lt;b&gt;&lt;i&gt;Existo Vulgoré&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;zostałem powalony. Wszystko w tym utworze mi pasowało czyli &lt;b&gt;&lt;i&gt;Morbid Angel&lt;/i&gt;&lt;/b&gt; mnie tym utworem nie zawiódł. Zacznę od tego, iż posłuchałem kilku opinii moich znajomych którzy nie zostawili suchej nitki na tym albumie.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify" class="MsoNormal"&gt;Już samą sensacją był powrót do MA &lt;b&gt;&lt;i&gt;Davida Vincenta&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;a drugą sensacją była operacja kręgosłupa &lt;i&gt;Pete Sandovala&lt;/i&gt; co wykluczyło go z uczestnictwa w nagrywaniu &lt;b&gt;&lt;i&gt;"Illud Divinum Insanus"&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;, aczkolwiek uważam że &lt;b&gt;&lt;i&gt;Tim Yeung&lt;/i&gt;&lt;/b&gt; godnie go zastąpił. Ale od początku.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify" class="MsoNormal"&gt;Album otwiera momumętalne mroczne intro &lt;b&gt;&lt;i&gt;Omni Potens &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;które przechodzi w bardzo rytmiczny i zarazem dziwny utwór &lt;b&gt;&lt;i&gt;Too Extreme!&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;. Utwór jakby to powiedzieć, całkiem z innej beczki, nie mieszczący się w konwencji &lt;b&gt;&lt;i&gt;Morbid Angel&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;. Rytmiczny, niepokojący a zarazem zadziwiający, że panowie poszli całkiem inną drogą ekstremy i pokazali że Death Metal nie musi być schematyczny. Pokazali że można pójść inną drogą &lt;b&gt;&lt;i&gt;Too Extreme! &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;- delikatną mieszanką Industrialu i Death Metalu. Kolejny to &lt;b&gt;&lt;i&gt;Existo Vulgoré&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;pokazujący, że &lt;b&gt;&lt;i&gt;Morbid Angel&lt;/i&gt;&lt;/b&gt; A.D. 2011 jest w doskonałej formie. Jest to utwór typowo Morbidowski , wokal Vinceta nie stracił na charyzmie. Ciągle jest taki jak na &lt;b&gt;&lt;i&gt;Domination, &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;cały kawałek przesiąknięty jest wymienioną przeze mnie płytą. Czwarty w kolejności to &lt;b&gt;&lt;i&gt;Blades For Baal&lt;/i&gt;&lt;/b&gt; utwór charakteryzujący się niesamowitą intensywnością gitar, perkusji i basu. Jest to jeden z szybszych utworów na tej płycie I kolejny, bardzo Morbidowski, czyli coś do czego Morbid przyzwyczaił - czyli w pewnym momencie zwolnienie, a w tle solówka. Następny pojawia się &lt;b&gt;&lt;i&gt;I Am Morbid&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;zaczynający się że tak powiem, stadionowym okrzykiem powtarzanym kilka razy: MORBID!!! MORBID!!! MORBID!!!. Po tym początku utwór przechodzi w totalny walec a'la &lt;b&gt;&lt;i&gt;Morbid Angel&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;. &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Zaraz, przecież to jest&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;i&gt;Morbid Angel&lt;/i&gt;. Utwór w którym mamy dużo melodii, dużo solówek, oraz kolejny raz pokaz że Vincent nie zdziadział i nadal ma świetny wokal. I doszliśmy do szóstego kawałka na płycie a mianowicie &lt;b&gt;&lt;i&gt;10 More Dead&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;. Nie wiem ale jak słucham tego kawałka również namyśli przychodzi mi płyta &lt;b&gt;&lt;i&gt;Domination. &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;Jakoś ten utwór nawiązuje klimatycznie do ów wymienionej płyty. Jak dla mnie ten kawałek ma w sobie pewien majestat i swój charakter, a także świetne solówki. Przyszedł czas na jakby to powiedzieć następny utwór a zarazem kolejny z tych kontrowersyjnych. &lt;b&gt;&lt;i&gt;Destructos vs The Earth/Attack&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;, ale czy do końca? Moim zdaniem nie. Jakby nie patrzył i nie słuchał tego kawałka dalej jest to &lt;i&gt;Morbid Angel&lt;/i&gt;&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;tylko z dodatkiem, jakbym słyszał Laibachowe remiksy. Ciężki monotonny numer i do tego apokaliptyczny zakończony totalnym zniszczeniem i chaosem. &lt;b&gt;&lt;i&gt;Nevermore&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&amp;nbsp; utwór powstały już jakiś czas temu i prezentowany na licznych koncertach w ramach zapowiedzi nowego albumu. Powiem, a raczej napisze o nim krótko: szybko, wolno, szybko, wolno i dodam że kawałek jest dość melodyjny. Oczywiście nic nie brakuje temu utworowi świetnych zwolnień, praca perkusji rewelacyjna i oczywiście solówki takie do jakich przyzwyczaił mnie &lt;b&gt;&lt;i&gt;Trey. No i ten&lt;/i&gt;&lt;/b&gt; i wokal i wokal i wokal... &lt;b&gt;&lt;i&gt;Beauty Meets Beast&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;świetnie wkomponował się w schemat Morbidowski. To jest ten następny utwór który pokazuje jak powinien wyglądać kawałek dobrego Death Metalu w wykonaniu „bogów” tego gatunku. Jakby to powiedzieć kolejny a zarazem trzeci walec na tym albumie i mimo porównań do &lt;b&gt;&lt;i&gt;Domination &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;pod względem tempa jak i klimatu ten utwór nie ma słabych punktów. &lt;b&gt;&lt;i&gt;Radikult,&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&amp;nbsp; trzeci kontrowersyjny kawałek na płycie, który namieszał. Nie wiem do czego go porównać chyba najlepiej do niczego. Po prostu kolejny utwór którym zaskoczył zespół trochę industrialnych zagrywek, czystych wokali, a zarazem bardzo rytmiczny jak i piekielnie zakończony. Ostatni numer na tym albumie to &lt;b&gt;&lt;i&gt;Profundis - Mea Culpa&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;. Następny utwór odbiegający od schematu do jakiego przyzwyczaił nas zespól przez te wszystkie lata. Jak dla mnie jest to również mieszanka Industrialu z Death Metalem.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify" class="MsoNormal"&gt;Na zakończenie mojego wywodu na temat &lt;b&gt;&lt;i&gt;"Illud Divinum Insanus" &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;chciałem napisać o brzmieniu które jak dla mnie idealne i typowe dla Morbidów: czyste ale zarazem znaleźć można tam ziarenko brudu które &amp;nbsp;powoduje, że ta płyta po kolejnym odsłuchu coraz bardziej mi się podoba. Moim zdaniem do &lt;b&gt;&lt;i&gt;"Illud Divinum Insanus" &lt;/i&gt;&lt;/b&gt;trzeba podejść indywidualnie, nie patrzeć na przeszłość zespołu tylko na "teraz". Jakby nie patrzył każda płyta Morbid Angel jest inna i każda ma swój charakter. Mimo krytyki tej płyty przez moich znajomych, że to już nie Morbidzi, i nie zacytuje też tych bardziej ekstremalnych&lt;span style="mso-spacerun: yes;"&gt; wypowiedzi. &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Nie będę jej bronił, po prostu zacytuje Vincenta z którym się zgadzam:&lt;/div&gt;&lt;div align="justify" class="MsoNormal"&gt;&lt;span class="messagebody"&gt;&lt;i&gt;"Zależy mi na muzycznym rozwoju i na niezależności. Nikt nie będzie mówił nam , co mamy grać. Nie będziemy też powtarzać własnych pomysłów tylko dlatego, że ktoś tego od nas oczekuje. Muzyka Morbid Angel wciąż jest ekstremalna, ciągle staramy się przesuwać granice, zaskakiwać słuchaczy. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to trudno."&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="messagebody"&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;&lt;span style="font-size: 14.0pt; mso-bidi-font-size: 12.0pt;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Post powstał dzięki koledze Gravedancerowi. HAIL!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-6641078033787538553?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/6641078033787538553/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/morbid-angel-illud-divinum-insanus-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6641078033787538553'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6641078033787538553'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/morbid-angel-illud-divinum-insanus-2011.html' title='Morbid Angel - Illud Divinum Insanus (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-x5Xxu1gft1c/Th7tJ9vKsBI/AAAAAAAAAbg/hKbTBLosr4s/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-4271075523488108585</id><published>2011-07-14T15:06:00.000+02:00</published><updated>2011-07-14T15:06:32.561+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Alternative Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Emphatic - Damage (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-7BvB1Nw_IXc/Th7pncC19wI/AAAAAAAAAbc/XxiOxtT27WY/s1600/Emphatic+-+Damage+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/-7BvB1Nw_IXc/Th7pncC19wI/AAAAAAAAAbc/XxiOxtT27WY/s1600/Emphatic+-+Damage+%25282011%2529.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Rzut oka na okładkę. Skromna, nie przyciągająca oka. I dobrze, nie okładka przecież świadczy o zawartości wnętrza. Zgoda, stanowi integralną całość wydawnictwa ale to nie ona gra, tylko srebrny krążek, który jest wewnątrz pudełka. Emphatic to zespół pochodzący z Omaha (Nebraska), założony przez tekściarza i gitarzystę Justina McCaina. Szybko dołączył do niego kapitalny wokalista w osobie Patricka Wilsona. Panowie dokooptowali resztę składu, a zespołem zainteresowała się znana wytwórnia Atlantic Records, z którą band podpisał stosowne papiery pod koniec roku 2009. Wreszcie przyszła pora na wydanie debiutanckiego krążka, zatytułowanego "Damage". Słuchając tego dzieła, jestem pewien, że panowie z Atlantic szybko połapali się, że mają w rękach nieoszlifowany diament, a muzycy wiedzą jak się pisze muzykę i jak się gra na instrumentach. Sądzę więc, że współpraca zespołu i wytwórni przełoży się na obopólne korzyści dla obydwu stron. Wyobraźcie sobie, że macie przed sobą grupę, która gra i brzmi jak będący w formie Nickelback, tylko jeszcze mocniej i ciężej. Większość tekstów opiewa uroki spółkowania, dobrych imprez i słodkiego nic nie robienia. Brzmi to wszystko bardzo mocno, a przebojowe kompozycje, okraszone tu i ówdzie udziałem ballad, sprawiają, że tego krążka nie ma się dość. Ja wiem, że można stwierdzić, tudzież zgasić słuchacza stwierdzeniem, że jest to tylko jeszcze jeden zespół ze Stanów. Może. Wystarczy jednak porównać "Damage" z ostatnim dziełem takiego choćby Theory Of A Deadman by poczuć i usłyszeć różnicę. Tu nie ma kombinowania, a poza wspomnianymi balladami, mamy kapitalne, mocne, rockowe grzanie. No bo co powiedzieć o takim &lt;b&gt;Do I&lt;/b&gt;? Kapitalny riff na otwarcie i zawodowo brzmiący wokalista, który śpiewa w sposób zawstydzający innych gardłowych. I to nic, że w refrenie przypomina nieco Chadda Kroegera. To akurat olbrzymia zaleta. Bardzo dobra, mocarna kompozycja z przebojowym, zapamiętywalnym i nośnym refrenem, który łatwo zostaje w głowie odbiorcy. Nie przeszkadza mi także to, że całość brzmi jak Nickelback na sterydach. Ciekawe co na takie dictum odpowie szef wspomnianego zespołu? Równie mocny i przebojowy jest drugi w kolejce &lt;b&gt;Get Paid&lt;/b&gt;. Świetny, jakże amerykański riff i ten niesamowity Patrick. No to jak on tu śpiewa musi budzić szacunek. Swobodnie i bez żadnego wysiłku zapędza innych wokalistów do kąta. On na tej płycie szaleje, niszczy, demoluje i niepodzielnie rządzi. Doskonale wie, kiedy przycisnąć i wydrzeć się do mikrofonu, a kiedy zwyczajnie odpuścić i pokazać łagodniejszą stronę swojego wokalu. Tak jak w balladzie &lt;b&gt;Put Down The Drink&lt;/b&gt;. Fajne jest to, że nawet gdy śpiewa łagodniej i bardzo wczuwa się w swoją rolę to jego głos nadal jest mocny. Żadnego tam rozklejania się, emo płaczów i tak dalej. Rasowy, rock/metalowy wokalista w balladowej odsłonie. Mimo, że i tu przypomina nieco Kroegera to także na tym polu wygrywa. A przecież Chadd byle jakim wokalista nie jest. Jeśli chodzi o utwór &lt;b&gt;Bounce&lt;/b&gt;, to jak sam tytuł wskazuje ma on wybitnie rozrywkowy charakter i tak należy go odbierać. Fajny, rockowy, bujający numer z niezobowiązującym tekstem. W sam raz do poskakania. Kolejną balladą, bardzo w stylu najlepszych kompozycji Nickelback, jest &lt;b&gt;A Place To Fall&lt;/b&gt;. Bardzo dobry, rockowy riff, południowy feeling, świetna melodia i łatwo wpadający w ucho refren. Ja wiem, ze ciągle odwołuję się do ekipy Kroegera ale tu wszystko nimi pachnie. Tyle, że jest o niebo (piekło?) lepiej. Uważam, że powinni posłuchać tej płyty i pokazać mięczakom z Roadrunnera jak się gra mocnego rocka. Wszyscy przecież wiedzą, że oni potrafią to robić. Na tej płycie Emphatic udowadnia, że równie dobrze czuje się w nieco mroczniejszej stylistyce, serwując krótko zatytułowany &lt;b&gt;Beg&lt;/b&gt;. Tu nie zamierzają nikogo prosić o zmiłowanie tylko nadal robią swoje. Przycisnęli jeszcze bardziej, choć refren ciągle musi się podobać. Posłuchajcie jednak zwrotek, w których brzmią echa klimatów industrialnych... Można to było połączyć z hard rockową przebojowością, a przy tym jeszcze dołożyć do pieca. Było mrocznie, czas więc na to by było słitaśnie i pościelowo. Czas na rozmarzoną balladkę, zatytułowaną &lt;b&gt;Tonight&lt;/b&gt;. Takich ballad nie pisze się na kolanie i od ręki. Nawet najbardziej wprawienie w pisaniu takich numerów mogą podrapać się po głowie. A Wilson znów nie zawiódł. Doskonale wczuł się w klimat i zaśpiewał ten utwór bez pudła. Jestem pewien, że teraz topnieją serca wielu panien i niejedna zacznie do niego wzdychać. Typowym, amerykańskim numerem, iście w stylu, protegowanych Kroegera, panów z Theory of a Deadman jest &lt;b&gt;Pride&lt;/b&gt;. Zauważyliście jak Emphatic płynnie przechodzi od klimatów mocniejszych do lżejszych i nie nudzi przy tym słuchacza? To jest sztuka grać tak by odbiorca nie uciekł w połowie krążka. Do mocnego grzania wracamy w &lt;b&gt;Original Sin&lt;/b&gt;. Co powiecie na mieszankę stylów Lynyrd Skynyrd, Mötley Crüe i Nickelback? Bardzo ciekawy numer i na pewno jeden z lepszych na tym LP. Na koniec zespół serwuje &lt;b&gt;Don't Forget About Me&lt;/b&gt;. Swoiste pożegnanie z Omaha przed wyruszeniem w trasę. Ładny gest świadczący o tym, że muzycy pamiętają o tym skąd pochodzą i nie wstydzą się o tym śpiewać. No cóż, takich debiutów i takich płyt łatwo się nie zapomina. To nic, że to kolejny lżejszy utwór. Doskonale nadaje się na zamknięcie tej i tak ze wszech miar udanej płyty.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie ma najmniejszego sensu porównywać "Damage" do jakiegokolwiek debiutu ze Stanów. Nawet do pierwszej płyty Brand New Sin też nie. Powód jest prosty: ten krążek zostawia ich wszystkich daleko w tyle. 10 bardzo dobrych utworów. Przebojowych, mocnych ale łatwo wpadających w ucho. Zaprawione to wszystko kapitalnymi melodiami i świetnie śpiewającym wokalistą. Jaka szkoda, że to wydawnictwo nie jest ciut dłuższe. Aż się prosi o 1-2 dodatkowe utwory. W każdym razie ja nie mam dość. Słucham tej płyty już któryś dzień z rzędu i jeszcze mi się nie znudziła. Szefowie Atlantic z pewnością już gratulują sobie udanego biznesu. Ja cieszę się razem z nimi, a najbardziej z tego, że Emphatic nie wpadł w łapska psujów z Roadrunnera, którzy potrafią zepsuć dosłownie każdy zespół. Stawiam tym debiutantom mocne 8/10 i z niecierpliwością czekam na więcej. Polecam "Damage" Waszej uwadze.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-4271075523488108585?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/4271075523488108585/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/emphatic-damage-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4271075523488108585'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4271075523488108585'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/emphatic-damage-2011.html' title='Emphatic - Damage (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-7BvB1Nw_IXc/Th7pncC19wI/AAAAAAAAAbc/XxiOxtT27WY/s72-c/Emphatic+-+Damage+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-5616855692262394767</id><published>2011-07-11T15:48:00.001+02:00</published><updated>2011-07-11T15:49:30.831+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Doom Metal'/><title type='text'>Godsend - As the Shadows Fall (1993)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-Mh-Vf565OQ8/Thr_OddQotI/AAAAAAAAAbY/XRZUVTzifh8/s1600/cover.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="318" src="http://4.bp.blogspot.com/-Mh-Vf565OQ8/Thr_OddQotI/AAAAAAAAAbY/XRZUVTzifh8/s320/cover.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Podróż z zespołem Godsend postanowiłem zacząć od początku, od ich płytowego debiutu. Z prostego powodu: album &lt;span class="postbody"&gt;&lt;span lang="EN-US" style="mso-ansi-language: EN-US;"&gt;"As the Shadows Fall" z roku 1993 w moim uznaniu jest ich najdoskonalszym dziełem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;span class="postbody"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Do tej pory mam ta płytę na kasecie bo chyba tylko ta ukazała się w Polsce.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;   &lt;/div&gt;&lt;div align="justify" class="MsoNormal"&gt;&lt;span class="postbody"&gt;A wiec rozkładanie na czynniki pierwsze: &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;Slaydream&lt;/b&gt; rozpoczynający numer zajebisty feeling nie wspominając o wokalu i solówkach. Muzyka, hmmm kojarzy mi się z &lt;b&gt;Cathedral&lt;/b&gt;&amp;nbsp; z debiutu. W sumie trochę rockowe zagrywki, ta bardzo bujająca gitarka, klimat i powtórzę się zwykły wokal Dana robi wrażenie. Pamiętajmy był rok 1993, miałem 20 lat i byłem zauroczony tą płytą. Ba, do tej pory jestem. &lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;As the Shadows Fall &lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;cóż mogę powiedzieć o tym kawałku - &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;&lt;span class="postbody"&gt;niesamowity walec trwający 8 minut. W sumie w skrócie 3 riffy i potężny chóralny wokal wnoszący taki dół, że szok. Jak dla mnie początek Funeral Doom Metalu (oczywiście Godsend nie jest tu pionierem). W każdym razie jest bardzo wolno. Dużo melodii i klimat to podstawa tego kawałka. To co zaprezentował Dan wgniotło w ziemię (cały czas pod wrażeniem wokalu). I na koniec chamskie wyciszenie. A ja chcę więcej. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;&lt;span lang="EN-US" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;With the Wind Comes the Rain &lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;span lang="EN-US" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;- kolejna twarz &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;span lang="EN-US" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Godsend&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;span lang="EN-US" style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;, taka bardziej rockowa. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Cały czas jest świetny feeling który buja i to niesamowicie.. Myślę że kolejny zespół który został mało doceniony a szkoda. I za krótko ponad 2 minuty i znów chce więcej. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;Autumn Leaves&lt;/b&gt; tytuł mówi sam za siebie. Klasyczna gitarka przewija się przez cały kawałek i się też tak zaczyna. Kolejna porcja niesamowitego klimatu ze świetnymi melodiami i dalej ten luz grania nic na siłę tak ma być. Kurde, w sumie ciężko opisywać takie płyty to trzeba samemu posłuchać. Oczywiście jak we wszystkim znajdą się zwolennicy jak i przeciwnicy. I znów chamskie wyciszenie ten kawałek powinien być dłuższy. &lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;Spiritual Loneliness&lt;/b&gt; w sumie jakby patrzył to wszystkie kawałki zaczynają się tak samo ale to w niczym mi nie przeszkadza ze względu że trzyma to spójność płyty. I tak jest z &lt;b&gt;Spiritual Loneliness&lt;/b&gt;. Ogólnie numer jest dobry lecz bardzo podobny do poprzedniego i kuźwa znów wyciszenie ale na kasecie też tak jest i oczywiście dalej świetny głęboki wokal Dana bo o tym zapomniałem napisać. &lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;Beyond the Mist of Memories&lt;/b&gt; tak się zastanawiam czemu te utwory są tak krótkie jak na Doom ale w tym wypadku Doom w wykonaniu &lt;b&gt;Godsend&lt;/b&gt;&amp;nbsp; jest inny. Bardzo klimatyczny, bardzo rockowy z bardzo głębokim, czystym wokalem oraz dużą ilością gitary klasycznej w tle. &lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;My Lost Love&lt;/b&gt; po tylu latach i przerwy w słuchaniu debiutu Godsend każdy kawałek zna się na pamięć i każdy pamięta i się nuci i tak tez jest z tym utworem. Pierwsze dźwięki i już wiedziałem co nucić. Nie dość że świetny klimacik to znów za mało. Chcę więcej. &lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;Walking on the Roads of the Unbeheld&lt;/b&gt; i tu mamy do czynienia z kawałkiem który jest najbardziej rockowym numerem ze świetną melodią. Dan potrafi dosłownie wszystko zaśpiewać. &lt;/span&gt;&lt;span class="postbody"&gt;&lt;b&gt;Silence of Time&lt;/b&gt; ja bym nazwał to klasykiem Doom w wykonaniu &lt;b&gt;Godsend&lt;/b&gt;. Tylko że jest tu jedno "ale". Może to przeszkadzać lub nie (mi nie przeszkadza bo lubię takie klimaty), mianowicie mamy tu do czynienia z podobieństwem do My Dying Bride z recytowaniem tekstu i świetny numer na koniec płyty której mi mało. Odpalam więc kolejny raz bo od tego trudno mi się oderwać. Niby proste, nieskomplikowane granie ale ma coś takiego w sobie co przyciągnie nawet bardzo wymagające ucho.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt; &lt;span class="postbody"&gt;Jest to płyta dla fanów ciężkiego, a zarazem wolnego grania z klimatem. Naprawdę godna polecenia. Myślę, że ci co posłuchają będą zadowoleni i się nie zawiodą. No chyba że jakiś ortodoks się wyłamie i zbluzga ten materiał z góry na dół. Ale ja nie będę wtedy bronił tej płyty i wmawiał że to świetne itp. itd. etc. O gustach się nie dyskutuje. Spodoba się albo nie. Ocenę pozostawiam Wam.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;;"&gt;&lt;span class="postbody"&gt;Post zamieszczony dzięki pisarskim zapędom kolegi Gravedancera. Dzięki Stary!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;, &amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;&lt;br style="mso-special-character: line-break;" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-5616855692262394767?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/5616855692262394767/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/godsend-as-shadows-fall-1993.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5616855692262394767'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5616855692262394767'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/godsend-as-shadows-fall-1993.html' title='Godsend - As the Shadows Fall (1993)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-Mh-Vf565OQ8/Thr_OddQotI/AAAAAAAAAbY/XRZUVTzifh8/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-2133039833862847647</id><published>2011-07-04T17:08:00.000+02:00</published><updated>2011-07-04T17:08:57.277+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='AOR'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Lionville - Lionville (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-OdGxq-wFggU/ThHXYFFp2_I/AAAAAAAAAbU/w8RilwFxdvE/s1600/12_%255Bplixid.com%255D.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-OdGxq-wFggU/ThHXYFFp2_I/AAAAAAAAAbU/w8RilwFxdvE/s320/12_%255Bplixid.com%255D.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Co się stanie jeśli połączy się w jedną całość muzyczną witalność z Włoch, brzmienie rodem z najlepszych płyt hard rockowych made in USA i świetne melodie w jedno? Tak, macie rację - powstanie świetna płyta, której z przyjemnością będzie się słuchać. Dołóżmy do tego bezpośrednie inspiracje takimi tuzami jak Survivor, Bad English czy wreszcie Toto i mamy kompletny obraz całości. Do powyższej receptury zastosował się pan Stefano Lionetti, który jest tu głównym szefem zamieszania. Wykonuje większość partii wokalnych oraz gra na gitarze. Do współpracy zaprosił kumpli: Pierpaolo "Zorro11" Montiego (Shining Line), który czule zaopiekował się perkusją, wokalistę Larsa Säfsunda i Alessandro Del Vecchio (Edge Of Forever, Eden's Curse), który wspaniale zagrał na instrumentach klawiszowych i conieco udzielał się wokalnie w chórkach. Stwierdzili jednak, że w czwórkę będzie im smutno i do udziału w nagrywaniu krążka zaprosili kolejnych muzyków: gitarzystę Bruce'a Gaitscha (Richard Marx, Chicago, Peter Cetera), gitarzystę Tommy'ego Denandera (Radioactive, Houston, Spin Gallery), w chórkach zaśpiewał Eric Mårtensson (W.E.T., Eclipse), kolejnego wioślarza w osobie Svena Larssona (Street Talk), w chórkach zaśpiewała Arabella Vitanc (Alyson Avenue), tu i ówdzie na basie plumka Amos Monti (Shining Line), znowu wioślarza Mario Percudaniego (Hungryheart, Shining Line), włoską sensację basu - Annę Portalupi (Bobby Kimball, Steve Lukather, Skill In Veins) i w końcu ostatniego wiosłowego w osobie pana Andrea Maddalone (Jon Anderson (Yes), Mick Fleetwood, Zucchero). Uffff, przyznacie, że nagromadzenie nazwisk musi robić wrażenie. Lwią część materiału stworzył główny sprawca bałaganu, a inni mu w tym pomagali. Czy jednak płyta zatytułowana po prostu "Lionville" z powodu licznego udziału gości nie jest aby przerostem nad treścią? Znane są przecież przypadki, w których swoista konkurencja między muzykami doprowadzała do przesadnego epatowania tym i owym. Tu nic takiego się nie dzieje. Każdy z udziałowców dostał swoje pięć minut i tym sposobem nikt nie wychodzi przed orkiestrę i nie próbuje nadawać tonu krążkowi. Tu jak sądzę wykorzystano fakt, że każdy z nich pochodzi z różnych rejonów muzycznych. Złożyło się to wszystko w spójną, przebojową i co najważniejsze - nie nudzącą całość. Okładka może niezbyt zachęca do zapoznana się z płytą ale mimo to zajrzyjmy do środka. CD rozpoczyna się przebojowym &lt;strong&gt;Here By My Side&lt;/strong&gt;. Typowe melodie z lat '80, łatwo wpadające w ucho i dające się zapamiętać. A to już wystarczy by zainteresować słuchacza. Troszeczkę może i mamy do czynienia z deja-vu. Może i ktoś powie, że to wszystko już było. Owszem ale dlaczego nie posłuchać tego raz jeszcze gdy jest to podane w przystępnej i przyciągającej formie? Reka do góry komu nie chce się zaśpiewać refrenu razem z zespołem. &lt;strong&gt;With You&lt;/strong&gt; to kolejny, jakże typowy utwór w stylu AOR. Tym razem o tematyce miłosnej. Przyjemnie słucha się ładnie wyważonej pracy gitar, nie za mocno, nie za lekko, po prostu w sam raz. I czy właśnie takich klimatów nie lubi Bobby Kimball? Można mieć tu leciutkie skojarzenia z Toto. Tak sobie myślę, że nikomu to raczej nie będzie przeszkadzać. A jeśli komuś tego mało to dostaje &lt;strong&gt;Center Of My Universe&lt;/strong&gt;, który doskonale mógłby "robić" za jeden z "zaginionych" utworów Lukathera i spółki. Idealna współpraca wokalistów wręcz nachalnie kojarząca się z parą Steve - Bobby. Ładne i bardzo przyjemne melodie, które lekko i niezauważalnie wpadają do ucha słuchacza. Gdyby zamknąć oczy to można by uznać, że grają sidemani z Toto... &lt;strong&gt;Thunder In My Heart&lt;/strong&gt; mógłby trafić na dowolną płytę z udziałem Joe Lynn Turnera i nikt za taki numer by się na niego nie obraził. Aż strach pomyśleć jakby to zabrzmiało z jego udziałem. Bardzo dobry, ciut mocniejszy ale znów przyjemny kawałek. Warto dodać, że wcześniej wykonywał ten go John Farnham, a jego pierwotna wersja, która do tej pory nie ukazała się na cyfrowym nośniku, znalazła się na ścieżce dźwiękowej do filmu "RAD". &lt;strong&gt;World Without Your Love&lt;/strong&gt; to kolejny utwór o tematyce miłosnej. Chyba nie ma nikt nic przeciwko temu? Jako autorów obok Bruce'a Gaitscha, wymieniono... Richarda Marxa i Amy Sky (Robin Beck, Marc Jordan). I wierzcie mi - bardzo przypomina on swoim nastrojem takie "Here without you". Conieco znów z Toto, choć nie do końca mamy w &lt;strong&gt;Power Of My Dreams&lt;/strong&gt;. Jak przystało na ścieżkę o takim tytule jest koniecznie bardzo pozytywnie, wszyscy się uśmiechają, a to sprawia, że jest przebojowo i melodyjnie. Patrząc na prężący się dumnie kawałek o tytule &lt;strong&gt;No End In Sight&lt;/strong&gt; miałem nadzieję, że będzie to cover Toto. Nic z tych rzeczy, podobieństwo kończy się tu na tytule. A szkoda, bo mając do dyspozycji takich muzyków chętnie posłuchałbym nowej wersji. Tu mamy do czynienia z utrzymaną w średnim tempie ścieżką, opakowaną w ładne melodie i koniecznie łatwo wpadającym w ucho refrenem. Z kolei takie przeboje jak &lt;strong&gt;The Chosen Ones&lt;/strong&gt; pisał kiedyś Survivor. Posłuchajcie jak świetnie pomyślano i rozplanowano poszczególne wokale i ten niesamowity chorus. Idę o zakład, że każdy fan takich dźwięków automatycznie przeniesie się w cudowne lata '80. Tu wszystko pachnie starym hard rockiem, każda nuta jest nim nasycona. &lt;strong&gt;Over And Over Again&lt;/strong&gt; to kolejna ballada, bardzo ładna zresztą, w żadnym wypadku łzawa. Mimo tego - czy to jednak nie za dużo ballad jak na jedną płytę? Nie mam nic przeciwko temu ale jednak krążek zbyt często z tego powodu zwalnia. &lt;strong&gt;Dreamhunter&lt;/strong&gt; z powodu swego tytułu musi być oczywiście bardzo pozytywną i dynamiczną propozycją. I tak jest choć niczym specjalnym ucha nie przyciąga. Ot, dobrze zrobiony numer i tyle. Na pożegnanie i zamknięcie dzieła zespół serwuje &lt;strong&gt;Say Goodbye&lt;/strong&gt;. W pełni akustyczny, nieco ponad czterominutowy, taki w sam raz na wyciszenie. No jest tu coś z amerykańskiego sposobu pisania utworów, choć jako całość "Lionville" imponuje brytyjską elegancją i smakiem wykonania.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Coś się obudziło u makaroniarzy w tym roku. Tak jak nie cierpiałem muzyki z kontynentalnego buta, tak z powodu wysypu tegorocznych płyt z Włoch powoli się do nich przekonuje. Ten nowy zespół imponuje świeżym, radosnym, choć nadal skupionym na odpowiednim wykonaniu swoich utworów. Potrafi przekonać do siebie słuchacza. Dużo tu detali, świetnych klawiszowych pasaży, dobrych gitar, wspaniale grającej sekcji i doskonałych wokali. Słowem - bardzo się postarano by niczego nie spieprzyć. Doskonała propozycja dla wszystkich miłośników AOR'a i melodyjnego hard rocka. Serdecznie polecam, ode mnie 9/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-2133039833862847647?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/2133039833862847647/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/lionville-lionville-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2133039833862847647'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2133039833862847647'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/lionville-lionville-2011.html' title='Lionville - Lionville (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-OdGxq-wFggU/ThHXYFFp2_I/AAAAAAAAAbU/w8RilwFxdvE/s72-c/12_%255Bplixid.com%255D.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-6051441005712370840</id><published>2011-07-02T20:36:00.000+02:00</published><updated>2011-07-02T20:36:47.726+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Thrash Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Annihilator - Carnival Diablos (2001)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-RQ0RVPN0HHw/Tg9lLT6egZI/AAAAAAAAAbQ/XYerAn3CI3w/s1600/cover.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="317" src="http://1.bp.blogspot.com/-RQ0RVPN0HHw/Tg9lLT6egZI/AAAAAAAAAbQ/XYerAn3CI3w/s320/cover.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Po "King of the Kill", płycie uznawanej przez wielu krytyków za szczytowe osiągnięcie Jeffa Watersa, różnie potem wyglądały kolejne jego propozycje. Zmieniał, kombinował, mieszał jedno z drugim, co nie zawsze podobało się odbiorcom. Dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych główny szef zamieszania uspokoił się, okrzepł i wrócił ze świetną płytą, zatytułowaną "Criteria for a Black Widow". Album ten zyskał pochlebne noty i wielu wieszczyło powrót Annihilator do formy. Projekt Jeffa wypluwa z siebie krążki ze średnią częstotliwością dwóch lat, tak więc na kolejną propozycję należało poczekać do roku 2001, kiedy to ukazał się LP "Carnival Diablos". Oczywiście nie obyło się bez zmian personalnych. Jak zwykle wymieniony został wokalista. Waters podziękował Randy Rampage'owi i na jego miejsce przyjął Joego Comeau, krzykacza związanego poprzednio z Liege Lord i Overkill. Bardzo wielu fanów przyjęło tę decyzję z zadowoleniem bo wokalista to nie byle jaki i z wypracowaną już marką. Szybko okazało się, że nowy nabytek doskonale sprawdził się na swoim stanowisku, a szef Annihilator udowodnił, że wiedział co robi angażując Comeau do nowej płyty. Głos nowego frontmana doskonale pasuje do przygotowanych 12 nowych utworów. Ci, którzy wątpili w możliwości po raz wtóry odświeżonego projektu Jeffa zostali zmuszeni do zmiany zdania. Ba, byli też tacy, którzy dowodzili, że ten LP jest najlepszym albumem od czasów "King of the Kill" właśnie. I trudno się z tym nie zgodzić, słuchając witającego nas w progu &lt;strong&gt;Denied&lt;/strong&gt;. Od pierwszych nut wiadome jest, że przelewek nie będzie. Czysty, choć podany w odświeżonej formie, Annihilator. Po raz kolejny Waters, oprócz grania na gitarze, zajął się także basem co przełożyło się na jego słyszalną pracę. Proszę nie wierzyć w to, że panowie Russell Bergquist i Dave Scott Davis brali udział w procesie nagrywania płyty. Są wymienieni w składzie ale nigdy udziału w sesji nie wzięli. Zagrali dopiero na trasie koncertowej. &lt;strong&gt;The Perfect Virus&lt;/strong&gt; ze świetnie rozwijającym się wstępem przypomina wszystkim czym był i nadal jest Annihilator. Ten utwór ma coś w sobie. Niepokojącą, bezlitosną, czystą, mechaniczną moc. Trudno chyba nie mieć tu skojarzeń z prześwietnym, kroczącym "Annihilator" z połowy lat '90. Na podobieństwach muzycznych się nie kończy. Wystarczy posłuchać tekstu i zabójczego refrenu z finałowym: "Circulate, devastate, Re-create - the perfect virus". No kto się nie ugnie pod takim argumentem? Po tych dwóch ciosach, trzeci&amp;nbsp;&lt;strong&gt;Battered&lt;/strong&gt; jakoś mnie nie przekonuje. Niby jest szybko i ostro ale czy potrzebne było aż takie odhumanizowanie tego numeru? Jak na mój gust za dużo tu tego chłodu. Jak widać Waters nie zawsze potrafi skutecznie odcinać się od płyt poprzednich. Lubi za to wtrącić tu i ówdzie melodyjne fragmenty. I tu, choć jest on krótki to można się nim trochę pocieszyć. No i typową, "watersowską" solówką także. Wybrany na promocyjnego singla, tytułowy &lt;strong&gt;Carnival Diablos&lt;/strong&gt; jest takim obrazem tego krążka w pigułce. Fajny, bardzo melodyjny, wręcz przebojowy, choć ciągle ostry i zadziorny choć z ponurym tekstem. Pamiętam, że słuchając tego kawałka, nie znając jeszcze całości, pomyślałem, że ten LP nie będzie zły. I nie jest, choćby z powodu takich radosnych i łobuzerskich utworków jak &lt;strong&gt;Shallow Grave&lt;/strong&gt;. Jest to oczywisty hołd i ukłon w stronę elektryków z AC/DC, nie należy się tu doszukiwać czegoś innego ale czy taki miks hard rocka, heavy metalu i thrashu nie może się podobać? Oczywiście, że może. I jak fajnie wypadły tu wokale Joego, którego tu i ówdzie wspomaga sam szef. Szkoda tylko, że nie pociągnięto tej atmosfery dalej i nie pobawiono się w stworzenie nastroju na modłę "Jailbreak", do którego ten numer nawiązuje. Chyba nikt nie miałby im tego za złe. Ponury nastrój wraca w &lt;strong&gt;Time Bomb&lt;/strong&gt;. Znów jest ta mechaniczna moc, to cybernetyczne zło, wolny, niemal hipnotyczny rytm i drapieżnie śpiewający Comeau, który w pewnym momencie zabawił się w udawanie Halforda, co wyszło kapitalnie. Bylem przekonany, że to właśnie Rob dorwał się do mikrofonu. I jak ładnie wypadła ta pozbawiona agresji część. No cóż, Jeff lubi sobie pograć i w najmniej spodziewanym momencie umieszczać takie wtrącenia, więc nikt, kto zna poprzednie jego propozycje zdziwiony być nie powinien. Doskonale pomyślanym utworem jest także &lt;strong&gt;The Rush&lt;/strong&gt;. Zadziorny i przebojowy, z pewnością spodoba się wielu fanom. Typowe dla Annihilator motoryka i zmiany tempa. Wydzierający się wniebogłosy wokalista. I ta niesamowita gra Watersa. &lt;strong&gt;Insomniac&lt;/strong&gt; nastrojem przypomina pierwsze utwory z Alice in Hell. Nie dziwne zatem, że album ten został szybko doceniony. Tu wszystko pachnie starymi dokonaniami, nawet gitarzysta gra podobnie. Widać, gdy Watersowi się chce i jest w formie to potrafi napisać doskonały numer. Jestem skłonny zgodzić się z twierdzeniem, że jest to najlepszy utwór na "Carnival Diablos". O &lt;strong&gt;Liquid Oval&lt;/strong&gt; nie ma sensu się rozpisywać. Wspominałem, że szef Annihilator lubi prezentować swoje umiejętności. Umieścił więc rockowy w swej wymowie, instrumentalny kawałek ku uciesze wielbicieli. Spodobać się może dynamiczny, pędzący &lt;strong&gt;Epic of War&lt;/strong&gt;, zwłaszcza jego łagodniejsza część, która o dziwo przypomina utwory... Iron Maiden. Oczywiście to zapewne mniej lub bardziej świadome nawiązanie, Jeff ponoć bardzo lubi płyty Dziewicy. Nie przekonuje mnie jednak zamykający płytę &lt;strong&gt;Hunter Killer&lt;/strong&gt;. No czegoś tu zabrakło. Średni numer, choć jak mniemam, mniej wymagającym fanom może się spodobać. Niby są nawiązania do przeszłości ale to jest za mało by było interesująco. Jednak czas płyt biegnie dalej i za chwilę wyłazi jajcarski&amp;nbsp;&lt;strong&gt;Chicken And Corn&lt;/strong&gt;, czyli krótka rzecz o kuronach. Można się pośmiać.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mocny, drapieżny, zadziorny, czasem mroczny, choć nie pozbawiony przebojowości i chwytliwości album. Bardzo dobra mieszanka dobrego czadu, thrashu, heavy i hard rocka. Stawia na nogi jak mocna kawa o poranku. I tak ją będę reklamował. Nota w granicach 8/10. Polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-6051441005712370840?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/6051441005712370840/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/annihilator-carnival-diablos-2001.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6051441005712370840'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6051441005712370840'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/07/annihilator-carnival-diablos-2001.html' title='Annihilator - Carnival Diablos (2001)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-RQ0RVPN0HHw/Tg9lLT6egZI/AAAAAAAAAbQ/XYerAn3CI3w/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-5241416544809574113</id><published>2011-06-30T23:00:00.000+02:00</published><updated>2011-06-30T23:00:42.539+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Journey - Eclipse (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-rWgIA0s2T2A/Tgzj7j82rLI/AAAAAAAAAbM/xn6xPozqOss/s1600/Journey+-+Eclipse+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/-rWgIA0s2T2A/Tgzj7j82rLI/AAAAAAAAAbM/xn6xPozqOss/s1600/Journey+-+Eclipse+%25282011%2529.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Czasem nachodzi mnie na zastanawianie się jak to jest, że lubiące przecież rocka, nasze polskie audytorium omija znakomitą większość okazujących się rokrocznie płyt i skupia się tylko na tym co jest modne, łatwo dostępne i znane wszystkim na tyle, by nie trzeba się wysilać przy przedstawianiu innym kto lub co zacz. Dumam nad tym kto jest winien takiej sytuacji. Chyba tak naprawdę my wszyscy, a największą winę ponoszą takową muzykę prezentujący. Przeróżni pseudospecjaliści, pseudofani czy wreszcie mieniący się dziennikarzami muzycznymi ludzie, którzy zaledwie liznąwszy dźwięków i wiedzy uznają się za guru w tej dziedzinie. Mam żal do nich o to, że tyle wspaniałych płyt nie doczeka się recenzji czy choćby wzmianki. Rozumiem doskonale fakt, że przecież o wszystkim nie można i nie da się pisać. Tego jest za dużo. Nie jestem jednak w stanie pojąć dlaczego wybiera się prezentowanie czegoś co jest przeciętne, przaśne i za rok, a góra kilka sezonów zniknie z muzycznej sceny tak szybko jak się na niej pojawi. Nie rozumiem ograniczania się do kilku uznanych muzycznych firm i podniecania się każdą pierdołą z nimi związaną. Przecież można zamiast tego zająć się fajnym tematem, poszukać czegoś co jest równie dobre, a nawet lepsze, zyskuje uznanie renomowanych periodyków, przychylność krytyków i wywołuje gęsią skórkę fanów. Weźmy na warsztat takie Journey. Ilu ludzi w Polsce zna ten zespół? Stawiam dobrą wódkę, że grono fanów tego zespołu w naszym kraju jest bardzo wąskie. A potem się dziwią wszyscy, że wielkie, uznane firmy nas omijają. A dla kogo mają grać? Dla garstki zapaleńców? Oprócz tego, że zespół gra świetną muzykę to jest także przedsięwzięciem, biznesem, który musi na siebie zarobić, a przy okazji wykarmić cały sztab ludzi, którzy z tym zespołem bezpośrednio współpracują. Tak, w naszym kraju mamy wielu fanów melodyjnego rocka. Mogłoby być całe legiony, gdybyśmy wszyscy razem zaczęli się o to starać. Niestety nasza polska mentalność, chodzenie na łatwiznę i lenistwo znakomitej większości pseudo dziennikarzy sprawia, że minie wiele lat, zanim zacznie zmieniać się na lepsze. Nie docenia się u nas znakomitych płyt, wolimy się zadowalać byle czym, a obcowanie ze wspaniałą muzyką spychamy na daleki plan. I rzadko tam zaglądamy. Mimo, że jak zapewne słusznie podejrzewam, nowy krążek Journey, zatytułowany "Eclipse" nie odbije się szerokim echem w Polsce, postaram się Was zachęcić do zapoznania się z nim. Jak się nietrudno domyśleć, za promocję dzieła odpowiedzialna jest wytwórnia Frontiers Records. Wydany po trzyletnim milczeniu krążek ukazał się 24 maja bieżącego roku. To już 14 w ich długoletniej i burzliwej karierze. Troszkę żałuję, że &lt;strong&gt;City of Hope&lt;/strong&gt; wybrano na singla. To nie jest zły kawałek, wszystko ma na swoim miejscu ale chyba można było wybrać inne, spośród zawartości tego LP. Trzeba przyznać jednak, że te gitary mogą się podobać. Kto mi powie jaką logiką kierował się Neal Schon nie wybierając &lt;strong&gt;Edge of the Moment&lt;/strong&gt; na singla ma u mnie duże piwo. To znakomity numer, wręcz charakterystyczny dla tego zespołu. Całości dopełnia fajny, melodyjny refren. A tak w ogóle to z melodyjnością tej płyty jest nieco inaczej. Kto posłucha sobie najpierw wcześniejszej "Revelation" może się nieco zdziwić. Niby wszystko jest takie samo ale jednak inne. Patenty stricte hard rockowe wymieszano z niemal progowymi wstawkami, a do tego od czasu do czasu zespół dokłada mocniej do pieca. Tak jak w &lt;strong&gt;Chain of Love&lt;/strong&gt;, który z pewnością należy do najlepszych utworów na tym wydawnictwie. Ładny, melodyjny wstęp, który stopniowo z łagodnego początku rozpędza się, nabiera mocy, by po chwili czarować wspaniałym refrenem. Takie intra potrafią pisać tylko Jonathan Cain do spółki z&amp;nbsp; Arnelem Pinedą. Gdy potem wkracza reszta zespołu słowa są zbędne. Wystarczy tylko słuchać. Na pewno będzie żelaznym składnikiem każdego koncertu Journey.&lt;strong&gt; Tantra&lt;/strong&gt; to świetna ballada, która bardzo przypomina te pisane w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Doprawiona tu i ówdzie progowymi wstawkami. No i tak bardzo w niektórych momentach pachnące dokonaniami Toto... To mógłby być kolejny numer, który należało wybrać do promocji płyty. Drugim singlem, który także można było łatwo zastąpić lepszym jest &lt;strong&gt;Anything is Possible&lt;/strong&gt;. Niech ktoś mi wytłumaczy dlaczego wybrano zupełnie przeciętny kawałek zamiast kolejnego, o którym za chwilę będzie mowa? Jasne, słucha się go lekko, łatwo i przyjemnie. Nie gryzie, nie kopie i tak dalej. Ale czy to jest to czego należy oczekiwać od utworu promocyjnego? Chyba raczej nie do końca. Prosty numer z banalnie prostym tekstem. Tyle, że ładnie wykonany. Tuż po nim wkracza mega zajebisty &lt;strong&gt;Resonate&lt;/strong&gt;. Znów czarują Cain z Pinedą. No te tła, które razem wymyślili są niesamowite. Jeśli ktoś prosiłby o podanie definicji terminu "mistyka" to odesłałbym go do tego kawałka. Wspaniały kawałek, moim zdaniem najlepszy i to właśnie on powinien zostać wybrany na jedynego singla promującego "Eclipse". &lt;strong&gt;She’s a Mystery&lt;/strong&gt; to chyba najbardziej radiowy numer na całym LP. Troszeczkę przypomina poprzednią balladę, pozbawiono ją tylko pewnej charakterystyczności. Miły dla ucha utwór ale tylko tyle. Fajny wstęp na perkusji wita nas w &lt;strong&gt;Human Feel&lt;/strong&gt;. Nieco taki purpurowy w klawiszach numer, choć podobieństwa tylko na tym się kończą. Warto zwrócić po raz kolejny uwagę na mocno brzmiące gitary. Następujący po nim w swym nastroju &lt;strong&gt;Ritual&lt;/strong&gt; przypomina dawne dokonania zespołu. Mi jakoś tak namolnie kojarzy się ze słynnym "Be Good to Yourself". Dobry rockowy utwór, choć jakoś tak bez specjalnej rewelacji. Może nawet mnie drażni. W strefę ballad znanych z ubiegłego wieku wkraczamy ponownie za sprawą &lt;strong&gt;To Whom it May Concern&lt;/strong&gt;. To już wszystko było i nierzadko lepiej, choć i tu może się podobać. Warto zwrócić uwagę na ładne, gitarowe solówki. Z kolei niemalże klasycznym utworem dla Journey jest kolejny utwór, którym jest &lt;strong&gt;Someone&lt;/strong&gt;. Bardziej obeznanym fanom ta ścieżka może kojarzyć się z okolicami takiego "Arrival and Revelation". Wiecie o czym mówię? Album zamyka ładnie zatytułowany &lt;strong&gt;Venus&lt;/strong&gt;. Świetny, po brzegi wypakowany emocjami i z mnóstwem progowych momentów, w pełni instrumentalny numer. No może poza wyjątkiem tego okrzyku, który pojawia się w pewnym momencie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Podoba mi się to wydawnictwo, choć zdaję sobie sprawę, że dotrze ono do niewielu odbiorców. Jeszcze mniej je doceni. Nie ma tu tego wszystkiego co było dla tego zespołu typowe, oczywiste i przewidywalne. Choć momentami może nużyć to więcej jest tu takich, hmmmm, bardziej zdecydowanych czy może nawet drapieżnych fragmentów, to wciąż są one podane w opakowaniu i otoczeniu ładnych, łatwo wpadających w ucho i zapamiętywalnych melodii. Za konsoletą zespół posadził pana Kevina Shirleya, choć procesu produkcji od czasu do czasu doglądali także Neal Schon oraz Jonathan Cain. Z pewnością wtrącili oni swoje przysłowiowe "pięć groszy" do ostatecznego miksu i brzmienia płyty. Troszkę dziwna ta płyta ale wciąż przyciągająca ucho. Tak jak wspomniałem, typowe Journey to nie jest ale posłuchać warto. Nota w granicach 8/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-5241416544809574113?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/5241416544809574113/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/journey-eclipse-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5241416544809574113'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5241416544809574113'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/journey-eclipse-2011.html' title='Journey - Eclipse (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-rWgIA0s2T2A/Tgzj7j82rLI/AAAAAAAAAbM/xn6xPozqOss/s72-c/Journey+-+Eclipse+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-1038011938425143190</id><published>2011-06-30T17:02:00.000+02:00</published><updated>2011-06-30T17:02:44.506+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Glam Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Black 'N' Blue - Hell Yeah! (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-RYTXKe7BgTQ/TgyOAdU8x4I/AAAAAAAAAbI/jSyxEKRix1E/s1600/cover.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-RYTXKe7BgTQ/TgyOAdU8x4I/AAAAAAAAAbI/jSyxEKRix1E/s320/cover.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;"Hell Yeah!" co za radość w tytule! To tak na złośliwy, dobry początek. No cóż, jeśli wraca się do muzycznego niebytu po 23 latach nieobecności i wydaje przy tym płytę do trudno nie mieć z tego powodu nutki optymizmu, którą warto się ze wszystkimi podzielić. Wszak ostatni wypiek panów z Black 'N' Blue, jak wszyscy zapewne szybko policzyli, ukazał się w roku 1988. Podejrzewam, że ten amerykański zespół nie jest zbyt szeroko znany wśród metalowej gawiedzi, więc postaram się Wam przybliżyć sylwetkę grupy. Wyobraźcie więc sobie, że pierwsze próby zaistnienia były takie same jak w przypadku chociażby Metalliki czy innych, uznawanych w tej chwili za kultowe, zespołów z USA. Band powstał w roku 1981 i pierwotnie był znany pod nazwą Movie Star. Rok później panowie postanowili przenieść się do Miasta Aniołów i tu, w 1982 roku, zaczyna się właściwa historia zespołu. Szybko otrzymali swoją szansę i obok Malice, Ratt czy wreszcie Metalliki, dostają miejsce na bardzo wówczas opiniotwórczej składance "Metal Massacre". Tym, którzy na tychże kompilacjach się znaleźli, czekała albo kariera albo tylko krótki błysk flesza i notatka we wkładce kasety z nazwą zespołu i tytułem utworu. Black 'N' Blue się powiodło. Umieszczonym na kompilacji "Chains Around Heaven" zwrócili na siebie uwagę szefa Geffen Records, Davida Geffena &amp;nbsp;i w dwa lata po skromnej notce wydali swój pierwszy LP, zatytułowany po prostu "Black 'n Blue". Album okazał się całkiem niezłym sukcesem, a singlowy "Hold On to 18", który jest jednym z ich najbardziej znanych utworów, długo zajmował wysokie miejsca na listach przebojów. Spory udział w powodzeniu krążka miał jego producent, Dieter Dierks, który uważnym fanom znany jest z produkcji płyt Scorpions, Twisted Sister czy wreszcie Accept. Niesiony falą popularności, panowie szybko przygotowali drugiego długograja. W 1985 roku światło dzienne ujrzał "Without Love". Niestety, mimo znakomitego producenta w studio, którym został świętej pamięci Bruce Fairbairn, zespół oddalił się od swojego zadziornego wizerunku. Przygotowano bardziej "radiowe" kompozycje, co nie przysporzyło zespołowi nowych fanów. Pomimo pewnego sukcesu singlowych ""Without Love" i "Miss Mystery" album okazał się sporym rozczarowaniem. No cóż, tak zwany "syndrom drugiej płyty". Niezrażony niepowodzeniem szef Geffen Records produkcję trzeciej płyty, zatytułowanej "Nasty Nasty", powierzył basiście pisanek z Kiss, Gene Simmonsowi. Zmiana producenta zwykle świadczy o tym, że albo zespół albo wytwórnia, lub nawet obie strony poszukują wyjścia z impasu i szukają nowych rozwiązań. Warto odnotować fakt, że utwór tytułowy bazuje na napisanych przez Gene utworach Kiss (odpowiednio: "Domino" i "Only You") tym samym obok miana producenta, ma on swój zapis jako jeden z kompozytorów. Drugim producentem tego LP, o czym nie wszyscy pamiętają jest Jonathan Cain, gitarzysta i klawiszowiec, udzielający się w The Babys, Bad English, czy wreszcie w Journey. Wyprodukował on jeden utwór, "I'll Be There For You". Hmmm, trochę dziwnie no ale tak sobie to wszyscy wymyślili i tak zostało. Ważne, że wszystko poszło jak należy, a płyta sprzedawała się przyzwoicie. Czwarty kompakt, zatytułowany "In Heat", ukazał się, jak już wspomniałem wyżej w roku 1988. Wyprodukowany przez tego samego producenta utrzymywał przeciętny poziom sprzedaży, jednak to znów nie było "to" i zespół poszedł w rozsypkę. Do reaktywacji grupy dochodziło dwukrotnie. Pierwszy raz w 1997 roku, zapisem tego wydarzenia jest koncertowa płyta "One Night Only: Live". Ukazała się ona w roku 1998, nakładem EON Records. Jak sam tytuł wskazuje, było to tylko przedsięwzięcie jednorazowe i zespół nie miał zamiaru kontynuować działalności. Jak mawia przysłowie "ciągnie wilka do lasu", więc druga reaktywacja musiała mieć miejsce. I miała - w roku 2003. I tu zaczyna się pokręcona historia recenzowanego dziś przeze mnie LP "Hell Yeah!". Album ten powinien mieć premierę w roku reaktywacji. Nie miał. Nie doszło do niej także w latach późniejszych. Wieści gminne głosiły, że płyta ta ukazać się wreszcie w 2008 roku. Też z tego nic nie wyszło. Nic nie działo się aż do roku bieżącego, gdy to wreszcie wysiłkiem Frontiers Records, 13 maja w Europie i 17 maja w Stanach, ostatecznie doprowadzono do wydania piątego, studyjnego krążka Black 'N' Blue. Przyznam się, że dla mnie nowy album tej ekipy jest sporą niespodzianką. Mając na uwadze liczne, niezrealizowane wypowiedzi na temat tego LP, przestałem mieć nadzieję na coś nowego od tych panów. Z przyjemnością zatem stwierdzam, że zespół wraca z tarczą na muzyczny rynek. I jeśli nawet nigdy więcej o nim nie usłyszymy to warto było czekać i zapoznać się z nowym dziełem twórców "In Heat". Już otwierający nowe wydawnictwo &lt;strong&gt;Monkey&lt;/strong&gt; musi budzić szeroki uśmiech u każdego fana dobrego, energetycznego hard rocka. Właśnie czegoś takiego oczekiwałem od nowego-starego zespołu. Bardzo dobry, energetyczny riff i przebojowy refren, który - wybaczcie, kojarzy mi się jakoś tak z Van Halen. Oczywiście nie jest to żaden zarzut. Taki początek płyty bardzo mi się podoba. &lt;strong&gt;Target&lt;/strong&gt;? Sprzedać jak największy nakład nowego dzieła, a najlepiej wyczerpać jego nakład! I to może się udać, jeśli reszta będzie równie udana. Tu mamy coś na kształt nieco bardziej wygładzonego AC/DC, z obowiązkowo chóralnie i luzacko śpiewanym refrenem. Jakże pasuje tu ta wymyślna solówka. To takie przypomnienie, że w przypadku Black 'N' Blue zawsze dużą rolę odgrywało poczucie humoru. &lt;strong&gt;Hail Hail&lt;/strong&gt; to taki sztandarowy, kroczący, hard rockowy przebój. Pean pochwalny na cześć rock 'n' rolla, oczywiście potraktowany z ogromną dawką humoru. Co najfajniejsze, w pewnej chwili i szkoda, że na tak krótko wchodzi riff rodem z... Judas Priest. Po takim początku musiało się znaleźć miejsce na chwilę oddechu. I po to jest ballada &lt;strong&gt;Fools Bleed&lt;/strong&gt;, z przejmującym "Got faith, but got no belief..." Z pewnością zasili grono sztandarowych przebojów. &lt;strong&gt;C'mon&lt;/strong&gt; to powrót do weselszych rejonów i humoru. Prosty, luzacki, rockowy utwór, którego zadaniem jest wciągać do zabawy. Oparty na prostym schemacie AC/DC, bez zbędnego kombinowania ciągnie, gna do przodu niczym TJV. Króciutki &lt;strong&gt;Jaime's Got The Beer&lt;/strong&gt; jest raczej tylko powodem do uśmiechu i wstępem do mocnego, rockowego &lt;strong&gt;Angry Drunk Son Of A Bitch&lt;/strong&gt;. Hmmm, Kuba wypił za dużo piwa no i się porobiło. Ciekawe co by powiedział na takie dictum Bon Scott? Hard Rock potraktowany z dawką amerykańskiej nowoczesności, zdradzający ciągoty to grania nieco odmiennego. Tu udało się połączyć stare z nowym, oczywiście nie obyło się bez puszczenia oczka do słuchacza. Ósmy w kolejce &lt;strong&gt;So Long&lt;/strong&gt; to już raczej taki klasyczny rock i tak do końca to nie wiem czy pasuje do tego, co zespół do tej chwili zaproponował. Mi raczej kojarzy się tak jakoś namolnie z pewną płytą Soul Asylum... Potraktuję to jako słabszy kawałek, tak będzie chyba najsprawiedliwiej. &lt;strong&gt;Trippin'&lt;/strong&gt; to tylko akustyczny przerywnik. Wstęp do &lt;strong&gt;Falling Down&lt;/strong&gt;, notabene jednego z moich ulubionych utworów na tym LP. Bardzo podoba mi się ta przyjemna, akustyczna maniera. Ktoś może powiedzieć, że nadaje się do puszczania w radio. No i co z tego? Jeśli ktoś lubi południowego rocka ze Stanów, podanego w lekkostrawnej formie to dlaczego nie? Uśmiechnąłem się słuchając &lt;strong&gt;Candy&lt;/strong&gt;, który jest utworem napisanym nieco na modłę Stevena Tylera i spółki z Aerosmith. Do tego świetna solówka. Fajny, szczerzący zęby kawałek. &lt;strong&gt;Hell Yeah!&lt;/strong&gt; Tak, z pewnością. Numer wysmażony na modłę starego AC/DC, choćby tego z "Let There Be Rock", a odstaje tylko refrenem. Jednak ten riff jest przemocarny i cholernie nośny. Przypomina ten z "Go Down". Zatem jeśli ktoś lubi ten kawałek elektryków to jest już w domu. Takie utwory były na debiutanckim albumie Black 'N' Blue z 1984 roku.... Podstawową część wydawnictwa kończy &lt;strong&gt;World Goes Round&lt;/strong&gt;, przyjemnie bujający, rockowy numer. To jeszcze nie koniec. Japońska wersja płyty zawierają dwa dodatkowe numery. Pierwszy z nich to &lt;strong&gt;I Smell A Rat&lt;/strong&gt;. No cóż, oddechu szczura zapewne nie jest przyjemnie poczuć ale jak przystało na jajcarzy z czegoś ponabijać się trzeba. No i rzucone w twarz: "I smell a rat and it smells like you!" Ekhem.... Czy wszyscy umyli już ząbki? Drugi bonus to w pełni akustyczny &lt;strong&gt;A Tribute To Hawking&lt;/strong&gt;. Świetny i klimatyczny numer ze "zrobotyzowanym" wokalem Jaime St. Jamesa. Szkoda, że tak krótki, to mógłby być prawdziwy mega-przebój.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Udany powrót do muzycznego świata po przeszło dwóch dekadach nieobecności. Fani radosnego, łobuzerskiego, niezobowiązującego grzania z uśmiechem od ucha do ucha powinni być zadowoleni. Mi się podoba i nie przeszkadza mi ten jeden, słabszy utworek. 9/10 należy się bez łaski. Polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-1038011938425143190?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/1038011938425143190/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/black-n-blue-hell-yeah-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1038011938425143190'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1038011938425143190'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/black-n-blue-hell-yeah-2011.html' title='Black &apos;N&apos; Blue - Hell Yeah! (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-RYTXKe7BgTQ/TgyOAdU8x4I/AAAAAAAAAbI/jSyxEKRix1E/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-2215715208468939645</id><published>2011-06-29T19:30:00.000+02:00</published><updated>2011-06-29T19:30:02.151+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Kruk - It Will Not Come Back (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-asq3XLl746k/TgthBU6RMVI/AAAAAAAAAbE/f3SjtHonFF8/s1600/front.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://4.bp.blogspot.com/-asq3XLl746k/TgthBU6RMVI/AAAAAAAAAbE/f3SjtHonFF8/s320/front.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przyznam szczerze, że nie bardzo przepadam za polską muzyką rockową, która jaka jest - każdy widzi. De facto niewiele polskich płyt jest w stanie mnie nie znużyć i nie doprowadzić do stanu zagotowania umysłu. Ponieważ jednak jakiś czas temu recenzowałem dwa bardzo dobre krążki polskich zespołów, postanowiłem sięgnąć po trzeci. Padło na nowe dziecko zespołu Kruk. Ekipa z Dąbrowy Górniczej choć miała w sobie spory potencjał twórczy to nie potrafiła mnie do siebie przekonać ani nagraną do spółki z Grzegorzem Kupczykiem płytą "Memories" z 2006 roku, ani też "Before He'll Kill You", wydanym trzy lata później. Zaryzykowałem zatem z nadzieją, że skoro były dwa bardzo udane dzieła, w których jedni naśladowali Iron Maiden, a drudzy Black Sabbath, to może kolejna będzie równie udana. Tak więc nie bez obaw odpalałem nowy krążek zespołu Kruk. Nie nastawiałem się na jakieś wiekopomne dzieło ale to co znajduje się na tym LP pozwala mi śmielej i z większymi nadziejami patrzeć w przyszłość polskiej muzyki rockowej. Jestem bardzo zadowolony, że ten band nie bawi się w żadne eksperymenty, a wydawnictwo pod każdym względem przebija poprzednie. Zadbano o estetyczną książeczkę (co jest przecież równie ważne jak zawartość CD), a kompozycje mają odpowiednie brzmienie, są bardzo dobrze zrealizowane i zawierają w sobie jasny płomień ducha Deep Purple, Rainbow, Uriah Heep, Whitesnake, Dio czy nawet Iron Maiden. Co najfajniejsze, kompozycje, mimo, że są długie, rozbudowane i zagrane z pewną dozą progowej maniery w ogóle nie nudzą. Zdecydowanie nie jest to LP na raz. W tę płytę trzeba się wgryźć, wniknąć. Posłuchać rozbudowanych, ciekawych aranżacji, zabiegów z tempem, klimatu i wspaniałych popisów solowych na gitarach czy instrumentach klawiszowych. Słowem jest to dojrzały album dojrzałych muzyków, którzy wiedzą czego chcą, jak to zagrać i jak osiągnąć zamierzony efekt. A że nie do wszystkich dotrą te nieraz bardzo wyrafinowane struktury utworów? No cóż, nie do każdego muszą. Ktoś może powiedzieć, że to tylko stary klamot wyciągnięty skądś tam, odkurzony i doprowadzony do stanu używalności. A ja powiem, że to stary, klasyczny Ford Mustang, wyciągnięty z jakiejś zapadłej szopy, gdzie robiły na niego kury, z pieczołowitością doprowadzony do porządku. Nowy właściciel nie tylko zadbał o szczegóły i szczególiki, które miały świadczyć o nowym życiu oldtimera ale także dodał sporo nowych, technicznych elementów, które ów żywot miały zapewnić jeszcze na długie lata. Taka to jest płyta. Stare, sprzed kilkunastu lat spotyka się z tym co nowe. Efekt jest taki jak ze starym samochodem: każdy znawca i miłośnik obejrzy się widząc lśniące cudo pędzące szosą lub wolno i majestatycznie jadące ulicą. W takim więc pięknym nastroju zajmijmy się krążkiem, który wita nas złowrogo kraczącymi ptaszyskami. Można się tym intrem przestraszyć ale już &lt;strong&gt;Now When You Cry&lt;/strong&gt; z klimatami przypominającymi dokonania Deep Purple czy Rainbow automatycznie uspokaja. Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na początek tego utworu. Czy właśnie tak przypadkiem nie grają panowie z chociażby Tool? No właśnie. Mi ten pomysł na otwarcie bardzo się spodobał. Do tego fajne gitary i zajebiste, "lordowskie" klawisze. W &lt;strong&gt;In Reviere&lt;/strong&gt; mamy niespodziankę. Obok wokalisty, Tomasza Wiśniewskiego zaśpiewał niegdysiejszy krzykacz Blackmore'a i Malmsteena, pan Doogie White. Obaj ładnie ze sobą współpracują, a Tomek ani na trochę nie dał się zdominować bardziej utytułowanemu koledze po fachu i swoim śpiewem wcale nie brzmi gorzej. Całość brzmi wprost kapitalnie, a ta purpurowo-progresywna maniera jest powalająca. Ładne echa Uriah Heep witają nas w &lt;strong&gt;Imagination&lt;/strong&gt;. Chociaż czy do końca tylko to? Tego nie byłbym jednak taki pewien. Tu jest coś więcej, a te nuty w refrenie już też gdzieś były. Bardzo podoba mi się rozbudowana partia klawiszy, pulsujący bas i udana, gitarowa solówka. Ciekawie, orientalnymi ozdobnikami rozpoczyna się &lt;strong&gt;Embrace Your Silence&lt;/strong&gt;. To już oczywiście więcej Rainbow za kadencji Dio. Typowe rozwiązania i podziały, które były charakterystyczne dla pary Ronnie James - Blackmore. Co zaskakujące, zespołowi udało się przemycić tu conieco z Iron Maiden. Posłuchajcie tej gitary. Czy wioślarze Dziewicy nie umieszczali w swoich utworach takich partii? Bardzo podobają mi się te progresywne wstawki, które w bardzo sprytny sposób zostały tu umieszczone. No i niesamowicie śpiewający wokalista. &lt;strong&gt;Forever&lt;/strong&gt; to taki przejmujący, purpleowski blues. Zaśpiewany w manierze naszego ulubionego Davida Coverdale'a. Trzeba przyznać, że wokalista wyśmienicie sobie poradził z tym wyzwaniem. Niełatwo jest przecież śpiewać takie numery, a co dopiero naśladować wielkiego Dave'a... Po tym kolosie mamy nieco &amp;nbsp;bardziej tajemniczy &lt;strong&gt;Here On Earth&lt;/strong&gt;. Ciekawy numer, nieco bardziej w stylu solowych dokonać Dio. Ozdobiony purpurowymi klawiszami i ornamentyką rodem z Rainbow. Zdecydowana motoryka i chwytliwy refren na pewno spodoba się wielu fanom takowego grania. Potem już nie blues ale nasycona emocjami ballada &lt;strong&gt;Cold Wall&lt;/strong&gt;. To jest nie tylko coś z Dio ale przemykają też nuty zarezerwowane dotąd dla lubiącego nieco dramatyczniej pośpiewać Fabio Lione, wokaliście Rhapsody of Fire. Nie bijcie ale to jest coś na kształt ich utworów, dopasowanych do purpurowych ram. O wiele bardziej weselszy, zadziorny i zawadiacki jest &lt;strong&gt;Every Night&lt;/strong&gt;. Początek może kojarzyć się z niektórymi kawałkami Red Hot Chili Peppers. Potem znów wita nas cudowna maniera wokalna Tomka, który na zmianę naśladuje Coverdale'a by zaraz potem zaskakiwać wokalami w stylu Ronnie Jamesa. Oczywiście wszystko jest w stylu Deep Purple. Czyż to nie fajny miks? Dołóżmy pulsujący bas i wspaniałą solówkę. Wierzcie mi - bardziej utytułowana ekipa ze Stanów może się z zakłopotaniem podrapać po głowie. Tak się gra! Koniec płyty to przede wszystkim ponad dwunastominutowy &lt;strong&gt;It Will Not Come Back&lt;/strong&gt;. Po wolnym wstępie znów mamy gitary w stylu Iron Maiden i te ich gitarową progresję. Wspaniały riff, ogromny rozmach i jeszcze większa muzyczna wyobraźnia, która znajduje swoje ujście w instrumentalnym szaleństwie muzyków. No i ta nagła zmiana tempa, galopująca sekcja, świetny wokalista i naładowany emocjami tekst. Kruk wznosi się coraz wyżej i wyżej, wysoko aż pod niebo. Po tak świetnym, i co najważniejsze - absolutnie nie nużącym utworze, krążek kończy kapitalnie zagrany kower Tiny Turner - &lt;strong&gt;Simply The Best&lt;/strong&gt;. Zrealizowany z udziałem drugiego zaproszonego gościa. Jest nim... Piotr Kupicha, znany oczywiście z bijącego rekordy popularności, zespołu Feel. Niektórzy pewnie zakrzykną, że to zdrada i takie tam. Jeszcze inni pewnie skrzywią wargi w szyderczym uśmiechu i stwierdzą, że to coś na kształt związku Dody i Nergala. Tymczasem obaj wokaliści odwalili kawał świetnej roboty, a nowa, odświeżona wersja mega przeboju naprawdę może się podobać. Było mega poważnie, nastrojowo i dostojnie, a tym numerem panowie udowodnili, że równie dobrze czują się w nieco innych klimatach. Ha, babcia Tina z pewnością doskonale bawiłaby się słuchając jak zespół z dalekiego kraju gra jeden z jej najważniejszych i rozpoznawalnych hitów.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;"It Will Not Come Back" to dla mnie ogromne zaskoczenie. Czyżby w polskim rocku szykowała się rewolucja? Czyżby idzie nowe? Mam szczerą nadzieję, że tak właśnie będzie. Po płytach Monstrum i CETI czas na to by czarny ptak pokazał jak wysoko można się wznieść. Żywię głęboką nadzieję, że po takim locie panowie poczują chęć na więcej i jeszcze nie raz pokażą nam na co ich stać. Po płytach, które nie przekonywały mnie do końca, mój apetyt został zaspokojony. Z pełną odpowiedzialnością, uśmiechem i wiarą na to, że będzie jeszcze lepiej, w pełni zaspokojony w muzyczne wrażenia, stawiam Krukowi piątkę z plusem i gorąco polecam ich nowe dzieło wszystkim fanom głodnym rasowych, rockowych dźwięków. Nikt nie będzie zawiedziony.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-2215715208468939645?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/2215715208468939645/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/kruk-it-will-not-come-back-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2215715208468939645'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2215715208468939645'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/kruk-it-will-not-come-back-2011.html' title='Kruk - It Will Not Come Back (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-asq3XLl746k/TgthBU6RMVI/AAAAAAAAAbE/f3SjtHonFF8/s72-c/front.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-4574129225341226684</id><published>2011-06-27T19:25:00.000+02:00</published><updated>2011-06-27T19:25:48.334+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='AOR'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>David Mark Pearce - Strange Ang3ls (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-U44h9KlGZqY/Tgi9BSiSyoI/AAAAAAAAAbA/0xM-U3pH-58/s1600/David+Mark+Pearce+-+Strange+Ang3ls+2011.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-U44h9KlGZqY/Tgi9BSiSyoI/AAAAAAAAAbA/0xM-U3pH-58/s320/David+Mark+Pearce+-+Strange+Ang3ls+2011.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ci z Was, którzy uważnie śledzą scenę w UK, zapewne dobrze kojarzą pana nazwiskiem David Mark Pearce. Tym, którym nic nie swita, postaram się pokrótce przedstawić jego sylwetkę. Przede wszystkim jest on znany ze stałej współpracy z zespołem Yes, a także brał udział w tworzeniu płyt wizjonera Arjena Lucassena. Tu mam na myśli projekt Stream of Passion. Nazwisko naszego dzisiejszego bohatera pojawia się także przy okazji wypieków Union Jane czy Naked Feet. A jeśli komuś mało to pomagał pani Lisie LaRue (to taka keyboardzistka jeśli ktoś nie wiedział) i udzielał się na gitarze przy jej projekcie Lisa LaRue Project 2K9 World Class. Jest także współproducentem tego dzieła. Pearce już w 2007 samodzielnie zrealizował EP'kę "Shelter Me From The Rain". Jak widać apetyt nie został w pełni zaspokojony bo oto ukazał się jego pierwszy, pełnometrażowy album, zatytułowany "“Strange Ang3ls". Tym razem jednak nie chciał wszystkiego robić sam i do współpracy zaprosił znakomitych muzyków: Göran Edman (ex-Yngwie Malmsteen, John Norum, Talisman) i John Payne (Asia) na wokalach, C S Brown (Ghost Circus) na basie, Mikael Wikman (ex- Vindictiv) usiadł za garami. Gościem specjalnym na tym LP jest Oliver Wakeman (Yes), który udziela się tu na klawiszach. Główny sprawca zamieszania i szef wszystkiego zarezerwował dla siebie rolę gitarzysty, czasem tez zaplumka sobie na klawiszach. Trzeba przyznać, że nagromadzenie tak znakomitych gości musi budzić spore wrażenie. Tak sobie myślę, że ten krążek musi być także nie lada sensacją i sporą gratką dla fanów melodyjnego grania. Rzecz jasna nie można się przyczepić do produkcji tego wydawnictwa, które co tu dużo gadać i pisać - jest po prostu znakomita. Wszystko i wszystkich znakomicie słychać, tak więc pozostaje nam jeno odpalenie tego dzieła i delektowanie się płynącymi z niego dźwiękami. Na początek króciutkie intro &lt;strong&gt;Ang3ls (Help Us)&lt;/strong&gt;, proszę się nie przestraszyć damskiego krzyku przerażenia, które wita nas po włączeniu płyty. Co bardziej wrażliwym odradzam robienie od razu głośno. Jednak zaraz potem w &lt;strong&gt;Alone I Cry&lt;/strong&gt; wszystko jest już ładnie i w porządku, a sam kawałek o dziwo przypomina mi najlepsze kawałki Ten. Świetny, mega przebojowy, nośny i cholernie melodyjny numer. Spodziewałem się czegoś innego, kombinowania w stylu Yes albo malowania barwami w stylu Arjena. Tu pięknie prezentuje się klawiszowe tło, głośno, wyraźnie i bez tremy pulsuje bas, super jest ustawiona perkusja no i ta gitara. Nie można się tu do niczego przyczepić. Bardzo dobre wrażenie podtrzymuje &lt;strong&gt;Shelter Me From The Rain&lt;/strong&gt;, gdzie tu i ówdzie można wyłapać purpurowe klawisze w tle. Może nie jest już taki przebojowy jak utwór poprzedni ale wstydu tym panom nie przynosi. A refren na pewno znajdzie swoich amatorów. Ozdobą jest wspaniała solówka. W tym miejscu nieśmiało wtrącę, że styl gry pana Pearce przypomina mi z jednej strony popisy wioślarza Brazen Abbot, zapewne znanego niektórym Nikolo Kotzeva. Z drugiej jednak strony jest tu coś z Blackmore'a. W &lt;strong&gt;Tell Me Why&lt;/strong&gt; po raz pierwszy wokalnie zaprezentował się John Payne. Mi podoba się tu tylko jego wokal, więcej naleciałości ekipy Lorda, ciekawe gitary i ładne zwolnienie. Sam kawałek zły nie jest ale też specjalnie jakoś się nie wybija, przynajmniej moim, skromnym zdaniem. Co do &lt;strong&gt;EveryTime It Rains&lt;/strong&gt; to w pierwszej chwili pomyślałem, że będzie to kower.. Primal Fear i aż się tej myśli przestraszyłem. Nie przepadam za tym numerem i przykrość sprawiała mi myśl, że ten skład mógłby zabrać się za takie... coś. Na szczęście okazało się, że jest to tylko lub może aż, utwór w pełni instrumentalny i w niczym nie przypomina poczynań szwabów. Tu instrumentaliści pokazują na co ich stać, ja uważam, że powinien powstać tekst do tego kawałka i któryś z obecnych tu wokalistów powinien go zaśpiewać. Ot miły przerywnik i zabawa dźwiękami. Może nawet chęć oderwania się od ziemi i poszybowania w stronę aniołów. Powoli, nieco mrocznie rozpoczyna się tytułowy &lt;strong&gt;StrangeAng3ls&lt;/strong&gt;. No jest tu coś z ducha tych bardziej przebojowych propozycji Yngwiego Malmsteena. Nie jest aż tak neoklasycznie ale czy on nie pisał od czasu do czasu podobnych nut? Bardzo dobry i na pewno jeden z&amp;nbsp; najlepszych numerów na całym wydawnictwie. No i znów mamy tu coś na modłę Gary'ego Hughesa i kolegów. Jeśli brakuje im pomysłów, to Pearce na pewno kilka im podsunie. Nawet Goran śpiewa bardzo podobnie do wokalisty Ten. W tym samym tonie utrzymany jest następny w kolejce &lt;strong&gt;To Live Again&lt;/strong&gt;. Tu z kolei za sitkiem stanął Payne. Nie zawiódł, zaśpiewał pewnie i na swoim wysokim poziomie. Zresztą taka to jest płyta. Muzycy robią doskonałą robotę, bardzo dobrze się rozumieją, uzupełniają i żadnemu nie przyszło do głowy wybijać się przed szereg. Po cichu przyznaję, że ta ścieżka jest moim faworytem jeśli chodzi o ten krążek. Wyśmienity przebój. Z płytami legitymującymi się nalepką AOR jest u mnie tak, że muszą mnie czymś zaskoczyć. Taką niespodzianką jest dla mnie &lt;strong&gt;Save Your Prayers&lt;/strong&gt;, numer, który brzmi jak wygładzone i ugrzecznione Firewind z boskim Apollo Papathanasio za mikrofonem. Bardzo mile mnie tu Goran zaskoczył. Jeśli Gus G kiedykolwiek będzie szukał nowego wokalisty to koniecznie powinien z Göranem Edmanem porozmawiać. Wokalnie facet po prostu zdemolował i to nie tylko tu bo mam na myśli cały album. Groźnie zatytułowany &lt;strong&gt;Eden Is Burning&lt;/strong&gt; to dość wolny ale wciąż bardzo dobry numer. Wrażenie robią dociążone gitary, udane klawiszowe tła i ładnie skonstruowany refren. Pierwszą, solową pozycję w dorobku Davida Marka Pearce'a zamyka &lt;strong&gt;So Far From Heaven&lt;/strong&gt;. I tak się zastanawiam czy potrzebny był tu ten ledwo wyczuwalny ale jednak mariaż z klimatami progowymi. I jeśli w zwrotkach jeszcze nic się nie dzieje i wszystko trzyma się całości to jednak ten refren mnie nie przekonuje.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Zaskoczył mnie ten LP. Nie spodziewałem się tak udanego dzieła. Mocarny skład, dwóch wokalistów, doskonała produkcja, wspaniale grająca sekcja (słyszalny basista!) - to wszystko musiało przełożyć się na znakomity efekt. Całości wrażenia dopełnia utrzymana w jasnej tonacji okładka z półnagim aniołem płci żeńskiej na pierwszym planie. Hmmm, czy anielice piją wódę? Ha, odpowiedź na to pytanie zna pewnie tylko &amp;nbsp;szef tego zamieszania. Nam pozostaje się jedynie domyślać i posłuchać tej płyty. Gorąco polecam. &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-4574129225341226684?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/4574129225341226684/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/david-mark-pearce-strange-ang3ls-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4574129225341226684'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4574129225341226684'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/david-mark-pearce-strange-ang3ls-2011.html' title='David Mark Pearce - Strange Ang3ls (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-U44h9KlGZqY/Tgi9BSiSyoI/AAAAAAAAAbA/0xM-U3pH-58/s72-c/David+Mark+Pearce+-+Strange+Ang3ls+2011.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-552007358279787658</id><published>2011-06-21T20:18:00.000+02:00</published><updated>2011-06-21T20:18:38.989+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tribute'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Sapattivuosi – Ihmisen Merkki (2009)</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-Uiv3Ea-eOd8/TgDgVmsPJCI/AAAAAAAAAa8/bYh6AxNSrjg/s1600/Cover.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-Uiv3Ea-eOd8/TgDgVmsPJCI/AAAAAAAAAa8/bYh6AxNSrjg/s320/Cover.jpg" width="317" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Bardzo wątpię by ktokolwiek kojarzył zespół nazywający się Sapattivuosi. No chyba, że ktoś uważnie śledzi to co się dzieje w kraju Dzieciaków znad jeziorka Bodom. Znajdzie się takowy? Chyba jednak nie. Mi także nic nie przychodziło do głowy, a band ten polecił mi mój bardzo dobry kolega. Zadzwonił do mnie któregoś pięknego dnia, podał mi tę trudną do zapamiętania nazwę grupy, która swoją drogą w tłumaczeniu z fińskiego na nasze oznacza mniej więcej "Sabbathowe Lata" (Sabbatical Year w jezyku angielskim), a na moje zdziwienie stwierdził tylko lapidarnie "Black Sabbath nadal żyje". Natychmiast wpisałem sobie nazwę zespołu w youtube i posłuchałem singla &lt;b&gt;Pelon Lait&lt;/b&gt;. Gdy tylko zobaczyłem kto stoi za mikrofonem i jak brzmi Black Sabbath po fińsku, wiedziałem, że muszę to mieć! Pomysł na zespół zrodził się w głowach kilku dobrze czujących się ze sobą kumpli, którym pewnego dnia odbiło i postanowili nagrać utwory ekipy Iommiego po fińsku. Weszli więc do studia z zamiarem nagrania dema ale producent Gabi Hakanen, po zrealizowaniu dwóch numerów miał ponoć krzyknąć "We’re not making a demo, we’re making a f**king album!". Słowo stało się zatem ciałem i zamieszkało między nami, a pierwszy LP skromnie zatytułowany "Sapattivuosi" ujrzał światło dzienne w roku 2003. Odniósł on niespodziewany sukces, sprzedawał się bardzo dobrze, a publika tłumnie przybywała na koncerty. Band nie miał zamiaru nagrywać kolejnej płyty, z powodu jednak ciągłych próśb fanów w dwa lata później, w roku 2005, ukazał się album "&amp;nbsp; Sapattivuosi 2", a kower “Kännin piikkiin” (Sweet Leaf) dotarł do czwartego miejsca ichniejszej listy przebojów. Niestety jak to często bywa, zespół zaczął się sypać. Odszedł wokalista Hannu Paloniemi, który przeprowadził się do innego miasta. Na 4 lata wokół projektu Sapattivuosi zapadła cisza, choć pozostali członkowie nie chcieli kończyć przygody z graniem utworów Black Sabbath. W końcu zaproponowali wakat znanemu wszem i wobec basiście i wokaliście Marco Hietali. Ów pióracz i brodacz, znany z popisów w macierzystym Tarot, bijącym rekordy popularności Nightwish czy wreszcie w nieco mniej znanym Northern Kings, ponoć z wielkim entuzjazmem przyjął propozycję. I tak spokojnie mogła powstawać trzecia płyta, tym razem zawierająca kowery Black Sabbath ery Dio. CD zatytułowane “Ihmisen merkki” (The Sign of Man) ukazało się 1 kwietnia 2009. Szybko album ten zyskał uznanie fanów i został bardzo ciepło przyjęty przez krytyków. Rozpoczyna się on niezwykle udanym utworem &lt;b&gt;Pelon Lait&lt;/b&gt; czyli &lt;b&gt;Neon Knights&lt;/b&gt;, do którego nakręcono również prosty, choć mogący się podobać klip. Nowa, odświeżona i zaśpiewana po fińsku wersja klasyka Black Sabbath naprawdę może się podobać. Co prawda nie jest to bardzo wierne naśladowanie Ojców Heavy Metalu ale jeśli zamknąć oczy to w wielu miejscach jest to "coś", ta magia i ten klimat. Sporym zaskoczeniem dla mnie jest &lt;b&gt;Maalaistytto&lt;/b&gt; (&lt;b&gt;Country Girl&lt;/b&gt;). Nie przypominam sobie, by ktokolwiek zdecydował się na ponowne nagrywanie tego utworu. Tu wypadło całkiem nieźle i gdyby nie język w jakim zaśpiewany jest ten kower, można by pomyśleć, że to Tomek Iommi i Dio. Nawet brzmienie jest tu podobne. Jeszcze lepiej jest w &lt;strong&gt;Uneen Hukkuneet&lt;/strong&gt;, czyli &lt;strong&gt;Children of the Sea&lt;/strong&gt; po fińsku. Tu brakuje tylko przedwcześnie zmarłego Ronnie Jamesa. Wszystko inne jest takie samo, niemal identyczne. A Hietala choć po fińsku bardzo stara się Go tu naśladować. Trzeba także pochwalić gitarzystę, Janne Halmkrona, który idealnie naśladuje tu Iommiego, spokojnie udowadniając, że wcale nie jest od niego gorszy. Zawsze gdy ktoś wykonuje kower Heaven And Hell to boję się o te wykonanie. Tu &lt;strong&gt;Tuli Ja Maa&lt;/strong&gt; wypadł nawet nieźle, a część instrumentalna, o którą zawsze drżę i czekam na nią z niepokojem, niewiele ustępuje oryginałowi. Brakuje mi tylko tego echa ze słowami "And on, and on, and on..." Po fińsku nie wypada to już tak fajnie. Dlaczego &lt;strong&gt;Mob Rules&lt;/strong&gt; zatytułowano &lt;strong&gt;Laki 666&lt;/strong&gt; nie wiem ale to chyba najsłabszy kower na tej płycie. Trzeba chyba przyznać, że monopol na ten kawałek miał wyłącznie Dio i tylko On potrafił to zaśpiewać w sposób przekonywujący. No nie umiem się przekonać do tego wykonania. Na szczęście nowa wersja &lt;strong&gt;Voodoo&lt;/strong&gt;, czyli &lt;strong&gt;Valtaa&lt;/strong&gt; już jest o niebo (a może piekło?) lepsza. W przypadku tego utworu zawsze czekam na refren, chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Tu choć znów brakuje mi maniery wokalnej Jamesa, to nie kłuje już to tak bardzo jak w owym nieszczęsnym Mob Rules. I spokojnie można sobie zanucić w refrenie "Voodoo, voodoo..." Jesłi chodzi o &lt;strong&gt;Yo Saa&lt;/strong&gt; czyli &lt;strong&gt;Die Young&lt;/strong&gt;, to zawsze niedoścignionym wzorem jest i chyba będzie wykonanie niemiaszków z Primal Fear. Panom z Sapattivuosi, choć bardzo się starali, nie udało się osiągnąć takiego efektu jak Sinnerowi i spółce. Ten bardzo udany zbiór nowych wykonań utworów Black Sabbath kończy &lt;strong&gt;Ihmisen Merkki&lt;/strong&gt;. To rzecz jasna &lt;strong&gt;Sign of the Southern Cross&lt;/strong&gt;. Mało komu, w zasadzie tylko Fates Warning udało się nie spieprzyć tego numeru. Tu udało się to po raz kolejny, choć mi osobiście brakuje oryginalnego języka tego kawałka. Po fińsku już nie brzmi to tak jak powinno, przynajmniej moim zdaniem. Niby wszystko jest tak jak trzeba ale tego ducha jakby mniej. Oczywiście pod względem instrumentalnym jest to zrobione naprawdę dobrze. Brakuje jednak tej przysłowiowej kropki nad i. Na zakończenie tego wspaniałego hołdu, jakim jest niewątpliwie ten LP, wybrano znakomity kawałek. Potem wszystko może zaczynać się od początku.&lt;br /&gt;Sapattivuosi to ciekawe zjawisko na fińskiej scenie muzycznej. Fajnie, że ktoś porwał się na granie klasyków Black Sabbath i to w swoim ojczystym języku. Myślę, że nie chodzi tu o ogrzewanie się w blasku Mistrzów ani nie chodzi też o chęć stania się tym zespołem. To raczej bezpośrednia inspiracja, która za każdym razem zostaje zwieńczona płytą. A każda płyta to kolejny ukłon i hołd złożony temu zespołowi. Mam nadzieję, że mały-wielki wokalista życzliwie przygląda się poczynaniom tego projektu. Ja serdecznie polecam, myślę, że spodoba się ta płyta fanom Black Sabbath i nie tylko. Mocne 8,5/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-552007358279787658?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/552007358279787658/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/sapattivuosi-ihmisen-merkki-2009.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/552007358279787658'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/552007358279787658'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/sapattivuosi-ihmisen-merkki-2009.html' title='Sapattivuosi – Ihmisen Merkki (2009)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-Uiv3Ea-eOd8/TgDgVmsPJCI/AAAAAAAAAa8/bYh6AxNSrjg/s72-c/Cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-6616775689376116671</id><published>2011-06-10T13:20:00.000+02:00</published><updated>2011-06-10T13:20:43.318+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='AOR'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Ten - Stormwarning (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-1KT-hiRwxUk/TfH95O2ZjuI/AAAAAAAAAa4/RCyk768P1AI/s1600/TEN_-_Stormwarning_artwork.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-1KT-hiRwxUk/TfH95O2ZjuI/AAAAAAAAAa4/RCyk768P1AI/s320/TEN_-_Stormwarning_artwork.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Zacznijmy od początku. Tej płyty miało nie być. Zespół był bardzo bliski rozwiązania w roku 2007 i chyba tylko dzięki uporowi muzyków i samego Gary'ego Hughesa, grupa powróciła raz jeszcze, tym razem oferując wszystkim swoim fanom i wielbicielom gatunku swój dziewiąty album długogrający. Do składu dołączyli długoletni członkowie w osobach gitarzysty Johna Helliwella i klawiszowca Paula Hodsona. Hughes ponownie zajął się pisaniem utworów, a do współpracy zaproszono także gitarzystę Neila Frasera, basistę Marksa Sumnera i znakomitego bębniarza, znanego z Fates Warning oraz Warlord, Marka Zondera. Jakby tego było mało to okładkę przygotował nie kto inny jak sam Luis Royo (to nie pierwszy raz zresztą - przygotował on także prace zdobiące krążki "Babylon" i "Spellbound", a za gałkami w studio zespół posadził znanego producenta Dennisa Warda. Oczywiście chodzi o członka Pink Cream 69 oraz tego samego, który maczał paluchy w produkcji płyt Angry, Place Vendome, Sunstorm czy wreszcie Edenbridge. Wydawcą tego LP jest oczywiście Frontiers Records. Czy coś się zmieniło? Nic. To ciągle jest Ten, które znamy i lubimy. Można powiedzieć wręcz, że jest to po prostu kolejna płyta tego zespołu. Tak czy owak ja bardzo cieszę się, że znów mam okazję posłuchać jednego ze swoich ulubionych zespołów. I tak z perspektywy czasu (mam tu na myśli bieżący rok) uważam, że mamy do czynienia z jednym z najlepiej wyprodukowanych krążków anno domini 2011. Po raz kolejny dostajemy do rąk wydawnictwo, które da się lubić od początku do końca. Znów mamy fajne, łatwo wpadające w ucho melodie, przebojowe refreny i świetne gitarowe solówki. Bylem bardzo ciekawy formy Gary Hughesa. Zupełnie niepotrzebnie bo facet brzmi tak dobrze jak chyba nigdy dotąd. Może nie tak jak na mojej ukochanej "Return to Evermore" z roku 2004 ale naprawdę nie ma na co narzekać. Nie będę Was po raz kolejny zanudzać historią zespołu, bo zrobiłem to w recenzji poprzedniej, więc pozwólcie, że od razu przejdę do rzeczy. No wypiek Ten rozpoczyna &lt;strong&gt;Endless Symphony&lt;/strong&gt;. Utwór leniwie się rozwija ale już od momentu pojawienia się dość mrocznych klawiszy wiadomo, że to będzie bardzo dobra płyta. I czy tylko mi się wydaje, czy zespół pokusił się o zapędy w stronę grania bardziej progresywnego? Potem wchodzą gitary i wokal Hughesa i już wiadomo, że jest to Ten. Tylko czy mi się wydaje czy ten nowy album rzeczywiście będzie taki bardziej zamyślony, nieco depresyjny, by nie rzec - mroczny? Słuchając tego kawałka liczyłem, że w pewnym momencie wybuchnie bomba i nastrój diametralnie się zmieni. A tu nic. Trzeba przyznać, że ta ścieżka doskonale komponuje się z okładką Royo. I choć to jest ciągle Ten, to nie jest taka sama płyta jak poprzednie, co dobitnie udowadnia &lt;strong&gt;Centre Of My Universe&lt;/strong&gt;. Bardzo podoba mi się tu gra nowego perkusisty. Pasuje on do reszty grupy ale czy jest właściwym facetem na właściwym miejscu? No cóż, nie jestem tego taki pewien. I chyba już wiem skąd wzięły się te ciągoty w stronę grania progresywnego. W końcu to bębniarz Fates Warning.... Sam utwór może się podobać, choć oczywiście cały czas jest ciężko, duszno, mroczno, co nie przeszkadza zespołowi spokojnie budować jego przebojowości. Hughes jednak mnie nie zawiódł i przygotował utwór dokładnie taki jakiego od niego oczekiwałem. Bardzo podoba mi się ten leciutki, rozmarzony &lt;strong&gt;Kingdom Come&lt;/strong&gt;. No i nareszcie jest troszkę energii na koniec. Zaskoczył mnie natomiast w &lt;strong&gt;Book Of Secrets&lt;/strong&gt;, który doskonale pasowałby na moją ukochaną płytę tego zespołu. Zresztą Frontiers zapowiadał tę płytę jako między innymi będącą czymś na kształt powrotu do "Return to Evermore". No cóż, panowie z tej wytwórni czasem lubią mówić o swoich płytach z przesadną emfazą, pompować atmosferę i podniecać żądną sensacji publikę. Szkoda tylko, że często z tych zapowiedzi niewiele wynika w praktyce. No ale zostawmy to. Podoba mi się ten kawałek. Bardzo melodyjny z przebojowymi solówkami i fajnie grającą sekcją. I co najważniejsze, dający się bardzo łatwo zapamiętać. Tytułowy &lt;strong&gt;Stormwarning&lt;/strong&gt; ciągle pozostaje w atmosferze płyty z 2004 roku. Zniknęła gdzieś ta duszna atmosfera i mrok z początku płyty. Przestało się chmurzyć i wyjrzało słońce... Tak sobie jednak słucham tego wypieku i czegoś mi brakuje. Albo może... kogoś? I chyba nawet wiem kogo - znakomitego wioślarza w osobie Vinny'ego Burnsa. Nie zrozumcie mnie źle. Obydwaj obecni tu gitarzyści zrobili świetną robotę ale żaden z nich nie ma tego "czegoś" co ma Vinny. Tego leciutkiego uroku, jeśli wiecie co chcę powiedzieć. Może z nim w składzie ten album byłby jaśniejszy. Z kolei &lt;strong&gt;Invisible&lt;/strong&gt;, choć także radośniejszy to przypomina mi utwory z "In The Name of The Rose". No i ja bardzo lubię takie refreny jak w tym kawałku i właśnie tak grającego w tle bębniarza. No i to jest taki bardzo "rockowy" momentami numer. Szczególnie gdy Gary pozwala sobie na nieco luźniejszy sposób śpiewania i dopowiadanie tekstu. Oczywiście na okrasę mamy wspaniałą solówkę. Jednego nie mogę jednak Hughesowi wybaczyć na tym LP - jego teksty zwyczajnie do mnie nie docierają. Za jednym wyjątkiem, którym jest &lt;strong&gt;Love Song&lt;/strong&gt;. Może dlatego, że on zawsze potrafił i lubił pisać takie numery, co wielokrotnie udowadniał. Przybyło trochę chmur ale słońce świeci nadal. Nie śmiejcie się ale początek następnego w kolejce &lt;strong&gt;The Hourglass And The Landslide&lt;/strong&gt; bardzo przypomina mi pewien znany przebój Tiny Turner. To nie ma być zarzut i nie chcę się czepiać, bo ta ścieżka, choć taka może nawet nieco zbyt słodka to bardzo mi się podoba. A tak właściwie to czego i po kiego ja się czepiam? Jeszcze niedawno narzekałem, że jest zbyt ponuro i nic się nie dzieje. No więc mam czego chciałem. Fajny kawałek i tak sobie myślę, że jeden z najlepszych na tym wydawnictwie. Komu mało nawiązań do starszych płyt to ma tu coś na kształt utworów z "The Robe". W tej chwili nie pamiętam o jaki utwór chodzi ale to co dzieje się w &lt;strong&gt;Destiny&lt;/strong&gt; już gdzieś było. Tak czy owak bardzo mi się podoba. Nie bylo jeszcze ballady, wiec najwyższa pora by się ona pojawiła. &lt;strong&gt;The Wave&lt;/strong&gt; to taka miła, ciepła i bardzo przytulaśna balladka, która na pewno spodobałaby się niektórym, tym bardziej romantycznym, paniom. Tu mogą podobać się nienachalne orkiestracje i ładnie grające w tle gitary. Do tego ładna solówka, która udanie ozdabia cały utwór. Na koniec ponuro zatytułowany &lt;strong&gt;The Darkness&lt;/strong&gt;. Czy jednak jest aż tak mrocznie? Oj nie, bo to całkiem wesoły kawałek. No i mam tutaj bardzo przyjemne deja-vu, tym razem jeśli chodzi o gitary. Gdzieś już słyszałem podobnie zaaranżowane tło. Bezsensowne jest dociekanie kto i gdzie, bo ścieżka ma się po prostu podobać. Szkoda tylko, że mam nieodparte wrażenie, że zamknięcie tej płyty jest takie nieco na siłę. Chcę przez to powiedzieć, że to bodaj najsłabszy kawałek na "Stormwarning".&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Hmmmm, ostrzeżenie przed burzą? Raczej chyba nie, może tylko na moment się zachmurzyło i parę razy zagrzmiało. Jest to bardzo udany powrót Ten po 4 latach milczenia i to w sytuacji, gdy nikt już chyba nie dawał im na to szans. Dająca się słuchać, w wielu miejscach przyjemna płyta i jako taka zasłużyła sobie na notę 8,5/10. Kto lubi melodyjne granie, Gary'ego Hughesa i kumpli, kto lubi Ten, temu z pewnością nowa propozycja tych panów przypadnie do gustu. Mi sie podoba.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-6616775689376116671?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/6616775689376116671/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/ten-stormwarning-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6616775689376116671'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6616775689376116671'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/ten-stormwarning-2011.html' title='Ten - Stormwarning (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-1KT-hiRwxUk/TfH95O2ZjuI/AAAAAAAAAa4/RCyk768P1AI/s72-c/TEN_-_Stormwarning_artwork.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-6733856038334829909</id><published>2011-06-10T11:35:00.000+02:00</published><updated>2011-06-10T11:35:49.244+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Speed Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Thrash Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Megahera - Metal Maniac Attack (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-Itk3FcNfCC0/TfHlLh5HvHI/AAAAAAAAAaU/yBfyUPxLctE/s1600/Megahera+-+Metal+Maniac+Attack+2011.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="317" src="http://3.bp.blogspot.com/-Itk3FcNfCC0/TfHlLh5HvHI/AAAAAAAAAaU/yBfyUPxLctE/s320/Megahera+-+Metal+Maniac+Attack+2011.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie lubię muzyki metalowej z Włoch. Ba! Poza nielicznymi wyjątkami nawet nie cierpię. Jednak nawet w kraju makaroniarzy zdarzyć się może band, który pozwala mi łaskawszym okiem spojrzeć na to co się tam obecnie gra. Tym razem mój wybór i to dzięki okładce i buńczucznemu tytułowi, padł na debiutantów z Sardynii. No, może tak do końca zieloni to oni nie są bo popełnili po drodze EP'kę "Lethal Noise of Violence". Przyznam, że z wyżej wymienionego powodu nie znam tego wydawnictwa. Coś mnie jednak tknęło gdy patrzyłem na okładkę tej płyty. Białe Flying V... Zaraz, zaraz, gdzie to już było? Najpierw była Metallica, cwaniak Zazula i jego Megaforce, a potem było "Kill 'Em All". Myślicie, że sobie kpię? Ani mi to w głowie, bo ja nawet nie chcę myśleć co by się mogło stać gdyby ten zespół podsunąć Zazuli zamiast ekipy Ulricha i Hetfielda. Czy efekt byłby taki sam? A może byłby jeszcze bardziej zabójczy? Nie zrozumcie mnie źle. Tu wszystko pachnie starą Metalliką, speed metalem, kopalnym heavy metalem ze Stanów i tym zapomnianym już, szczerym duchem, który wtedy liczył się bardziej niż umiejętności. Powiem więcej. Ten LP, ten cholerny, debiutancki długograj zawiera coś, co powoduje, że hasło "Bang That Head That Doesn't Bang" znów nabiera aktualności i mocy. Heh, to nawet nie jest chamska zrzynka, to nie jest chęć stania się na chwilę "tym" zespołem. To jest chwycenie się za bary z absolutnymi początkami metalu, łącznie ze starym Black Sabbath, kanadyjskim Exciterem i Metalliką z roku 1983. I nie uśmiechajcie się tak kpiąco bo powinniście tego po prostu posłuchać. Gwarantuję, że nikt z Was zawiedziony nie będzie, a niektórym może nawet szczęki opadną ze zdziwienia, tak jak mi. Po wysłuchaniu tego CD stawiam tezę, że dziś to już jest płyta klasyczna. Po prostu oldschoolowa. Bez żadnego oglądania się na innych, bardziej utytułowanych i bez żadnego dla nich respektu. Kto wie, czy nie będzie to najbardziej gitarowa płyta w tym ro(c)ku? Obydwaj wioślarze robią tu doskonałą robotę. Masa niesamowitego, wysokooktanowego grzania, zajebistych solówek, pojedynków i pościgów oraz takiego trochę "maidenowego" grania unisono. Nadal mi nie wierzycie? No to posłuchajcie rozpoczynającego płytę numeru &lt;strong&gt;Metal Maniac Attack&lt;/strong&gt;. No i kto mi powie, że tu wszystko od początku nie pachnie pierwszą Metalliką? Rzecz jasna wokalista w osobie pana Mario Marrasa drugim Hetfieldem nie jest ale tu na kilometr wszystko ocieka takim "Whiplash" czy "Metal Militia" chociażby. Kapitalny utwór, a te solówki jakby wprost spod palców młodziutkiego Hammeta. No identyko. Do tego speed/thrashowa motoryka i mamy ścieżkę jak się patrzy. I już w tym miejscu zasadne staje się pytanie co mogłoby się stać, gdyby zespół Megahera debiutował w tamtych czasach i trafił do stajni Zazuli. No i najważniejsze - utwór długi, bo ponad sześciominutowy ale ani na moment nie nudzi. To jest ogromna zaleta tego wydawnictwa. W jeszcze dłuższym i równie buńczucznie zatytułowanym &lt;strong&gt;Welcome Back (Heavy Metal)&lt;/strong&gt; znów nie ma się do czego przyczepić. Tu już jest bardziej heavy metalowo ale te solówki nadal są przednie. No i te "metallikowe" brzmienie. Kto chce i uważnie posłucha może sobie wyłapać coś ze starego Black Sabbath w zastosowanych tu, notabene bardzo pomysłowych rozwiązaniach. Ja nie mogę wyjść z podziwu w jaki sposób przywrócono tu ducha "Kill 'Em All". Jak do cholery obudzono tu tę niesamowitą wściekłość i agresję. Jak, no jak? No i ciekawe co by powiedział papa Zazula. Komu mało Black Sabbath to niechże posłucha sobie nawiązania do pewnego słynnego jak mniemam utworu w &lt;strong&gt;Before The Night&lt;/strong&gt;. Fajny, thrashujący, zawadiacki i taki nieco "łobuzerski" kawałek. Zupełnie niezobowiązujący, choć nadal Metallica króluje. Osobiście przyznam, że te solówki bardzo mi się podobają. Swoją drogą ciekawe czy Hammet będzie miał okazję kiedyś posłuchać, jak naśladują go jego młodsi - i co tu dużo gadać - bardzo utalentowani koledzy po fachu. I taka jeszcze jedna uwaga gwoli siatkowego. Żaden z niego rasowy wokalista, krzykacz, pieniacz, heros czy jak sobie tam wolicie. Śpiewa może i amatorsko ale czy właśnie ten jego nieoszlifowany wokal nie jest kolejnym urokiem tego wydawnictwa? Ładnie, może nawet za ładnie i zaskakująco na to wydawnictwo brzmi wstęp do &lt;strong&gt;Nasty Savage&lt;/strong&gt; ale to kolejny sygnał, że panowie nie zamykają się w speed/thrashowym getcie i czerpią pełnymi garściami z innych wzorców. Tu mamy conieco z amerykańskiego heavy metalu, a może nawet conieco z NWOBHM (ja się nie znam, nie bijcie), choć ciągle w metallikowej manierze. No i ręka do góry, kto nie zaśpiewa z nimi tego refrenu. Dano zaszaleć basiście i mamy też ładne, rockowe zwolnienie, które osobiście kojarzy mi się chociażby z The Police i ich "Message in a bottle", czy może nawet "Walking on the moon". Posłuchajcie z jakim wyczuciem gra perkusista. Odrobina Metalliki w solówce, a potem przepiękne, przezajebiste i chyba najlepsze solo jakie w tym ro(c)ku słyszałem. Zwalające z nóg. Zadziwia mnie tu multum użytych środków i to, że mimo znacznej ich ilości nie zanudzili słuchacza na śmierć. Przeciwnie, w takim &lt;strong&gt;Nostalgia&lt;/strong&gt; udowadniają, że nie tylko thrash, speed czy heavy im w głowie ale potrafią tez porwać się na coś zupełnie innego. I może nie jest to żadne tam rasowe heavy ale czy w tej agresywnej oprawie nie może to robić wrażenia? Może i robi wrażenie. I to jakie! Ciekawe czy tylko ja słyszę tu odrobinę Megadeth? Sabbathowo zatytułowany &lt;strong&gt;The Electric Wizard&lt;/strong&gt;, przesterowany bas i skojarzenie może być tylko jedno - słynne "(Anesthesia) Pulling Teeth". Ciekawe czy jest to tylko trybut czy może też próba udowodnienia, że nie tylko Cliff tak potrafił? Chociaż nie, kto by się tam porywał na detronizowanie Mistrza Burtona. Ja odczytuję to raczej jako właśnie pełen szacunku ukłon i hołd oraz próbę nawiązania muzycznego dialogu z dawnym basistą Metalliki. Dla lepszego efektu proponuję najpierw odpalić słynną "Wizytę u dentysty", a później ten numer. Podobieństwo nie ulega żadnej wątpliwości, a obydwa utwory pięknie ze sobą rozmawiają. Myślę, że Cliff Burton z uśmiechem słucha sobie tego gdzieś tam na wysokości i już z basem w ręku układa kontrę. &lt;strong&gt;Apocalyptic Ride&lt;/strong&gt; to już nie tylko Metallica ale także i Exciter. Po raz kolejny zastanawiam się co stałoby się z tym materiałem, gdyby wpadł w łapska Johna Zazuli. Mam nadzieję, że tak czy owak zapozna się on z tym dziełem i dopadną go wspomnienia. Nie mam słów by opisać takie &lt;strong&gt;Thrashing Mad&lt;/strong&gt;. No "Whiplash" przy tym to fraszka. Demolujący obiekty numer i tyle. Słuchając go mam w głowie tylko jedno słowo: AGRESJA. Ciekawym utworem, choć zbytnio nie pasującym do całości jest &lt;strong&gt;Along The Rainbow&lt;/strong&gt;. Fajne heavy ale nic więcej. Nie sądzę by takie próby majestatycznego grania pasowały na taki krążek. Nie chcę się znęcać więc zwalam to na karb niedoświadczenia, może też wymogła to wytwórnia, może trzeba było zapełnić czas płyty? No nieważne, jest i niech sobie będzie. Na koniec tej niezwykłej płyty zespół serwuje &lt;strong&gt;Megahera&lt;/strong&gt;. Czyli coś flagowego. I tu już jest o niebo lepiej. Łagodny, bardzo interesujący i jakże rockowy wstęp i schemat niemal jak w balladach Metalliki bo potem następuje niekontrolowany wybuch agresji, morderczej siły i furii zniszczenia. Mnie zmiotło.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Świetny album. Pełen młodzieńczej pasji, energii, buntu i radości grania. Dawno nie było czegoś tak świeżego i porywającego. Duże brawa dla wioślarzy i gnającej na złamanie karku sekcji. Wyrazy uznania za rasowy, choć ascetyczny image muzyków. Ten LP mógłby spokojnie powstać sobie we wczesnych latach osiemdziesiątych. Wtedy też Historia Metalu z pewnością wyglądałaby inaczej. Patrzcie ich, cholera jasna. Oni są z Włoch! A najfajniejsze jest to, że tego wcale, a wcale nie słychać. Panie i Panowie! Oto przed Wami nowa, lepsza Metallica! Ode mnie 9/10. Polecam!&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-6733856038334829909?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/6733856038334829909/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/megahera-metal-maniac-attack-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6733856038334829909'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/6733856038334829909'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/megahera-metal-maniac-attack-2011.html' title='Megahera - Metal Maniac Attack (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-Itk3FcNfCC0/TfHlLh5HvHI/AAAAAAAAAaU/yBfyUPxLctE/s72-c/Megahera+-+Metal+Maniac+Attack+2011.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-898166702587647861</id><published>2011-06-05T18:57:00.000+02:00</published><updated>2011-06-05T18:57:03.677+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Brian Robertson - Diamonds And Dirt (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-exmQlDCf8Dg/Teu1T4eP4eI/AAAAAAAAAaQ/5yZJJpNrNfQ/s1600/Brian+Robertson+-+Diamonds+And+Dirt+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-exmQlDCf8Dg/Teu1T4eP4eI/AAAAAAAAAaQ/5yZJJpNrNfQ/s320/Brian+Robertson+-+Diamonds+And+Dirt+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tego to się chyba nikt nie spodziewał. Mało kto chyba wyobrażał sobie powrót Briana Robertsona, niegdysiejszego gitarzysty Thin Lizzy, Wild Horses i wreszcie Motorhead, na rockową scenę. Tym bardziej, że oprócz etykietki znakomitego wioślarza przylgnęło do niego miano hulaki, kobieciarza, narkomana i pijaka. Między innymi z tych powodów wyleciał on z hukiem z ekipy Lemmy'ego Kilmistera, gdzie jak wiadomo nikt za kołnierz nie wylewał. Pomijając już maniakalny upór w ciągłym graniu słynnego "Another Perfect Day", musiał zatem nieźle nawywijać, skoro szef Motorów zdecydował o usunięciu go z zespołu. Robertson, który swoje największe sukcesy święcił właśnie z Thin Lizzy i Motorhead, zniknął ze sceny muzycznej w roku 1983. Grywał jeszcze potem to tu to tam ale nigdy już nie zdołał się wybić, a jego solowy Wild Horses nie wywołał niczyjego zainteresowania. Na długie lata słuch o tym wioślarzu zaginął. Strzępki plotek gminnych głosiły, że widziano go tu i ówdzie zalanego w trupa, tak więc nikt raczej nie miał wątpliwości, że nigdy już nie zdoła się podnieść i wrócić. Pewnym zaskoczeniem mógł być jego udział w zreformowanym projekcie Lizzy ale to nie zmieniało faktu, że Brian będzie tylko wspomnieniem samego siebie i dawnych lat świetności. Wielu tak myślało, w tym także i ja. Tymczasem, po trzydziestu sześciu latach (chyba dobrze policzyłem - jeśli nie to poprawcie mnie) od czasu pierwszego pojawienia się w składzie Thin Lizzy, Brian Robertson nagrał swój pierwszy solowy album, zatytułowany "Diamonds And Dirt". No cóż, nie ukrywam, że jest to dla mnie wielkie zaskoczenie, a sam album bardzo mi się podoba. Recenzowany dziś przeze mnie krążek to znakomita dawka klasycznego hard rocka. Powstał we współpracy i wydajnej pomocy kolegów, którzy dołożyli starań by wszystko zabrzmiało jak należy. A więc udział wzięli: znany z występów w Europe, bębniarz Ian Haugland, basista &amp;nbsp;Nalle Pahlsson (kolejna niespodzianka, bo ten bassman udziela się w kombinującym na wszystkie strony Therionie oraz w hard rockowym Treat) oraz wokalista Michael Schenker Group, pan Leif Sundin. Trzeba przyznać, że skład jest przemocarny. Stwierdziłem zatem, że nie ma na co czekać tylko trzeba się z tym dziełem jak najprędzej zapoznać. Jak już wspomniałem wyżej, ten LP zawiera naprawdę znakomitą dawkę hard rocka, okraszonego sporą dawką bluesowego feelingu. Ja wiem jak to zabrzmi ale postawiłbym ten CD obok dawnych dokonań Bad Company, Whitesnake, Erica Claptona, Deep Purple, The Cream, Rainbow, Bad English, tego bardziej melodyjnego Thin Lizzy i tej całej masy rockowych zespołów z lat '80 ubiegłego wieku. Ja nie wiem ile razy słuchałem tej płyty ale od jakiegoś czasu nie umiem się od niej oderwać. Po pierwszym odsłuchu nie pozostawiła po sobie zbyt dobrego wrażenia, po drugim tez nie. Potem chwyciło i śmiem mniemać, że dzieło Robertsona i kolegów może być sporym zagrożeniem dla tegorocznego Voodoo Circle. Wspaniała, może nawet sentymentalna podróż do lat ubiegłych. Jedno mi się podoba - ani na moment nie jest łzawo i słitaśnie. Jest po prostu świetnie grający zespół, który przygotował bardzo dobrą płytę. Trochę szkoda, że wioślarz firmuje ją własnym nazwiskiem, wolałbym jakąś fajną nazwę i zespół, a nie pierwszą solową płytę zapomnianego wioślarza. Ot choćby takie Brian Robertson Band... Myślę jednak, że spece od marketingu wiedzą lepiej jak to ma się nazywać by się dobrze sprzedało, więc nie będę już marudzić. Zamiast tego warto skupić się na zawartości płyty. A ta jest &amp;nbsp;conajmniej dobra. Rozpoczyna się ona tytułowym &lt;strong&gt;Diamonds And Dirt&lt;/strong&gt;. I już od razu wiadomo z czym będziemy mieć do czynienia. Melodie z lat osiemdziesiątych, których po prostu się nie zapomina. Wspaniała retrospekcja przeszłości, bardzo dobry, energetyczny, nośny i gitarowy kawałek. No i ten jakże ładny refren z żeńskim chórkiem w tle. Takich utworów kiedyś było pełno, a dziś za sprawą między innymi takich krążków mamy okazję znów się nimi cieszyć. No i ta wspaniała solówka, która w dobitny sposób udowadnia, że nasz bohater nie zapomniał jak się gra na gitarze. No i co najfajniejsze - nikt tu się nie pcha przed szereg. Każdy robi swoje. Kto chce, może znaleźć tu conieco z AOR-u. &lt;strong&gt;Passion&lt;/strong&gt; to kolejna autorska kompozycja Robertsona. Mniej rocka, więcej bluesa. Co nie oznacza wcale, że jest gorzej. Wręcz przeciwnie, ten refren naprawdę może się podobać. &lt;strong&gt;It's Only Money&lt;/strong&gt; to jak się wszyscy zapewne domyślili cover Thin Lizzy. Znajdujący się na LP "Nightlife", wydanym w roku 1974 utwór wypadł conajmniej dobrze i moim zdaniem nie ma się do czego przyczepić. A tak serio - czy ktoś się spodziewał, że Brian nie zechce sięgnąć po to co było? Na tego typu płytach zwykle tak bywa, kwestia tylko w tym jak to wypada w ponownym wykonaniu. Tu nie ma się czego wstydzić. Odświeżonej wersji słucha się naprawdę dobrze. &lt;strong&gt;Mail Box&lt;/strong&gt; to też cover, tym razem być może znanego niektórym słuchaczom pana Frankie'go Millera. Kowerów owego jegomościa są jeszcze dwa, a więc odpowiednio dodamy jeszcze &lt;strong&gt;Do It Till We Drop&lt;/strong&gt; oraz &lt;strong&gt;Ain't Got No Money&lt;/strong&gt;. Wszystkie zostały przygotowane z pieczołowitą starannością. Ponieważ nie znam dokonań Millera, zadałem sobie trud i sprawdziłem to. Zespół naprawdę się postarał i wymienione nowe wersje tychże wstydu im nie przynoszą. &lt;strong&gt;Running Back&lt;/strong&gt;, który znajduje się tu w dwóch wersjach to oczywiście znów nowe wykonanie utworu Thin Lizzy. Oryginalna wersja znajduje się na LP "Jailbreak" wydanym w roku 1976. Obydwie wersje posiadają niezbędną dawkę blues-rocka, a słucha się tego doskonale. No może, z powodu moich osobistych upodobań, ta wolniejsza wersja bardziej mi się podoba. Kolejną autorskim utworem Briana jest &lt;strong&gt;Texas Wind&lt;/strong&gt;. Powiem jedno - świetna rzecz, kapitalny numer, którego nie powstydziłby się sam Wielki Chris Rea. Tu nawet jest conieco z jego stylu, posłuchajcie tych żeńskich chórków. Czy na płytach tego zachrypniętego wokalisty i gitarzysty nie brzmią one bardzo podobnie? No i kapitalne zwolnienie, które Chris tak bardzo lubi stosować w swoich utworach. Po raz kolejny kto chce znajdzie tu conieco z AOR-u. No i ta ognista solówka. Bardzo lubię takie nieco bardziej zamyślone kawałki jak &lt;strong&gt;Devil In My Soul&lt;/strong&gt;. Fajny, elektryczny blues z akustycznymi wtrąceniami "slide" jakby spod palców Claptona. Prawdziwe, bluesowe mięcho dostajemy w &lt;strong&gt;Blues Boy&lt;/strong&gt;. To jest nigdy nie publikowany kawałek, w którego utworzeniu maczał swoje utalentowane paluchy sam Phil Lynott. Obaj panowie napisali go do spółki, zapewne miał trafić na któryś z krążków Thin Lizzy. Światło dzienne ujrzał dopiero teraz. Jak na taki skład przystało, zabrzmiał on bardzo rasowo i jest bardzo mocnym punktem tego wydawnictwa. &lt;strong&gt;That's All&lt;/strong&gt; to więcej Hard Rocka. Napisany przez Robertsona numer wspaniale pasuje do tego wydawnictwa. Pachnący na kilometr takim Bad Company (ale tego już bez Rodgersa) doskonale uzupełnia ten album. Zastanawiam się jakby wypadł taki 1&lt;strong&gt;0 Miles To Go On A 9 Mile&lt;/strong&gt; (w oryginale wykonywany przez Jima White'a) w wykonaniu Dire Straits. Mark Knopfler bardzo często śpiewał podobne utwory. Brian z kumplami gorsi być nie chcieli i spokojnie udowadniają, że i w takich nieco jajcarskich i zawadiackich propozycjach czują się równie dobrze. O wolniejszej wersji &lt;strong&gt;Running Back&lt;/strong&gt; już wspominałem ale niechże będzie o niej jeszcze raz. Typowy, amerykański blues ale ja to bardzo lubię i często sięgam po podobnie brzmiące tracki. Sam Robertson wypowiadając się o nowych wersjach utworów Thin Lizzy, stwierdził, że "Phil z pewnością byłby dumny z tego co z nimi zrobiliśmy". No cóż, ja nie wiem, mi się one tak czy owak po prostu podobają. No i znów ten akustyk jak spod palców "Wolnej ręki". Zamykający album kower Millera,&amp;nbsp; &lt;strong&gt;Ain't Got No Money&lt;/strong&gt;, wspaniale spina całość. Luzacki blues-rock, w sam raz na pożegnanie.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;No cóż, ja jestem pod bardzo dużym wrażeniem. Jedynym mankamentem tego wydawnictwa może być zbyt mała ilość kompozycji własnych ale jeśli jako traktować "Diamonds And Dirt" jako przypomnienie o sobie, to można być zadowolonym. Naprawdę jest czego słuchać. Doskonała propozycja dla wszystkich koneserów starego, dobrego hard rocka. Po raz kolejny dinozaur, który cudem jakimś jeszcze nie wymarł, zapędza młodzież do kąta. Bardzo dobre brzmienie, bardzo dobra produkcja, bardzo dobry i rozumiejący się zespół. Efekt: bardzo dobra płyta. Bardzo gorąco polecam. Ocena maksymalna.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-898166702587647861?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/898166702587647861/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/brian-robertson-diamonds-and-dirt-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/898166702587647861'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/898166702587647861'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/06/brian-robertson-diamonds-and-dirt-2011.html' title='Brian Robertson - Diamonds And Dirt (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-exmQlDCf8Dg/Teu1T4eP4eI/AAAAAAAAAaQ/5yZJJpNrNfQ/s72-c/Brian+Robertson+-+Diamonds+And+Dirt+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-7861836017440130991</id><published>2011-05-30T16:26:00.000+02:00</published><updated>2011-05-30T16:26:51.854+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Southern Rock'/><title type='text'>Black Stone Cherry - Between The Devil And The Deep Blue Sea (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-DCrgOHa10jU/TeOo9_qCGUI/AAAAAAAAAaM/MK-_PnyD0DU/s1600/Black+Stone+Cherry+-+Between+The+Devil+And+The+Deep+Blue+Sea+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-DCrgOHa10jU/TeOo9_qCGUI/AAAAAAAAAaM/MK-_PnyD0DU/s320/Black+Stone+Cherry+-+Between+The+Devil+And+The+Deep+Blue+Sea+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mówiło się, że ta płyta będzie dla tych panów z Kentucky bardzo trudna. Po wydaniu dwóch dobrze przyjętych krążków w 2006 i 2008 roku w łonie zespołu zaczął narastać konflikt, a muzycy czuli do siebie narastającą niechęć. Zapewne też dlatego na nowy album trzeba było poczekać długie 3 lata. Ten LP jak mówią sami muzycy, ma być kulminacją przyjaźni, wspomnieniem jej najlepszych i najcięższych momentów, które miały jeden i ten sam efekt - uczynić muzyków zespołu silniejszymi i bardziej zdeterminowanymi w osiąganiu wyznaczonych celów. Cel piękny i szczytny, dlatego też panowie porzucili rodzinną miejscowość i na nagrywanie płyty wybrali Miasto Aniołów, w którym za konsoletą szczerzył zęby znany mam nadzieję znany wszystkim producent, pan Howard Benson (maczał łapska m.in. w produkcji wypieków Motörhead). Co ciekawe, muzycy mówią, że sesja nagraniowa z tak uznanym specem za gałkami, miała na nich samych terapeutyczny wpływ. Po skończonym dniu pracy nikt ani myślał jechać do domu. Siadali wszyscy razem (ponoć jak fama głosi razem z producentem) przy piwie i roztrząsali pomysły na swoją nową płytę. I faktycznie, słychać to wszystko na tym LP. Jest złość, ponure myśli, radość miesza się ze zrezygnowaniem, zwątpienie zmaga się z nadzieją na lepsze jutro. Osobiście wkładając krążek do odtwarzacza nie liczyłem na to, że ta płyta mnie porwie. Bo chyba nie stać ich na nagranie czegoś co przebije ich debiut. Z szacunku jednak warto z tym wydawnictwem się zapoznać. Wybrany już wcześniej na singla morderczy &lt;strong&gt;White Trash Millionaire&lt;/strong&gt; robi doskonałe wrażenie. Wita nas znakomity i mocarny riff. Tego aż chce się słuchać. Przyznam, że przez chwilę miałem uczucie, że oto wrócił rok 2006 i że ci panowie wrócili do dawnej formy. Znakomity numer, którego nie powstydziłby się żaden southern rockowy band. Na pewno będzie żelaznym &amp;nbsp;punktem każdego koncertu. Dobre wrażenie podtrzymuje &lt;strong&gt;Killing Floor&lt;/strong&gt;, dopóki nie pojawia się zbyt łagodny jak na mój gust, refren. Szkoda, że brzmi on jak dokonania tej całej chmary mało znaczących, rockowych zespołów z USA. Żal jest tym większy, że tu mógłby z zakłopotaniem podrapać w głowę sam Zakk Wylde. Jest tez conieco z Soundgarden i może jeszcze coś ze żwawszych utworów Monster Magnet. Dużo lepiej brzmi to wszystko w &lt;strong&gt;In My Blood&lt;/strong&gt;. Kto lubi te mniej bluesowe kawałki Lynyrd Skynyrd temu spodoba się i ten numer. Nie bijcie ale znajdzie się tez coś z dalekich ech Pride &amp;amp; Glory. Sama zwrotka może jeszcze nieszczególna ale ten refren jest bardzo fajny. Czasami mam wrażenie, że pomagał przy pisaniu tego kawałka szef Fireball Ministry. Pewne nuty jakby spod jego palców, zwłaszcza te sola. Bardzo udany, lekko stonerowy numer ale na pewno jeden z lepszych na płycie. Natomiast ta próba nieco cięższego grania w &lt;strong&gt;Such a Shame&lt;/strong&gt; już mnie nie przekonuje. Niby nie ma się do czego przyczepić ale ani to zbyt zapamiętywalne ani fajne. Takie bardziej metalowe Kyuss. Niestety piach z metalem w parze za bardzo nie chce być. Takie numery zarezerwowane są dla kapel w stylu Shinedown. O tak, takie "What a shame" wypadło o niebo lepiej niż tu. Zadumana ballada &lt;strong&gt;Won't Let Go&lt;/strong&gt; z tym swoim niemal pop-rockowym refrenem także do mnie nie dociera. Niby fajne, niby melodyjne. Tylko tego pazura brak i nie pomagają tu nawet lekko dociążone gitary. Nie chce być zbyt okrutny ale takie kawałki robią dla swoich piszczących i podskakujących fanek zespoły, które po sezonie ogórkowym znikają ze sceny. Coś więcej mamy w dziwacznie zatytułowanym &lt;strong&gt;Blame It On The Boom Boom&lt;/strong&gt;. Więcej rocka, więcej pazura i... chóralny refren. Bardzo żałuję, że nie zrobiono tu nic na modłę tłuściochów z Texas Hippie Coalition. Wtedy dopiero mogłoby być mocarnie i to bez pozbawiania kawałka mocy. Po raz kolejny szlag mnie trafia w przesłodzonym &lt;strong&gt;Like I Roll&lt;/strong&gt;. Taki tam leciutki roczek dla panienek ze szkółki niedzielnej. Tu i ówdzie można mieć naturalne skojarzenia z Lynyrd Skynyrd ale to wszystko na co można sobie pozwolić w tym kawałku. Te solówki w tle z kolei mogą kojarzyć się z... Aerosmith. Tak sobie przypominam, że na którejś z poprzednich płyt również można było conieco wyłapać z ekipy Stevena Tylera. Natomiast wszystko wraca do swojej naturalnej, southern rockowej czy może nawet metalowej formy w &lt;strong&gt;Can't You See&lt;/strong&gt;. Bardzo dobry numer z kapitalnym, łatwo wpadającym i dającym się zaśpiewać refrenem. To będzie kolejny koncertowy killer. Okraszony wspaniałą, stricte hard rockową solówką, której nie powstydziliby się najwięksi, rockowi wymiatacze. Znów conieco w wywijającego Zakka w Pride &amp;amp; Glory. Bardzo mi się podoba. Z kolei w takim &lt;strong&gt;Shake&lt;/strong&gt; aż się prosi o Cornell'a z formie. Tu pasowałby idealnie i gdyby poprawić conieco to byłby prawdziwy killer. A są na to zadatki - posłuchajcie tej ognistej solówki i ognistych riffów. Szkoda, że wszystko znów gdzieś ulatuje w krótko zatytułowanym &lt;strong&gt;Stay&lt;/strong&gt;. To jest kawałek dla Chadda Kroegera i Nickelback. Jednak to co przystoi jemu nie przystoi Black Stone Cherry. Typowy amerykański rock i nic więcej. Nawet ta solówka. Mocarne grzanie wraca w &lt;strong&gt;Change&lt;/strong&gt;. Napiszę krótko - odpalajta swe motóry i w trasę! Bardzo dobry numer do radosnego pędzenia i wyprzedzania wszystkiego co się da. Nowy album tej amerykańskiej ekipy zamyka ostatni na płycie, bluesowy, a może nawet już w stylu country bluesa &lt;strong&gt;All I'm Dreamin' Of.&lt;/strong&gt; W całości akustyczny, słoneczny, pogodny i pozytywny kawałek.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jako całość te wydawnictwo absolutnie mnie nie porywa. Nie demoluje swoją młodzieńczą witalnością jak pierwszy album, nie buja jak dwójka. Niektóre numery przypominają o dawnej świetności, jednak jak na taki zespół to raczej o wiele za mało. Więc co? Chyba tylko tyle. Zespół nagrał nowy krążek, przypomniał o sobie, skomponował kilka dobrych kawałków. Nadal żyją i mają się dobrze. Udana próba przypomnienia o sobie po trzech latach milczenia. Jednak z wyżej wymienionych przyczyn ocena nie będzie zbyt wygórowana. Myślę, że nota w granicach 7,5/10 w zupełności wystarczy. Umiarkowanie polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-7861836017440130991?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/7861836017440130991/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/black-stone-cherry-between-devil-and.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/7861836017440130991'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/7861836017440130991'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/black-stone-cherry-between-devil-and.html' title='Black Stone Cherry - Between The Devil And The Deep Blue Sea (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-DCrgOHa10jU/TeOo9_qCGUI/AAAAAAAAAaM/MK-_PnyD0DU/s72-c/Black+Stone+Cherry+-+Between+The+Devil+And+The+Deep+Blue+Sea+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-2616649020803214005</id><published>2011-05-25T14:56:00.000+02:00</published><updated>2011-05-25T14:56:12.148+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Southern Rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Duff McKagan's Loaded - The Taking (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-q57phhq-YdM/Tdz8X1xMHQI/AAAAAAAAAaI/4SQwShsRzOs/s1600/Duff+McKagan%2527s+Loaded+-+The+Taking+%255B2011%255D.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-q57phhq-YdM/Tdz8X1xMHQI/AAAAAAAAAaI/4SQwShsRzOs/s320/Duff+McKagan%2527s+Loaded+-+The+Taking+%255B2011%255D.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tak właściwie to nie wiem dlaczego nigdy nie zabrałem się za recenzowanie płyt solowego zespołu dawnego basisty Guns 'N' Roses. A przyznam, że z ogromną ciekawością przyglądałem się wyczynom byłych członków tej zasłużonej dla muzycznego świata ekipy Pistoletów i Róż. Najpierw do przodu wyrywał się Slash ze swoimi Slash's Snakepit i Velvet Revolver. I długo tylko prowadził w tym peletonie. Potem także i Duff przyłączył się do stawki (obydwaj panowie grali razem w Velvet Revolver), a na końcu pojawił się Axl z odświeżonym wizerunkiem starego zespołu. I choć Gunsi po "Chinese Democracy" są właściwie gdzieś z boku rockowego światka to ani Slash, który w roku ubiegłym wydał recenzowaną przeze mnie, lapidarnie zatytułowaną płytę "Slash" ani McKagan nie mają zamiaru odpuszczać. Ten pierwszy pozapraszał przeróżnych gości, a szef reaktywowanego Loaded z kumplami na swoim nowym wypieku, zaproponowali całkiem niezłą i bardzo głośną dawkę dobrego hard rockowego młócenia, która brzmieniowo znajduje się obok takich zespołów jak Alice In Chains chociażby, czy tych wszystkich amerykańskich grup parających się amerykańskim, południowym rockiem. Mój bardzo dobry kolega, usłyszawszy ten materiał, śmiertelnie się na ekipę ez-basisty a Guns’n’Roses obraził. Bo nie ma tu ani przez moment (no prawie) niczego, co choćby na moment przypominało dokonania tego zespołu. No i bardzo dobrze. Przynajmniej moim zdaniem. Zawartość "The Taking" to zabarwiony w wielu miejscach punkiem (w końcu Duff to stary pancur, gdyby ktoś nie wiedział) mocny, bezpretensjonalny i głośny hard rock. Dodajmy do tego niezłe solówki i ciężkie riffy. Słuchając nowej propozycji Loaded zwróciłem uwagę na wokal Duffa. Czemu? Facet ma 47 lat, hektolitry wypitego alkoholu i tony wypalonych papierosów na koncie, a mimo tego jego wokal brzmi bardzo młodo, niemal jak nieopierzonego młokosa. No zadziwiające jak on sobie z tym radzi. A może chodzi o to, że on właściwie to już nic nie musi? Czasem pogra z Jane's Addiction, czasem podłubie coś tam ze Slashem, a w wolnych chwilach gra z własnym zespołem. Do tego, by było śmieszniej, McKagan ma staranne, ekonomiczne wykształcenie i jest szanowanym biznesmenem. Do tego przykładny mąż i ojciec dwóch córek. A mimo to od czasu do czasu wylezie z niego buntowniczy duch nastolatka i wtedy nasz bohater chwyta za bas, skrzykuje kumpli i nagrywa z nimi płytę. Co więc mamy na nowym LP Loaded? Ano, jak już wspomniałem wyżej, jest to przede wszystkim mocne, nieraz bardzo mocne, zabarwione południowymi dźwiękami, hard rockowe młócenie podlane punkowym sosem. To nawet nie jest coś wyjątkowego i nikt nie stara się tu tego udowadniać. To wydawnictwo niczym szczególnym się nie wyróżnia, to jest po prostu zbiór kompozycji. Co prawda nagranych z udziałem (i przede wszystkim z powodu) dawnego członka Guns 'N' Roses ale mimo to wciąż dobrych i w wielu momentach przyciągających ucho. Poprawiono też samo brzmienie. W porównaniu do poprzedniego krążka, zatytułowanego "Sick", całość nie jest już tak bardzo surowa i męcząca, a co najważniejsze - bardziej melodyjna. Rozpoczynający album &lt;strong&gt;Lords of Abaddon&lt;/strong&gt; to dobitnie udowadnia i to od samego początku. To nie jest już prosta kompozycja, jak na poprzednim LP. Gitarowo przypominające nieco Velvet Revolver co prawda ale te młócenie i następujący po nim melodyjny refren mogą się podobać. Jak ja lubię takie riffy jak w &lt;strong&gt;Executioner's Song&lt;/strong&gt;. No aż się chce zrobić głośniej. Bezlitosne, mocarne i wolne miażdżenie. Troszeczkę może przypominać tu i ówdzie Monster Magnet, znajdzie się coś z pustynnego grania Kyuss i conieco z południowego, amerykańskiego rocka w stylu Alice in Chains. Na pewno jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Wspominałem coś tam o ciągotach w stronę grania a'la Guns 'N' Roses. Mamy tu takie coś w &lt;strong&gt;Dead Skin&lt;/strong&gt;. No cóż, w zasadzie nie ma się czemu dziwić. Utwory przypominające dawne dokonania zdarzają się i to żadne novum. Zastanawiam się co by mogło się stać, gdyby tu zaśpiewał Axl... Zupełnie nie wiem co mam napisać o takim &lt;strong&gt;We Win&lt;/strong&gt;. To znów jest taki riff jak lubię. Czy jednak to jest taka kompozycja, jaka powinna się znaleźć na płycie McKagana? Nie mi to osądzać. Gdzieś wyczytałem, że jest to najgorszy kawałek na płycie. No cóż, mi się ta (nie bijcie) psychodelia w stylu Irlandczyków z U2 najzwyczajniej w świecie odpowiada. Gdzieś ktoś się tam oburzał, że właśnie ten utwór wybrano na singla. Marudzenie. Mi się podoba i już. Nieco spokojniejszym kawałkiem jest taki &lt;strong&gt;Easier Lying&lt;/strong&gt;. Bardzo podobają mi się te nieco stonerowo grające gitarki. Szkoda, że nie zaproszono tutaj Jamesa De La Roty II z Fireball Ministry. No pasowałby tu idealnie z tym swoim ozzopodobnym wokalem. Z kolei typowo amerykańskim i bardzo w stylu Soul Asylum z płyty "Grave Dancers Union" jest &lt;strong&gt;She's An Anchor&lt;/strong&gt;. No nie mogę się pozbyć tego skojarzenia, nawet Duff śpiewa podobnie do Dave'a Pirnera. Niestety nie umiem przekonać się do takiego &lt;strong&gt;Indian Summer&lt;/strong&gt;. To już jest zbyt niebezpieczny rejon zarezerwowany dla panów z The Offspring czy może nawet Green Day. No bo czy oni właśnie tak nie grają? Ja rozumiem McKagana, że chciał może mieć na swoim nowym LP pop-punkową propozycję ale ja nijak nie potrafię się do tego przekonać. Jedno go broni: ta kompozycja jest bardziej autentyczna niż całe stada utworów wymienionych ekip razem wziętych. &lt;strong&gt;Wrecking Ball&lt;/strong&gt; z powodu swojego początku bardzo skojarzył mi się z pewnym hitem Limp Bizkit. No tego się po tym basiście nie spodziewałem. Nie dość, że wypadło to bardzo fajnie to takie propozycje są lepsze niż poprzednia. Szkoda, że nie ma tu Freda Dursta, ciekawe co on by z tego wycisnął. Z nim w składzie to mógłby być wielki przebój. Dość jednak wolnego smęcenia. W &lt;strong&gt;King Of The World&lt;/strong&gt; wracamy do ciężkiego, zabarwionego punkiem rocka. Nawet może być, choć mnie osobiście niezbyt przekonuje. Podoba mi się solo i krótko grający Duff. Zawsze bardzo lubiłem takie riffy i takie kawałki jak &lt;strong&gt;Cocaine&lt;/strong&gt;. Trzeba przyznać, że udał się panom te numer. Może to nieco na wyrost ale chyba nie trzeba się wstydzić nazywania tego kawałka hitem. Mocny, zabarwiony bluesem numer. Mój ulubiony na tym LP. Przy okazji znów wokalnie nieco w stylu pana z Soul Asylum. Jakże odmiennie brzmi bardzo mroczny &lt;strong&gt;Your Name&lt;/strong&gt;. Podlany punkowym sosem stoner, a może nawet już nawet doom metal. Hmmm, ciekawe co powiedziałby na takie dictum pan Lee Dorrian, szef Cathedral. "The Taking" zamyka &lt;strong&gt;Follow Me To Hell&lt;/strong&gt;. Takie bardziej mocne granie przypominające wyczyny młokosów z Sum 41.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&amp;nbsp;Tak, nawet jeśli na zawsze do Duffa i Slasha przyklejona będzie łatka ex-członków Guns 'N' Roses to potrafią się oni od tego odciąć i po prostu robić swoje. Udowodnił to rok temu Slash, a teraz robi to ze swoją ekipą także McKagan. Tym razem zabiera nas w podszytą mrokiem, bardzo urozmaiconego grania. Z łatwością przechodzącego od klimatów stricte punkowych do stonerowego bujania, a nawet doomowego walcowania. To już nie jest te samo Loaded z poprzedniego LP. Jak widać, Duff McKagan jest jak wino - im starszy, tym lepszy. Mi to odpowiada. Z czystym sumieniem stawiam 8/10. Polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-2616649020803214005?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/2616649020803214005/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/duff-mckagans-loaded-taking-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2616649020803214005'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2616649020803214005'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/duff-mckagans-loaded-taking-2011.html' title='Duff McKagan&apos;s Loaded - The Taking (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-q57phhq-YdM/Tdz8X1xMHQI/AAAAAAAAAaI/4SQwShsRzOs/s72-c/Duff+McKagan%2527s+Loaded+-+The+Taking+%255B2011%255D.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-8711576586363394723</id><published>2011-05-22T19:47:00.000+02:00</published><updated>2011-05-22T19:47:34.156+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Traditional Heavy Metal'/><title type='text'>Overdrive - Angelmaker (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-varZWrwrbaU/TdlMK-rgrAI/AAAAAAAAAaE/VS6kIeoaruA/s1600/overdriveangel.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-varZWrwrbaU/TdlMK-rgrAI/AAAAAAAAAaE/VS6kIeoaruA/s320/overdriveangel.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W pracy recenzenta bywają czasami takie chwile, gdy człowiek najpierw nie ma czasu i chęci by przesłuchać i zrecenzować materiał, a gdy już chce to zrobić to kompletnie nie wie co napisać… &amp;nbsp;Zmuszony wreszcie poczuciem obowiązku usiadłem w końcu do komputera celem skrobnięcia kilku słów o płytce, którą powinienem &amp;nbsp;przedstawić Wam już dawno. Materiał, który trzymam w rękach to najnowsze dzieło szwedzkiej grupy Overdrive. No, może już taki wcale nie nowy bo z 21 stycznia 2011 roku. Zacznę od tego, że tej recenzji miało nie być. Jednak powstała. Pierwszy powód to taki, że ten zespół nie jest tylko jednym z wielu. Szwedzki Overdrive, który uformował się w roku 1980 był jedną z tych grup, które charakteryzowały ówczesną scenę kraju Ikei. Niestety tym panom nie wiodło się najlepiej i w 1985, a więc w zasadzie niedługo po rozpoczęciu działalności, a także po wydaniu dwóch płyt, zespół zszedł ze sceny. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, przez długie lata wokół nich panowało głuche milczenie. Co prawda w 1993 roku ukazało się "Demo" Overdrive ale nie wzbudziło ono niczyjego zainteresowania i band ponownie poszedł w odstawkę. Koncertowali jeszcze jakiś czas potem ale dopiero w 2008 roku wydali mało interesujący, przynajmniej dla mnie, krążek dumnie zatytułowany "Let The Metal Do The Talking". Niestety silenie się na nowocześnie zagrany heavy/power metal nie odniosło zbyt dobrego skutku. Recenzowany dziś "Angelmaker" to coś już zupełnie innego. Zespół postanowił zrezygnować z silenia się na bycie nowoczesnym i postawiła na sprawdzone patenty z lat '80, oferując słuchaczowi solidny, bardzo fajny, energetyczny i dynamiczny Metal. Do tego dodajmy istotne wsparcie dzisiejszej techniki i mamy album jak się patrzy. Mało brakowało, by ten LP w ogóle się nie ukazał. Materiał był gotowy już rok temu ale z powodu problemów ze znalezieniem wydawcy całość ukazała się w styczniu bieżącego roku. Koperta CD jest estetyczna i przyjemna dla oka. Zachęca do otwarcia pudełka i umieszczenia srebrnego krążka na tacy odtwarzacza. Siadamy wygodnie w fotelu i wciskamy "Play". Wita nas potężny otwieracz &lt;strong&gt;Signs All Over&lt;/strong&gt;. Gitary demolują brzmieniem, sekcja pędzi na łeb na szyję, a wokalista robi doskonały użytek ze swojego gardła. Warto dodać, że pan Per Karlsson udziela się równolegle w szwedzkim Portrait, który ma już na koncie debiutancki album. Jak zwykle w przypadku takich kawałków mamy tu schemat w postaci dynamicznej, heavy metalowej zwrotki i bardziej stonowanego i raczej hard rockowego refrenu. Po takim ciosie między oczy przydałaby się poprawka. No i takowa tu jest, może nie aż tak mocna i agresywna ale ten przebojowy &lt;strong&gt;In Gut We Trust&lt;/strong&gt; naprawdę może się podobać. Trzeba przyznać, że zespół mimo swojego stażu ma pomysły na atrakcyjne melodie i nie boi się ich zaproponować. Tytułowy &lt;strong&gt;Angelmaker&lt;/strong&gt; to już coś innego. Trzeba powiedzieć, że tu jest już nieco bardziej tradycyjnie, bardzo heavy metalowo, mocno i cholernie surowo. Mam na myśli to, że jest to numer w stylu tych wszystkich starych utworów z lat '80 ubiegłego stulecia. Szkoda, że wokalista nie wyciągnął do końca tej wokalnej górki, gdy nadarzyła się okazja. Bo naprawdę ma do tego warunki, co spokojnie udowadnia pod koniec utworu. Pop na metalowo? Czemu nie. Tu mamy kower Fridy (tak, TEJ Fridy, słynnej brunetki z zespołu ABBA) &lt;strong&gt;I Know There's Something Going On&lt;/strong&gt;. Wcześniej odświeżali go techno maniacy z Bomfunk Mc's przy udziale pani. Jessiki Folcker. Teraz przyszło na wykonanie panów z Overdrive. Zagrane nieco wolniej ale ciężej i z pazurem naprawdę może się podobać. Zdziwiłem się przy takim &lt;strong&gt;Under The Influence&lt;/strong&gt;. Przez chwilę pomyślałem, że to RAM. W tym utworze podobają mi się także echa NWOBHM, które tu i ówdzie słychać. Może i wstęp do &lt;strong&gt;On With The Action&lt;/strong&gt; jest oklepany i niemodny ale tu pasuje doskonale. Utrzymany w średnim tempie kawałek, znów z charakterystycznymi echami fali z wysp brytyjskich nie przynosi im wstydu i może się podobać. W każdym razie noga sama wystukuje rytm. Przyłapuje się na tym, że zamiast pisać to za bardzo wczuwam się w ten numer. No i znów na wielkie brawa dla wokalisty. To co on robi ze swoim gardłem naprawdę zasługuje na uznanie. Zaciekawiać może udana zmiana klimatu i tempa utworu. Wybaczcie ale ten &lt;strong&gt;See The Light&lt;/strong&gt; kojarzy mi się z pewnym bardzo znanym utworem Scorpionsów. No ten wstęp i zwrotka tu i ówdzie mocno mi się z nimi kojarzą. To nie jest zarzut, wręcz przeciwnie, mi to bardzo odpowiada. Bezwzględnym hitem będzie &lt;strong&gt;To Grow&lt;/strong&gt;. Pędzący na złamanie karku, morderczy i niszczący wszystko i wszystkich. Do tego doskonałe, heavy metalowe w swym klimacie zwolnienie i kapitalna solówka. Posłuchajcie tych ładnie zmiksowanych z utworem okrzyków publiki. Dawno czegoś takiego nie było, a mi bardzo się to podoba. Baaaaardzo ciekawy wstęp wita nas w &lt;strong&gt;Mother Earth&lt;/strong&gt;. Szkoda, że potem reszta jest niezbyt fajna i przypomina raczej niezbyt wysokich lotów dokonania tych wszystkich drugoligowych zespołów metalowych, niemieckich w szczególności. &lt;strong&gt;It’s A Thriller&lt;/strong&gt; to znów doskonałe, tradycyjne i bardzo heavy metalowe granie na wysokim poziomie. No i ten niesamowity wokalista, który doskonale czuje klimat. Nie napina się, nie wychodzi przed szereg ale po prostu robi swoje. Posłuchajcie jak on wyciąga te swoje wokalne górki. Niewielu wokalistów umie tak śpiewać. &lt;strong&gt;Cold Blood Chaser&lt;/strong&gt; zaciekawia hard rockowymi solówkami. Oczywiście jest to kolejny utwór utrzymany w tradycyjnej, metalowej konwencji. Ale przecież o to chodzi, prawda? No i koniec. Na Wielki Finał zespół zostawił najdłuższy na płycie bo dziesięciominutowy &lt;strong&gt;The Wavebreaker&lt;/strong&gt;. No proszę Państwa. To co tu się dzieje musi powalać słuchacza na kolana. Na początek łagodny, akustyczny, niemal dramatyczny jak w Evergrey, wstęp. A potem grupa przechodzi do natarcia. Rusza husaria gitar. I to jest piękne. Tak grały te wszystkie zespoły na całym metalowym świecie. Jest podniośle, patetycznie, epicko, dostojnie, rycersko i królewsko. Po prostu nierdzewna, prawdziwa stal szlachetna. I to wszystko zespół zmieścił w tym jednym utworze. Mi brakuje słów. W swojej kategorii może pretendować do miana "kawałka roku". Po prostu kawał smakowitego, prawdziwie Metalowego grania. I ta końcówka...&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Bardzo fajna płyta ze Szwecji i równie udany powrót. Jak wiemy z takimi powrotami bywa różnie. Ten jest znakomity, po prostu taki jaki być powinien. Demolujące gitary, doskonale ustawiona sekcja i wspaniały, metalowy wokalista. Nie tam żaden krzykacz. On śpiewa całym sobą. Takich krążków nie należy lekceważyć. Nie popełnijcie tego błędu, ja zachęcam do zapoznania się z całością. Dawno nie było takiego grania. Polecam, ode mnie 8,5/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-8711576586363394723?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/8711576586363394723/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/overdrive-angelmaker-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8711576586363394723'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8711576586363394723'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/overdrive-angelmaker-2011.html' title='Overdrive - Angelmaker (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-varZWrwrbaU/TdlMK-rgrAI/AAAAAAAAAaE/VS6kIeoaruA/s72-c/overdriveangel.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-4556128532757881551</id><published>2011-05-22T12:28:00.000+02:00</published><updated>2011-05-22T12:28:53.230+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Power Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Hammerfall - Infected (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-JmPyzDCvnqI/TdjlXLNVg2I/AAAAAAAAAZY/2Q6OZjUbshE/s1600/Cover.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/-JmPyzDCvnqI/TdjlXLNVg2I/AAAAAAAAAZY/2Q6OZjUbshE/s1600/Cover.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Gdzieś tam, kiedyś na pewnym forum, po premierze płyty poprzedniej napisałem, że o przyszłości tego zespołu zadecyduje płyta następna. Więc oto jest nowy album tej zasłużonej, szwedzkiej ekipy. Przyznam, że z ciekawością ale i pewnymi obawami odpalałem ten krążek. Na początek okładka. No cóż, miała być inna, ale na skutek protestów panów z Biohazard została zmieniona. Szkoda tylko, że na tak słabą. Trudno, zajrzyjmy do środka. Na początek mamy &lt;strong&gt;Patient Zero&lt;/strong&gt; i oj. Zmiana tematyki utworów to pewne novum w przypadku tego zespołu. Tu mamy latające luzem zombiaki, lubiące wpieprzyć sobie ludzia na śniadanie, obiad i kolację, a w międzyczasie podwieczorek. Zaraz, chwila. Czy jednak zawsze tak było? Chyba nie, bo w "Renegade" mieliśmy do czynienia już z czymś takim. Tu mamy atmosferę rodem z Doom'a czy też cyklu opowieści o żywych trupach. To nie jest zły numer, szkoda tylko, że nie nadano mu odpowiedniego tła. Tu niepokojące klawisze byłyby jak najbardziej na miejscu. I w zwrotkach pod tymi masywnymi gitarami i genialnie grającą sekcją doskonale by pasowały. Ba, tu aż krzyczy o nie. Początek w sumie zapowiadający, że ten band podąży raczej w nieco inną niż do tej pory stronę. &lt;strong&gt;Bang Your Head&lt;/strong&gt; to już takie bardziej hammerfallowskie granie. Rozpoznawalne na kilometr i tu mające chyba pełnić credo tej płyty. Tak sobie myślę, że dobrze byłoby, gdyby do tego kawałka powstał klip. Jest tak jak drzewiej bywało. Dumnie, patetycznie i wrócił na chwilę ten dawny klimat. Co z tego jednak, skoro psuje się to wszystko bardzo słabym i o zgrozo wybranym na singla &lt;strong&gt;One More Time&lt;/strong&gt;. Zupełnie mi się to nie podoba. Braku to tego "czegoś" co mogłoby słuchacza porwać. A te powtarzanie refrenu mnie po prostu dobija. Pewnym pocieszeniem są na tym LP świetne solówki. Nowy wioślarz okrzepł i nabrał wiary w siebie. Pod względem gitarowym naprawdę jest czego słuchać. Jakże inaczej słucha się takiego &lt;strong&gt;The Outlaw&lt;/strong&gt;, choć i tu można mieć pewne zastrzeżenia. Nie podoba mi się zwrotka i to wcale, natomiast gdyby "podciągnąć" nieco refren to byłoby już coś. No i nie taki Hemmerfall lubię. Nawet jeśli to ma oznaczać tę cholerną nowoczesność. Pochwalić trzeba po raz kolejny świetnie ustawioną i dudniącą sekcję. Zanosiło się na sensację w akustycznej balladzie &lt;strong&gt;Send Me A Sign&lt;/strong&gt;. Niestety i z tego nic nie wyszło. Całość brzmi tak jakby Hammerfall spotkał na piwie Manowar. Niestety Cans i koledzy ekipą DeMaio nie są i udawanie po prostu nie wyszło. Dziwne to, bo pisać ballady ten szwedzki zespół zawsze potrafił i nierzadko okazywały się one wielkimi przebojami. Tu niestety spaprano wszystko. Zarówno łagodną, akustyczną część jak i elektryczną, mocniejszą. Tu wypadło to tak, jakby chciano zdetronizować najpiękniejszą, metalową balladę, czyli "Master of the Wind". Wyszło tak jak powinno. Czyli wcale. Kolejnym, sztampowym i bardzo w ich stylu jest kolejny na liście, dziwacznie zatytułowany utwór &lt;strong&gt;Dia De Los Muertos&lt;/strong&gt;. Tego się nawet da słuchać, w szczególności bardzo dobrej solówki. Najbardziej podoba mi się te zakończenie. Dlaczego tak zdecydowano się na taki zabieg - nie wiem. W każdym razie wypadło całkiem, całkiem. Tak sobie myślę, że &lt;strong&gt;I Refuse&lt;/strong&gt; będzie najlepszym kawałkiem na płycie. Tu podoba mi się wszystko. Zero zastrzeżeń. Szkoda, że poprzednie kawałki nie są tak zrobione. No i ten refren. Po prostu mlask. Mamy tu też mega przebojowe, cholernie melodyjne i bezsprzecznie najlepsze solo na tym CD. No i podoba mi się atmosfera tego kawałka. Właśnie czegoś takiego oczekiwałem od tego zespołu. Nie rozumiem natomiast, jak to się stało, że tak doświadczony band, który dotąd starannie unikał tematu diabłów, szatanów, piekła, siarki i smoły, serwuje, nie dość, że dziwacznie zatytułowany &lt;strong&gt;666 - The Enemy Within&lt;/strong&gt; to jeszcze na dodatek nudny. Takie tam granie dla samego grania. Z całą stanowczością stwierdzam, że to nie są ich rejony i nie powinni się porywać na takie rzeczy. Po co? Niestety ale Hammerfall serwuje zupełnego gniota i nie ratuje go nawet arcyudana solówka. Bo przecież potrafią grać, co udowodnili w &lt;strong&gt;Immortalized&lt;/strong&gt;. Choć to znów jest nowoczesne granie w ich wykonaniu to utwór daje się podobać. Może specjalnie nie porywa ale daje się słuchać. Po raz kolejny kapitalnie gra sekcja i znów mamy świetne solo. Daje się też słuchać &lt;strong&gt;Let's Get It On&lt;/strong&gt;, który spokojnie mógłby się znaleźć na którejś z ostatnich płyt tego zespołu. I co najlepsze, zrobiony na modłę Stefka Elmgrena, co stanowi dla mnie o ogromnym uroku tego kawałka. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że maczał on palce w tym kawałku. Dobry, energetyczny numer, z mocarnym zakończeniem. Ten niestety niezbyt udany i dość średni wypiek zamyka &lt;strong&gt;Redemption&lt;/strong&gt;. Całkiem udany numer z ciekawymi klawiszami, choć tu i tak znów czegoś brakuje. Poza tym - czy tak grających zespołów nie ma na pęczki przypadkiem? No właśnie. W przypadku Hammerfall nie wypada to przekonująco niestety. Wypadło po prostu średnio.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W zasadzie nie przekonuje mnie to wydawnictwo. Co prawda jest lepiej niż na poprzednim wypieku ale nie bardzo podoba mi się kierunek jaki ci panowie obrali. Drażni mnie też ta wszechobecna, amerykańska maniera produkcji. No ale to nic dziwnego, skoro za gałkami siedział&amp;nbsp;James Michael, współpracujący wcześniej między innymi z Motley Crue, Scorpions czy Meat Loaf. Cio do samego brzmienia zastrzeżeń mieć nie będę bo nie ma się do czego przyczepić. Brakuje przede wszystkim tego starego ducha, te nawiązania, które tu są nie wystarczają i traktować je należy jako raczej smutne wspomnienie przeszłości. Ktoś mi powiedział, że ta płyta jest taka jak jej okładka. I cholera, coś w tym jest. Koperta pozbawiona jest praktycznie wszystkiego. Nie przyciąga oka, nie ma w niej inwencji, woli tworzenia. Po prostu jest. Jest też krążek w środku. Niestety taki sam w swej zawartości. To nie jest zła płyta ale taki rodzaj grania raczej im nie przystoi. Żądam powrotu do rycerzy, bitew, honoru, smoków i dziewic.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tu słyszalne jest, że zespół niestety nie znalazł jeszcze swojej nowej drogi. Szkoda, bo jak się okazuje przez te dwa lata nie zrobiono absolutnie nic by to zmienić. Szkoda, bo takiemu zespołowi to po prostu nie przystoi. Z powodów powyższych nie dam więcej niż 7/10. Umiarkowanie polecam.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-4556128532757881551?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/4556128532757881551/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/hammerfall-infected-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4556128532757881551'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4556128532757881551'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/hammerfall-infected-2011.html' title='Hammerfall - Infected (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-JmPyzDCvnqI/TdjlXLNVg2I/AAAAAAAAAZY/2Q6OZjUbshE/s72-c/Cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-4164141683136863272</id><published>2011-05-19T13:57:00.000+02:00</published><updated>2011-05-19T13:57:37.348+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Blues'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Black Country Communion - 2 (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-4OUBhkFGuGs/TdUFgjj5TzI/AAAAAAAAAZU/rlQ4pAxVE34/s1600/front.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-4OUBhkFGuGs/TdUFgjj5TzI/AAAAAAAAAZU/rlQ4pAxVE34/s320/front.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie opadły jeszcze na dobre echa i komentarze na temat debiutanckiego krążka Black Country Communion, a tu już, po zaledwie dziewięciu miesiącach ciszy ta supergrupa zdążyła przygotować i nagrać swój kolejny długograj. Nowe wydawnictwo bardzo lapidarnie i co tu dużo gadać - pod wszystko i nic mówiącym tytułem "2" w sprzedaży pre-order będzie dostępne już od 1 czerwca, a normalną drogą zakupić go będzie można dwa tygodnie później, to jest 14 czerwca. Wydawcą będzie J&amp;amp;R Adventures. Nowe dzieło promuje singiel &lt;strong&gt;The Outsider&lt;/strong&gt;. Zaiste, panowie narzucili sobie szybkie tempo pracy. Podczas gdy niezmordowany Glenn Hughes w pocie czoła pisał materiał na nowy LP, Joe Bonamassa zdążył nagrać swój kolejny, solowy krążek, zatytułowany "Dust Bowl". Pozostali muzycy w osobach Jasona Bonhama (perkusja) i Dereka Sheriniana (klawisze) w tym czasie odpoczywali i czekali na zakończenie pisania materiału. Wieść gminna głosi, że BCC koniecznie chcieli mieć kolejną płytę przed wyruszeniem w trasę koncertową. W czerwcu i lipcu grupa zagra kilkanaście gigów na naszym kontynencie, ale niestety w Polsce jak zwykle musimy obejść się smakiem. Co bardziej wytrwałym pozostaje koło ratunkowe w postaci możliwości wyjazdu do Niemiec lub Czech, ponieważ tam będą na pewno występować. Mając w pamięci ciepło przyjęty debiut, zastanawiałem się jaka to będzie płyta. Czy powtórzy sukces jedynki, czy tez niestety także ich dopadnie "syndrom drugiej płyty" i nowe dzieło okaże się niewypałem? A może to będzie krążek jeszcze lepszy niż bardzo dobry debiut? Czy będzie to kolejna, klubowa propozycja dla koneserów klubowego grania? Dużo pytań, dużo obaw. Ponieważ tylko odsłuch nowego LP może przynieść odpowiedzi, odpalam pierwszy utwór na srebrnym krążku, zatytułowany &lt;strong&gt;The Outsider&lt;/strong&gt;. I już, od pierwszych taktów jestem spokojny. To będzie bardzo udane wydawnictwo. Pierwszy wałek to hard rockowa jazda na całego. Przypomina nieco skrzyżowanie grania stricte zeppelinowskiego z dokonaniami wrzeszczącego Glenna popełnionymi do spółki z Tomkiem Iommim, na wspólnych solowych płytach. Trzeba przyznać, że i Bonamassa się wyrobił w takim rodzaju grania. Tu już jest pewniejszy, nie gra tak nieśmiało jak na debiutanckim CD. Sherinian znów dostojnie plumka w stylu Lorda ale jest tu także coś jeszcze: klawiszowo-gitarowe pojedynki. Tego wcześniej nie było. Perkusja Bonhama także brzmi lepiej. Takie numery jak &lt;strong&gt;Man In The Middle&lt;/strong&gt; potrafi pisać tylko Hughes. Przy okazji mocno udowadnia jak wielki wpływ miał na sukces takiego "Fused" na przykład. Po raz pierwszy słychać tu w chórkach, nieśmiało śpiewającego Joe, który po raz kolejny zaskakuje mnie swoimi gitarowymi patentami. Podoba mi się jak świetnie współpracuje z nim Glenn. Podczas gdy ten demoluje basem, Bonamassa prezentuje świetną solówkę. Coś czuję, że ta płyta przebije debiut. Przy okazji tego utworu mam nieśmiałe skojarzenia ze znakomitym "Don't Drag The River". Dalej mamy jakże typowy dla młodego wioślarza numer &lt;strong&gt;The Battle For Hadrian's Wall&lt;/strong&gt;. Fajne, bluesowe bujanie ze znakomitymi klawiszami Dereka w tle. "Ładna", akustyczna zwrotka i mocny, elektryczny refren. Z wyczuciem i ogromnym feelingiem grający Jason. Glenn w tle nie wybijający się przed szereg. Cholera, co się stało z tymi facetami? To jest naprawdę świetny LP. Jestem zaskoczony bo takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem, szczególnie, że to Hughes pisał cały materiał samodzielnie. Reszta składu zapewne podpowiadała mu to i owo ale temu wokaliście i basiście zdarzały się już wpadki. A tego się bałem najbardziej. Tymczasem nic takiego nie ma tu miejsca. Duże brawa. Tajemniczy wstęp wita nas w &lt;strong&gt;Save Me&lt;/strong&gt;. I znów - cały Glenn i owo niesamowite "coś" co potrafi stworzyć tylko i wyłącznie on. Znów bez wysiłku i zbędnej napinki udowadnia jaką siłą i wsparciem był dla Iommiego. To znów mógłby być numer, w którym mógłby się Tomek pojawić. Zresztą tak czy owak, duch gitarzysty Black Sabbath tu i ówdzie zupełnie naturalnie się pojawia, unosząc się nad tą płytą. Zajebisty, nieco tajemniczy i taki "duszny" w niektórych fragmentach kawałek. Posłuchajcie solówki Bonamassy, po prostu czapki z głów. Ten facet potrafi chyba zagrać wszystko. I te przedłużane zakończenie z klawiszami Sheriniana w tle. No znakomita rzecz. Dalej mamy wielkiego hiciora w postaci &lt;strong&gt;Smokestack Woman&lt;/strong&gt;. Prosty, radosny, hard rockowy numer z wrzeszczącym Hughesem na wokalu. No ale ten refren jest po prostu powalający. Zaśpiewany z udziałem gitarzysty od razu wpada w ucho i ręka do góry kto nie zaśpiewa go razem z nimi. Z całą pewnością ten wałek jest moim ulubionym na całej płycie. Okraszony wspaniałą solówką, której nie powstydziliby się najwięksi i najbardziej uznani, rockowi gitarzyści. Świetne zwolnienie pod koniec, chwila oddechu i znów atak chóralnym refrenem. Uwielbiam takie zabiegi, po prostu kocham. Przebój Panie i Panowie. Nie spodziewałem się natomiast takiego utworu jak &lt;strong&gt;Faithless&lt;/strong&gt;. Jeśli chodzi o gitary to jest to stare... AC/DC za czasów Bona Scotta. Znajdujący się mniej więcej gdzieś w okolicach "Powerage" znakomity, blues-rockowy utwór z melodyjnym i łatwo dającym się zapamiętać refrenem. W tle znakomite i bardzo smakowite, lordowskie klawisze, conieco smyczków i niepokojąca solówka Bonamassy. Znów trzeba przyznać, że i Glenn jest tu w znakomitej formie wokalnej. Ten facet jest chyba nie do zajechania. Bardzo ładnie rozpoczyna się zaśpiewany przez Joego &lt;strong&gt;An Ordinary Son&lt;/strong&gt;. Po raz kolejny brawa dla kompozytora. Hughes odrobił pracę domową i wie już jakie numery należy dla niego pisać. Tu pozostawił go na czele stawki, a sam z resztą kolegów wycofał się do tyłu, by wspierać go z całą mocą w znakomicie zrobionym refrenie. Jest też zaskoczenie w postaci małego udziału wokalnego Glenna. Kapitalny zabieg Zabrzmiało to jak nie przymierzając rozmowa ojca z synem. Dodajmy do tego niezwykle emocjonalną solówkę Bonamassy. Zwróćcie uwagę jak Hughes wycofał się do tyłu w końcówce utworu, realizując tylko kapitalne dośpiewy. Ósmy w kolejności &lt;strong&gt;I Can See Your Spirit&lt;/strong&gt; to znów powrót basisty za mikrofon i znów te charakterystyczne zeppelinowskie klimaty z domieszką ducha wspólnych płyt z Iommim. Zespół budzi niejako słuchacza po nieco wolniejszej i zamyślonej części krążka bardzo dobrym, energetycznym utworem. Znów Joe gra wspaniałą solówkę, a Glenn wydziera się właśnie tak jak lubimy. Do głosu dochodzi tez Derek, prezentując wspaniały popis gry na klawiszach. Kolejnym zaskoczeniem jest &lt;strong&gt;Little Secret&lt;/strong&gt;. Wspaniały blues w stylu nieodżałowanego Gary'ego Moore'a. I co najlepsze - "dramatycznie" śpiewający Glenn za mikrofonem. Zdziwiłem się bardzo, że to nie Joe śpiewa. Za to udowodnił, że może zagrać pełną emocji solówkę, tak jak sam wielki Mistrz Moore. Znów możemy posłuchać tej pięknej, ciepłej, łkajacej, gibsonowskiej barwy dźwięku. Jestem pewien, że Gary, gdziekolwiek teraz jest, uśmiecha się słysząc to co zagrał Bonamassa. Powrót do bujającego hard rocka mamy w &lt;strong&gt;Crossfire&lt;/strong&gt;. Posłuchajcie jak brzmi tu bas Glenna. Zawsze podobała mi się taka gra bassmanów. Znów on na wokalu i znów taki kawałek, jakie pisze tylko on. Świetnie wspiera go w tle Bonamassa, który znów zniszczył świetną solówką, a Sherinian demoluje brzmieniem swoich klawiszy. A w końcówce utworu świetny klimat, żywcem wyjęty ze starych płyt Genesis z Collinsem na wokalu. No bardzo mi się to spodobało. Na koniec Wielki Finał w postaci &lt;strong&gt;Cold&lt;/strong&gt;. Kapitalny blues, ze świetnym tłem wyczarowanym przez Dereka. Skupiony na gitarze Bonamassa, grajacy niczym jak na swoich solowych płytach i znów Glenn Hughes na wokalu. Żałuję, że takiego kawałka nigdy nie nagrał z Iommim. Tu znów jest ta charakterystyczna atmosfera i co tu dużo gadać - magia ze wspólnych płyt obu panów. Świetne, zamyślone solo gitarowe i miażdżący bas w tle. A gdy basista kończy śpiewać następuje zmiana tempa, ożywienie utworu po czym znów wchodzi Glenn, znów czaruje.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Proszę Państwa. Magiczna płyta zespołu, który po nieco niepewnym początku wspólnego grania na pierwszej płycie, dojrzał, dotarł się. Wszystko zostało poukładane, uporządkowane i dopracowane, muzycy znają swoje miejsce, choć tu wokalnie Glenn zdominował ten album. Dał co prawda pośpiewać także Bonamassie ale temu gitarzyście, poznawszy się na jego talencie, wyznaczył przede wszystkim gitarowe czarowanie. Ten z kolei znakomicie wywiązał się z powierzonego zadania. "Ojcowska" opieka Hughesa dodała mu odwagi, okrzepł, poczuł się pewnie i gitarowo po prostu zniszczył, zapędzając wielu uznanych wioślarzy do kąta. Wyciągnięto także z kąta klawisze. I choć nadal mamy tu dostojne plumkanie, to w wielu miejscach pozwolono Sherinianowi zaszaleć. Przełożyło się to na znakomity i w wielu miejscach demolujący efekt. Gary Bonhama także brzmią o niebo lepiej.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Podsumowując: znakomity, w wielu miejscach wypakowany emocjami materiał, znakomici muzycy w znakomitej formie, znakomita płyta. To nadal jest stricte klubowe granie dla koneserów ale w porównaniu do pierwszej płyty, z wymienionych wyżej powodów, wypada dużo lepiej i przede wszystkim ciekawiej. Moje wątpliwości, o których pisałem na początku recenzji zostały zażegnane. "Starzy" poznali się na młodzieży, znaleźli wspólny język porozumienia, nawiązała się muzyczna chemia. Efektem musiała być killerska płyta. No i jest. I choć ten LP trafił do mnie dopiero po którymś tam przesłuchaniu, z czystym sumieniem stawiam "Dwójce" ocenę maksymalną. Oczywiście polecam Waszej uwadze.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-4164141683136863272?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/4164141683136863272/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/black-country-communion-2-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4164141683136863272'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4164141683136863272'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/black-country-communion-2-2011.html' title='Black Country Communion - 2 (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-4OUBhkFGuGs/TdUFgjj5TzI/AAAAAAAAAZU/rlQ4pAxVE34/s72-c/front.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-5593982650997203088</id><published>2011-05-18T19:30:00.001+02:00</published><updated>2011-05-18T19:31:39.219+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Southern Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>Hardline - Monumental (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-S3butwoI2tg/TdQCQmEofsI/AAAAAAAAAZQ/5HcXPLODyYo/s1600/Hardline+-+Monumental+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-S3butwoI2tg/TdQCQmEofsI/AAAAAAAAAZQ/5HcXPLODyYo/s320/Hardline+-+Monumental+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;No cóż, w pierwszej chwili byłem przekonany, że to nowe dzieło amerykańskiego Hardline. Nawet się zdziwiłem. Już? Tak szybko? Okazało się jednak, że to nie panowie zza Wielkiej Wody nagrali album ale ich dawno już zapomniani koledzy z Norwegii, którzy swój zespół również ochrzcili nazwą Hardline. Grupa powstała w roku 1983, kiedy to do speedrockowego trio nazywające się Lipservice, w składzie którego znajdowali się gitarzysta Svein Grostad, perkusista Odd Ellingsen i basista Egil Troa, dołączył wokalista Borge Pedersen. Postanowili oni zmienić nazwę na Hardline i szybko zrealizowali demo w Nidaros Studios. Spodobało się ono na tyle, że band podpisał stosowne papiery ze szwedzką wytwórnią Intersound. Wiosną 1984 roku ukazał się ich debiutancki album, zatytułowany po prostu "Hardline". Płyta zyskała przychylność fanów oraz krytyki, czego skutkiem było ponowne wydanie krążka, tym razem przez Mausoleum Records. Zespół szybko stał się ulubieńcem publiki i często koncertował. Niestety jak to często bywa, panowie nie zdołali nagrać drugiego krążka. Spotykali się tylko czasem by tu i ówdzie zagrać kilka koncertów, tak jak w 1993 roku podczas trasy w UK, kiedy to pod nazwą Valhalla zagrali koncert w Marquee Club. Takie spotkania miały miejsce od czasu do czasu, jednak o drugiej płycie jakoś było cicho. Dopiero w roku bieżącym, 27 lat po premierze swojego debiutanckiego LP, Hardline prezentuje swoje nowe dziecko, dumnie zatytułowane "Monumental". Przyznam, że byłem bardzo ciekawy jak może zabrzmieć zespół, który po tak długim czasie nagrywa nowy album. Zdarza się przecież, że takie powroty niczemu i nikomu nie służą, stając się często jeno smutnym wspomnieniem dawnych lat i karykaturą zespołu. Tymczasem wkładając estetycznie wydany krążek (ukłony dla Hardlineofnorway Records, Bare Bra Musikk A/S oraz pana Tove Somhovda, managera zespołu) nie spodziewałem się, że będę miał okazję wysłuchać jednego z najlepszych wydawnictw w tym roku. &amp;nbsp;"Monumental" to najlepszy hard rock/southern metal/zmetalizowany blues od ostatniej płyty Lynyrd Skynyrd. Po prostu świetna rzecz! Zespół ten usadowił się gdzieś pomiędzy AC/DC, Metalliką, Motorhead, Lynyrd Skynyrd, całą tą masą amerykańskich, rockowych zespołów i nawet conieco z Rush się tu znajdzie. Wydany 14 kwietnia LP zawiera kapitalne wokale, nośne, przebojowe melodie, ciężkie jak słonica, gitarowe riffy i dynamicznie i z wykopem grającą sekcję. Panie i Panowie: przed Wami najnowszy wypiek Hardline. Usiądźcie wygodnie i posłuchajcie tej, jakże udanej płyty. Już od progu wita nas radosny, łobuzerski ale i ciężki riff w &lt;b&gt;Shout&lt;/b&gt;. No i te wokale! Pan Pedersen brzmi jak nie przymierzając, Brian Johnson z AC/DC. Cały kawałek brzmi tak, jakby elektrycy nagle przerzucili się na granie południowego, amerykańskiego rocka. No i te charakterystyczne dla nich zakończenie i "wyciskane", siłowe wokale. Czyste AC/DC, nic dodać nic ująć. Dalej mamy &lt;b&gt;Go To Waste&lt;/b&gt;. To już coś innego, choć ten ciężki, aczkolwiek melodyjny riff i wokale naprawdę mogą się podobać. Miejscami za sprawą Sveina Grostada obsługującego tu wiosło riffy mogą przypominać te spod palców Tomka Iommiego. No i solówka też bardzo podobna. &lt;b&gt;Call My Name&lt;/b&gt; to znów takie nieco wolniejsze AC/DC, umiejscowione gdzieś w okolicach "Blow up your video" z domieszką southern rocka. Przyznam, że robią na mnie wrażenie te ciężkie, miażdżące na cienką bibułkę riffy. Tytułowy &lt;b&gt;Monumental&lt;/b&gt; to pierwszy hit na tej płycie. Bardzo wolny, niczym ogromna, potężna ciężarówka, rozpędza się, nabiera mocy i biada tym, którzy staną jej na drodze. Przy okazji mamy tu conieco z Metalliki w zakończeniu refrenów (osobiście kojarzy mi się to z "The End of The Line"). I jakże fajnie wypada tu solówka, niechże Hammet sobie tego posłucha. Tak się gra! Jeszcze lepiej jest w zajebistej balladzie &lt;b&gt;Still More Days&lt;/b&gt;. Przypomina najlepsze kawałki Lynyrd Skynyrd, tyle, że ma więcej mocy i ciężaru. No i ta świetna melodia oraz kapitalny tekst. No i wokalista, który niemal nie śpiewa, miejscami po prostu mruczy. Efekt jest powalający. &lt;b&gt;Sweet Reverie&lt;/b&gt; mógłby być zaginionym utworem albo odrzutem ze studia spółki braci Young. Taki leciutki, bujający blues-rock w oprawie amerykańskiej. Nie przemawia do mnie zbytnio taki &lt;b&gt;Caveman&lt;/b&gt; ale to nic dziwnego na moją awersję do psychodelii serwowanej przez panów z Rush. Szkoda trochę, że znalazł się na tej płycie no ale niechże już sobie będzie. Tak czy owak mi się nie podoba, może komuś przypadnie do gustu. Na osłodę mamy ciężki &lt;b&gt;Days of Supression&lt;/b&gt; i wszystko wraca do normy. Takie kawałki zdecydowanie bardziej do nich pasują. Szkoda tylko, że te chóralne refreny są tak schowane z tyłu. Przydałoby się je nieco bardziej wysunąć do przodu. Niechże panowie sobie śpiewają. Musi podobać się solówka iście w stylu Angusa. &lt;b&gt;Showdown&lt;/b&gt; to jeszcze ciężej. Soundgarden, RATM, Audioslave, AC/DC, a nawet Monster Magnet. Niezły miks, co? Ja jestem pełen uznania dla tych niemłodych już panów. Zupełnie swobodnie i bez wysiłku połączyli to wszystko w jedno. Grają bez napinki, zupełnie na luzie i nawet ognista solówka nie mąci tego obrazu. Po prostu wielki, ogromniasty hicior, zawstydzający całą amerykańską scenę rockową. Posłuchajcie sobie &lt;b&gt;Times To Come&lt;/b&gt; i pokażcie mi drugi taki kawałek. Oprócz wokalu zniknęło zupełnie AC/DC, pojawiło się więcej amerykańskiego rocka w bluesowym sosie. No i ten zajebisty wokalista, zrezygnowanym głosem opowiadający ponurą historię. Duże brawa. Na zakończenie tej bardzo udanej płyty zespół serwuje wyniszczający &lt;b&gt;Leave You Home&lt;/b&gt;. Wolny, morderczy, stricte amerykański, może nieco psychodeliczny (znów echa Rush i Monster Magnet) utwór. Ale jak się podoba...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Szybko, za szybko kończy się ta płyta. Czuję niedosyt, chcę jeszcze. Zatem ponownie wciskam "Play" i wszystko może zaczynać się od początku. Za wyjątkiem tej jednej wpadki jest to bardzo udana propozycja. Uważam, że ten zespół wszystkich zaskoczył i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Jeśli jednak za kolejnych 20 lat nadal będzie o nich cicho, to każdy zapytany o Norweski Hardline odpowie "Hardline, to był taki zespół co grał jak Hardline". Serdecznie polecam. To wszystko co recenzent chciał powiedzieć o tej płycie, ode mnie 9/10, dziękuję Państwu. Zamykam recenzję.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-5593982650997203088?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/5593982650997203088/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/hardline-monumental-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5593982650997203088'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5593982650997203088'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/hardline-monumental-2011.html' title='Hardline - Monumental (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-S3butwoI2tg/TdQCQmEofsI/AAAAAAAAAZQ/5HcXPLODyYo/s72-c/Hardline+-+Monumental+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-2648066292172147175</id><published>2011-05-14T17:10:00.000+02:00</published><updated>2011-05-14T17:10:43.301+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>U.D.O. - Rev-Raptor (2011)</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-QQ7U5kxRon8/Tc6baIzeXjI/AAAAAAAAAZM/7snRW7whiPg/s1600/U.D.O.+-+Rev-Raptor+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-QQ7U5kxRon8/Tc6baIzeXjI/AAAAAAAAAZM/7snRW7whiPg/s320/U.D.O.+-+Rev-Raptor+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Słuchając ubiegłorocznego, niezwykle udanego wypieku Accept, pomyślałem, ze Dirkschneiderowi będzie bardzo trudno doścignąć byłych kolegów i przygotować album, który przebije "Blood of the Nations". I tak nawet nieco złośliwie sądziłem, że nasz poczciwy łysol musiał się mieć z pyszna słuchając jak może brzmieć rasowy heavy metal w wykonaniu zespołu, w którym śpiewał. Nawet jeśli przez długi czas odgrażał się, że pozostali muzycy nigdy sobie bez niego nie poradzą to i tak ciśnienie musiało mu skoczyć. Tym bardziej, że jego ex-ekipa zaserwowała taki powrót, jakiego nikt się nie spodziewał. Ciekawe czy Udo przejął się tym i powodowany ambicją postanowił przygotować coś co jeśli nie przebije ostatniej płyty Accept, to może przynajmniej nawiąże z nią równorzędną walkę. A może tylko pokiwał z uznaniem łysą głową i po prostu po raz kolejny zrobił swoje? Przecież tak naprawdę on nie musi już nikomu niczego udowadniać. Nawet jeśli dwa ostatnie jego wydawnictwa zbierały różne noty, co jak zauważyłem stało się już normalką. Tak czy owak, na zawsze już kojarzony z Accept wokalista nagrał kolejny album, agresywnie zatytułowany "Rev-Raptor". Na początek rzut oka na kopertę. No cóż, mi okładka zwyczajnie się nie podoba. Jakieś takie coś z krzywą miną. No chyba, że to ilustracja przedstawiająca Dirkschneidera nie w sosie. W każdym razie, eeeee... Otwierający album tytułowy &lt;strong&gt;Rev-Raptor&lt;/strong&gt; natychmiast spowodował moje zainteresowanie. Dynamiczny, judasowski riff, agresywny wokalista i sporo mroku. Już nabrałem nadziei gdy pojawił się ten okropny refren. No czy naprawdę nie można było tu wymyśleć niczego innego zamiast tego strasznie kwadratowego, typowo niemieckiego grania? Jaka szkoda, że tak łatwo i lekką ręką skreślono tę jakże fajną posępność. To naprawdę mógłby być hit. A tak mamy schrzaniony numer. Następujący po nim &lt;strong&gt;Leatherhead&lt;/strong&gt; też taki nieco posępny, też z fajnym riffem i z równie skopanym refrenem. Nie zrozumcie mnie źle. To są naprawdę niezłe kawałki, szczególnie ten drugi, z kapitalną solówką ale te refreny przyprawiają mnie o czarną rozpacz. I powoli, zaledwie po dwóch utworach zaczynam skłaniać się ku myśli, że Dirkschneider po raz kolejny nagrał "taki sam" album. Pewnym novum, a może nawet zaskoczeniem jest trzeci w kolejce &lt;strong&gt;Renegade&lt;/strong&gt;. Wyobraźcie sobie Udo śpiewającego utwory Grave Digger. Nawet jeśli ten riff jest już oklepany i zagrany milion razy przez niezliczoną ilość zespołów, to tutaj wreszcie wszystko do siebie pasuje. Nie wiem dlaczego i nie bijcie mnie za to ale słuchając tego utworka mam przed oczami radośnie gnającego przed siebie, animowanego Strusia Pędziwiatra. Nadal jednak nie dostałem niczego co po raz kolejny kazałoby mi powiedzieć, że nadal cenie tego łysola. A on zawsze najbardziej przekonywał mnie w takich rzeczach jak &lt;strong&gt;I Gave As Good As I Get&lt;/strong&gt;. Ładna, nawet bardzo, klimatyczna, posępna, może nawet mroczna ballada. To będzie mój ulubiony kawałek z tej płyty. No i ta przepyszna solówka. Już gdzieś podobną słyszałem ale, że takie bardzo rzadko pojawiają się na heavy metalowych płytach przeto zaliczam ją do plusów tego wydawnictwa. Nie przekonuje mnie zupełnie taki &lt;strong&gt;Dr. Death&lt;/strong&gt;. No co to ma być? Mieszanie w jednym kotle Grave Digger, Primal Fear (również w sileniu się na górki w stylu Ralfa) i Helloween z Derisem za sitkiem temu panu zwyczajnie nie przystoi. Taki tam kwadratowy, do bólu niemiecki heavy metalowy utworek, który niestety przepada wśród wielu innych, często znacznie lepszych wałków. Zwykły zapełniacz do tego bardzo przaśny. Słuchając takiego &lt;strong&gt;Rock'n'Roll Soldiers&lt;/strong&gt; zasadne staje się pytanie, czy to Accept nie może istnieć bez Udo, czy tez jest właśnie odwrotnie? Ja zdecydowanie stawiam na tę drugą opcję i stanowczo będę twierdzić, że kapral nigdy nie uwolni się od "zmory" Accept, szczególnie jeśli będzie oglądać się na takie płyty jak choćby "Objection Overruled". Szkoda, że Dirkschneider ogląda się na to co było i w niezbyt przekonujący sposób serwuje utwory, które mają być imitacją killerów z przywoływanej płyty. Sili się, napina i poci ale niestety to co udało się kilkanaście lat temu nie udało się tu. Choćby z powodu, że muzycy nie ci sami, a sama kompozycja jakaś taka niezbyt strawna. Kto lubi poprzednie solowe wypieki, temu z pewnością do gustu przypadnie &lt;strong&gt;Terrorvision&lt;/strong&gt;. Starający się być hitem na miarę "Mission No. X" czy "24/7", kwadratowy, niemiecki heavy metal, choć z fajną solówką. A sam bohater jednak pozazdrościł Accept udanej płyty i usilnie stara się stworzyć patetyczny i monumentalny klimat w &lt;strong&gt;Underworld&lt;/strong&gt;. Niestety po raz kolejny nie dał rady, kładąc cały utwór słabym refrenem, do tego dano za mało mocy i przede wszystkim za mało tego "czegoś". Nie ma także miażdżącego i włóczącego po ziemi basu Baltesa. Co prawda ładnie tu słychać basistę ale gra on tak bojaźliwie, że aż żal tego słuchać. Tu przydałby się porządny wygar, a nie nieśmiałe plumkanie. Udo po raz kolejny ogląda się na Accept w &lt;strong&gt;Pain Man&lt;/strong&gt;. Szkoda tylko, że nie dosięga do poziomu takiego "Beast Inside". Nieświadome nawiązanie? Raczej rozpaczliwe próby miksowania tego co już było z nowym. Do tego kompletnie nieudana solówka. Po raz kolejny brakuje kopa w takim &lt;strong&gt;Fairytales Of Victory&lt;/strong&gt;. Gdyby tu dołożyć do pieca, zrezygnować z tego męczącego już brzmienia i przestać wreszcie oglądać się na czasy, które już nie powrócą to mogłoby coś z tego wyjść. I dlaczego Dirkschneider tak stara się naśladować Reece z płyty "Eat The Heat" też nie wiem. Z całym szacunkiem ale łysol takiego "Mistreated" zaśpiewać by nie potrafił. Ale stara się za wszelka cenę to robić. Szkoda. Irytuje mnie Motor-Borg. Męcząca kompozycja, zwykły zapychacz, który takiemu wokaliście zwyczajnie nie przystoi. No i echa Babuschkina ... Wątpię jednak czy siła Paragon życzy sobie tego. Tak sobie myślę, że na tej płycie Udo zwyczajnie się kompromituje. Oczywiście są przebłyski świetności ale to za mało. Nie podoba mi się mający być heavy metalowym manifestem &lt;strong&gt;True Born Winners&lt;/strong&gt;. Zupełnie nie przekonujący utwór, pusty jak wydmuszka. No i na koniec zaskakujący &lt;strong&gt;Days of Hope and Glory&lt;/strong&gt;, brzmiący tak jakby Udo i spółka spotkali na piwie Majesty, Wizard i herosów z Manowar. Tylko co z tego, skoro nawet mając taki atut w ręku, zespół Dirkschneidera nie potrafił zrobić z niego użytku. Powstał utwór zaledwie przeciętny. Na przyszłość takie eksperymenty powinni sobie darować i zostawić to lepszym od siebie.&lt;br /&gt;Nareszcie koniec. Dlaczego tak piszę? &amp;nbsp;Bo pomimo udanego początku te wydawnictwo w ostatecznym rachunku jest zwyczajnie... takie sobie, by nie rzec, słabe. Po raz kolejny nic nie wyszło z odgrażania się, a ja mam wrażenia, że ten pan w metalowym świecie nie ma już nic do powiedzenia w sensie muzycznym. Jest chodzącą ikoną, to prawda. Ale nawet jeśli odnosił sukcesy gdy jego macierzysta formacja pozostawała w stanie hibernacji, to po jej przebudzeniu okazało się, że Accept jednym uderzeniem zmiata to co on zdążył do tego czasu zrobić. Na początku tej recenzji zastanawiałem się co też Udo sobie pomyślał słysząc "Blood of the Nations". Sądzę, że wzruszył ramionami, twierdząc, że nagra kolejną swoją płytę. I zrobił to, jednak "Rev-Raptor" przy okazałym dziele Accept wygląda jak ubogi krewny. Coś tam kombinowali, próbowali klecić, oglądając się za siebie i przymierzając jedno do drugiego. Wyszło bardzo przeciętnie, cała zaś płyta w ogólnym rozrachunku po prostu mnie irytuje. Pod względem produkcji oczywiście nie można się przyczepić. Wokalnie tez jest OK. Więc co? Ano każdy dostał co tam chciał. Fani zapewne łykną to bez popity, ci bardziej wymagający postawią toto obok Accept i stwierdzą, że odległość jest zbyt wielka. I mają rację. Dirkschneider miota się w bezsilniej, twórczej niemocy i niestety bez byłych kolegów znaczy bardzo mało, jeśli nie nic. Płyta wyłącznie dla zatwardziałych fanów kaprala. Ja zapoznałem się z czystej ciekawości. Wracać do niej nie będę. Ode mnie 6/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-2648066292172147175?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/2648066292172147175/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/udo-rev-raptor-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2648066292172147175'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2648066292172147175'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/udo-rev-raptor-2011.html' title='U.D.O. - Rev-Raptor (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-QQ7U5kxRon8/Tc6baIzeXjI/AAAAAAAAAZM/7snRW7whiPg/s72-c/U.D.O.+-+Rev-Raptor+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-9040058893038383182</id><published>2011-05-07T12:00:00.000+02:00</published><updated>2011-05-07T12:00:39.918+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='AOR'/><title type='text'>Williams-Friestedt - ST (2011)</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-7HA0_Ng62-A/TcUYPRfwWrI/AAAAAAAAAZI/8fW39u1g3wI/s1600/cover.png" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-7HA0_Ng62-A/TcUYPRfwWrI/AAAAAAAAAZI/8fW39u1g3wI/s320/cover.png" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Co może powstać gdy do wspólnej pracy zabiera się dwójka utalentowanych muzyków? Albo klapa, albo coś zupełnie innego niż obydwaj do tej pory robili albo... świetny album. Ponieważ jednak ani ex-wokalista Toto, Joseph Williams ani uznany kompozytor i gitarzysta Peter Friestedt fuszerki raczej nie odwalają, przeto musiało powstać dzieło znakomite. Album "ST" bo to o nim właśnie mowa, mógłby spokojnie powstać sobie w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku i dziś byłby klasykiem. Równie dobrze mógłby być kolejną płytą sidemanów z Toto. Dlaczego? Bo tu wszystko tym pachnie. Są doskonałe, melodyjne i świetnie zaaranżowane kompozycje, są uznani goście, którzy wsparli obu panów (Bill Champlin, Tommy Denander, John "JR" Robinson, Randy Goodrum, Bill Cantos), jest także doskonała produkcja i miks wykonany przez znanego producenta, pana Ronni Lahti (pracował m.in. dla Talisman czy Lake Of Tears). Jeśli komuś mało to obecny jest tu także Björn Engelmann, który odpowiadał za mastering, a współpracował z Rammsteinem tudzież Roxette. Ufff, przyznacie sami, że lista znanych ludzi, którzy pracowali przy tym krążku jest dość długa. Ponieważ jednak nazwiska same nie grają i aby Was dłużej nie zanudzać szczegółami, zajrzyjmy do środka i przekonajmy się co też "ST' słuchaczowi oferuje. Wkładam więc srebrny krążek do odtwarzacza. Już od progu wita nas uśmiechnięte &lt;b&gt;Swear Your Love&lt;/b&gt;. Tak, rację mieli ci, którzy twierdzili, że ta płyta mogłaby być kolejnym wydawnictwem Toto. Bo tu do pełni szczęścia brakuje tylko charakterystycznej gitary i wokalu Lukathera. Wszystko inne jest właściwie takie samo. A Joseph Williams bez problemu w całym utworze swobodnie i bez absolutnie żadnego napinania się, udowadnia, ze gorszym wokalistą od Kimballa na pewno nie jest. Podobnie będzie w kolejnym kawałku, zatytułowanym &lt;strong&gt;Say Goodbye&lt;/strong&gt;. To znów mogłoby być po prostu Toto... A tak w ogóle to słyszałem, że Joseph jest obecnym wokalistą Toto, mimo, że formalnie ogłoszono zakończenie działalności tej ekipy. Muzycy rozeszli się po innych zespołach, a Bobby wraz z członkami Yes i Circa, utworzył supergrupę Yoso, która rok temu wydała już swój pierwszy album długogrający. Wracając do utworu - utrzymany w charakterystycznej manierze Toto, spokojnie można by go prezentować jako ich zaginiony lub mało znany kawałek. &lt;strong&gt;Sometimes You Win&lt;/strong&gt; to taki leciutki utwór. Mało w nim rocka, więcej łatwo strawnego popu ale słucha się tego bardzo przyjemnie. Na pewno pasuje do określenia romantycznej ballady, których lubią słuchać nasze panie. W latach '80 ubiegłego wieku pełno było takich utworów, a o znacznej ich liczbie pamięta się do dziś i słyszy czasem w radio. Można to nazwać chyba sentymentalną wycieczką w przeszłość. Bardziej żwawym ale wciąż lekkim i przebojowym utworem jest kolejny na trackliście &lt;strong&gt;Where to Touch You&lt;/strong&gt;. Zwrotka może aż tak w ucho nie wpada ale w refrenie znów mamy nasze ulubione Toto. Podoba mi się to jak Joseph udaje Kimballa, a Friestedt swoim sposobem gry naśladuje solówki Lukathera. Do tego ładne chórki i mamy kolejną, udaną pozycję. A płyta jak się podobała tak się podoba. Wycieczkę sentymentalną, nie tylko z powodu tytułu ale także z powodów muzycznych kontynuujemy w &lt;strong&gt;Going Home&lt;/strong&gt;. Tym razem jest to ścieżka instrumentalna. Lekka, przyjemna, wywołująca uśmiech i wspomnienia. Idźmy dalej. Takie utwory jak &lt;strong&gt;Stay with Me&lt;/strong&gt; często pisywał i śpiewał Lukather. Nie tylko na płytach Toto ale także na swoich solowych wydawnictwach. Tu jednak tej charakterystycznej otoczki jest już jakby mniej i czuje się ją tylko w refrenie. Całość jest bardzo dobrym, choć lekkim AOR-owym utworem. Peter ładnie ozdabia go zgrabną solówką. Patrząc na listę utworów i dostrzegając tytuł &lt;strong&gt;One More Night&lt;/strong&gt; w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że kojarzy mi się z przebojem Phila Collinsa. Rzecz jasna nie jest to kower naszego ulubionego łysola, choć niektóre nuty jakie słychać w tym kawałku są właśnie dla niego zarezerwowane. No te pianino to jakby spod jego palców. Całość znów pachnie Toto, choć tu i ówdzie może kojarzyć się z pewnym bardzo znanym i lubianym utworkiem The Police. Nie powiem o co konkretnie mi chodzi, chcę byście sami tego posłuchali i ocenili. Ja nawet nie chce myśleć co można by z tego wycisnąć, gdyby pojawił się tu Phill w formie... Obydwaj panowie zaskoczyli mnie w &lt;strong&gt;Gotta Find it&lt;/strong&gt;, w którym więcej jest rockowo ujętego soulu, a całość przypomina mi (nie bijcie) dokonania Simply Red. Przyznam, że bardzo podoba mi się ten kawałek. Wydawnictwo zamyka bardzo nastrojowy &lt;strong&gt;Letter To God&lt;/strong&gt;. Lekki utwór w którym słychać tylko pięknie śpiewającego Williamsa i pianino. I znów - gdyby tu pojawił się Collins! Choćby tylko na moment, choćby po to by wspomóc grą na pianinie i wokalem w refrenie.&lt;br /&gt;I już koniec - pierwsze wrażenie: już? Ten LP jest zdecydowanie za krótki, przydałoby się więcej, choćby tylko dwa lub trzy utwory. Ale może właśnie o to chodzi? By zaczarować słuchacza, porwać go do muzycznego świata i zostawić z niedosytem? To jest piękna płyta, może nie będzie wysoko w podsumowaniach ale każdy fan dobrego powinien jej posłuchać. Nikt nie powinien być rozczarowany. Panowie na tym wspólnej płycie odwalili kawał dobrej roboty. Mi podoba się od początku do końca. Jedyną wadą jest to, że trwa tak krótko. Ale potem znów można wcisnąć przycisk "Play" i wszystko zacznie się od początku. Z rozmysłem nie stawiam oceny, wierzę, że tak jak spodobała się mi, tak spodoba się Wam. Z okładki spoglądają twarze naszych bohaterów. Oni ze swojego dzieła są zadowoleni. Wy też będziecie. Serdecznie polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-9040058893038383182?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/9040058893038383182/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/williams-friestedt-st-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/9040058893038383182'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/9040058893038383182'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/williams-friestedt-st-2011.html' title='Williams-Friestedt - ST (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-7HA0_Ng62-A/TcUYPRfwWrI/AAAAAAAAAZI/8fW39u1g3wI/s72-c/cover.png' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-2746891199842951208</id><published>2011-05-07T07:47:00.000+02:00</published><updated>2011-05-07T07:47:26.744+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rock &apos;n&apos; Roll'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Chrome Division - 3rd Round Knockout (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-xzOYI5eAPII/TcTc5ToUoxI/AAAAAAAAAZE/eU_7UgdFZpw/s1600/Chrome+Division+-+3rd+Round+Knockout+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-xzOYI5eAPII/TcTc5ToUoxI/AAAAAAAAAZE/eU_7UgdFZpw/s320/Chrome+Division+-+3rd+Round+Knockout+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Trzy lata przyszło czekać fanom tej norweskiej ekipy na nowy krążek. Dużo to? Mało? Chyba tak właściwie to trochę przydługo jednak. No ale nie może być inaczej, skoro panowie realizują się także w innych projektach, a mózg przedsięwzięcia, Shagrath, zajęty jest głównie swoim priorytetowym udzielaniem się w Dimmu Borgir. Dopiero gdy oni odpoczywają ten zabiera się za dłubanie przy swoim drugim zespole. Jak wszyscy zapewne pamiętają, ta chromowana ekipa debiutowała w roku 2006 albumem "Doomsday Rock 'N Roll", wywołując sporą sensację i zamieszanie. Z miejsca też zostali okrzyknięci następcami Motorhead. I nie dziwi to wziąwszy pod uwagę, że nie tylko muzycznie panowie czerpali z ekipy Lemmy'ego. Mogła podobać się także tematyka utworów, w której królują peany na cześć piwa, kobiet i harleyów. Drugi LP, na który poczekać trzeba było dwa lata, został zatytułowany "Booze, Broads and Beelzebub". Otrzymywał różne recenzje, choć nadal mógł się podobać, to ciągle było to radosne, motorheadowe grzanie. Gdy w rok po premierze z zespołu odszedł wokalista Eddie Guz wielu wieszczyło rychły koniec Chrome Division. No cóż, takiego wokalistę trudno jest zastąpić. Najwyraźniej panowie znaleźli godnego następcę, bo oto trzymam w ręku najmłodsze dziecko zespołu, nieco buńczucznie zatytułowane "3rd Round Knockout". Tak patrząc na tytuł to chyba należy zacząć się bać. No bo jeśli to ma być nokaut... Nie chcę być wyniesiony na oczach całej publiki. Tak czy owak, Norwegowie atakują trzecią płytą, na której jak obiecują ma być sporo kawaleryjskiej jazdy harleyami, głośnych, gęstych od papierosowego dymu imprez, na których pod dostatkiem będzie alkoholu i kobiet. Miłym akcentem jest umieszczenie na płycie zapewne wszystkim znanego utworu Johnny'ego Casha, &lt;strong&gt;Ghostriders In The Sky&lt;/strong&gt;. Rock 'n' rollowa wersja słynnego klasyka, którego można usłyszeć m.in. w filmie "Blues Brothers" wypadła całkiem fajnie. Tak więc panie i panowie, powitajcie Chrome Division w rundzie trzeciej. Jako wzmocnienie band przyprowadził ze sobą nowego wokalistę w osobie niejakiego Shady'ego Blue, wcześniej związanego z ekipami Ringnevond i Susperia. Trzeci wypiek ekipy Shagratha miał swoją premierę w piątek, 6 maja 2011. Zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z tym dziełem. Na początek &lt;strong&gt;Bulldogs Unleashed&lt;/strong&gt;. Chwila, czy to naprawdę jest TEN zespół? Gdzie to potężne, brudne brzmienie? Gdzie dudniące gary? Zamiast tego przytłumione, aczkolwiek nadal motorheadowe łupanie ale ta perkusja tu nie pasuje. Do tego pewne novum w postaci istotnej zmiany tempa i nastroju utworu. I to jest naprawdę fajne. Takie zwolnienia są naprawdę w porządku. No i ten miażdżący riff! Na szczęście nowy wokalista też daje radę. &lt;strong&gt;7 G-Strings&lt;/strong&gt; tak do końca mnie nie przekonuje, szczególnie ten bardzo amerykański, stonerowy refren. I znowu zwolnienie, które osobiście kojarzy mi się z bardzo znanym "Erase" pewnego bardzo znanego, death metalowego zespołu. Jako podpowiedź napiszę, że grał w nim kiedyś sam James Murphy. Na dobrą sprawę ten album zaczyna się w &lt;strong&gt;Join The Ride&lt;/strong&gt;. Dlaczego nie dano tego jako otwieracz nie mam pojęcia. Szkoda, bo zarówno tytułem jak i muzycznie znakomicie się do tego celu sprawdza. Jest znakomita melodia, klimatyczne gitarki, wreszcie dobre brzmienie i chóralny refren. Nie ma co prawda pędzenia na złamanie karku ale czy tylko o to chodzi? Tu postawiono na rasowe, amerykańskie pojmowanie rocka. Wypadło znakomicie. I żałuję, że właśnie do tego utworu nie nakręcono klipu promocyjnego. Naprawdę udana rzecz i bodaj najlepsza na całym LP. Komu brakuje galopad ma dla siebie &lt;strong&gt;Unholy Roller&lt;/strong&gt;, który jakoś tam nawiązuje do arcyudanego "Serial Killer". Wrażenie robi kapitalna solówka. Norwegowie to jednak potrafią grać. Bardzo ale to bardzo podoba mi się śpiew nowego wokalisty. Głos pana Blue znakomicie nadaje się do proponowanych dźwięków, a sam zainteresowany wie jak go używać. Ciekawe czy &lt;strong&gt;Zombies And Monsters&lt;/strong&gt; to taka auto ironia po przebytych pijatykach? Może coś w tym jest bo samo granie w stylu Motorhead już nie wystarcza, a po dwóch poprzednich utworach znów robi się nudno. Tylko wokalista ratuje ten numer ale co z tego gdy reszta nie daje mu odpowiedniego wsparcia? Szósty w kolejności &lt;strong&gt;Fight&lt;/strong&gt; z groźnie brzmiącym "przychodzę by skopać wam dupy" też zionie nudą. Nie ma tu przysłowiowej iskry bożej, nie ma efektownej, porywającej melodii i killerskiego, przebojowego refrenu. To już połowa wydawnictwa i tak właściwie to nic się nie dzieje. Zasadne więc staje się pytanie, czy to naprawdę będzie nokaut. Bo mi osobiście nie wydaje się by tak miało być. Zespół najwyraźniej wraz z nowym krzykaczem polubił nowości bo serwuje nam rasowego bluesa w &lt;strong&gt;The Magic Man&lt;/strong&gt;. I to mogłoby być w porządku. Tylko, że nie jest. Bo oglądanie się na bardziej utytułowanych kolegów po prostu nie wyszło, a sami zainteresowani nie potrafili stworzyć te niepowtarzalnej atmosfery jamm session. Po co ta bezsensowna łupanina i denerwująca, bezładna harmonijka? Blues powinien mieć swój klimat, swój nastrój. Mam wrażenie, że tu odwalono to na kolanie i tyle... Naprawdę szkoda bo to naprawdę mógłby być przebój. Nie przyciąga także &lt;strong&gt;Long Distance Call Girl&lt;/strong&gt;. Takich utworów wstydziłby się nawet Kilimister. Nie ratuje go nawet po raz kolejny na tej płycie oglądanie się na amerykańskiego, południowego rocka. Drodzy panowie! Nokautu w trzeciej rundzie na pewno nie będzie. Pod koniec płyty mamy wspomniany już przeze mnie utwór Casha, &lt;strong&gt;Ghost Rider In The Sky&lt;/strong&gt;. Napisałem, że brzmi całkiem w porządku. I tak jest. Ale gdy tak się nad nim dłużej zatrzymać to chyba mogłoby być jednak lepiej. Żałuję, że Chrome Division nie miało odwagi by zrobić to w konwencji stricte bluesowej. Chociaż może i nie ma się czemu dziwić, mając w pamięci niezbyt efektownego bluesa nieco wcześniej... Ten zespół, choć ma zadatki na to by stworzyć fajną, ciekawą atmosferę (vide trzeci utwór) to albo boi się to robić albo nie umie tego wykorzystać. Ten nieco ponad czterdziestosiedmiominutowy wypiek zamyka udany &lt;strong&gt;Satisfy My Soul&lt;/strong&gt;. Wreszcie mamy tutaj to wszystko co powinno być. Jest dobry riff, dobra melodia, chóralny refren i odpowiednia atmosfera. Jaka szkoda, że zabrakło pomysłów na więcej. Może to jednak tylko ja się czepiam? Może właśnie ma być tak, że ci panowie przez długie minuty nie prezentują niczego specjalnego by w najbardziej niespodziewanym momencie go zaskoczyć? No bo nawet na płytach Motorhead więcej dobrych numerów się nie znajdzie. Zawsze będzie ich kilka (są wyjątki, wiem). Tylko patrząc na tytuł płyty oczekuje się więcej. Poznęcam się jeszcze nad brzmieniem. Mogłoby być potężniejsze, wtedy te interesujące zmiany tempa wypadłyby jeszcze lepiej. Należy jednak pochwalić za bardzo interesujące w wielu miejscach solówki. Mogło być lepiej tu i ówdzie, ale niech tam. Mam natomiast duże obiekcje co do brzmienia sekcji. Nie cierpię takiego pykania garów. Oczekuję potężnego kopa i młócenia. O zupełnie niemal niesłyszalnym basiście nie wspomnę. Jedynym, który tu nie zawalił i udanie pokazał się na tej płycie jest wokalista. Zmiana wypadła bardzo naturalnie i słuchacz nie odczuwa specjalnego szoku, co często się w takich przypadkach zdarza. Zastanawiam się tylko jak odbiorą te zmianę fani, bo i zespół i sam wokalista w wielu fragmentach brzmią jak jakiś southern rockowy band ze Stanów. Mi to absolutnie nie przeszkadza o ile będą to takie utwory jak "Join The Ride".&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Pora na podsumowanie. No cóż, porywający album to z pewnością nie jest, aż tak zły chyba też nie. Jednak o zapowiadanym w tytule nokaucie nie może być mowy. To jest nadal miks heavy metalowego, radosnego grania a'la Motorhead z czymś nowym. Niektórym się spodoba innym znów nie. Pomysłów wystarczyło zaledwie na trzy utwory plus cover Casha. To za mało, przynajmniej dla mnie. W wielu miejscach z płyty wyziera nuda, absolutnie nic się nie dzieje, a całość płynie, bo zespół gra dla samego grania. Jako pierwszy wypiek z nowym wokalistą można to przełknąć. Wiem jednak, ze Shagratha i kolegów stać na dużo więcej. Potraktuję więc całość jako zły miłego początek, z nadzieją na to, że za czas jakiś otrzymam naprawdę killerski i powalający LP. Taki, co do którego obiekcji mieć nie będę. Póki co więcej niż 7/10 nie postawię. Moim zdaniem nie ma ku temu podstaw. Czy polecam? Umiarkowanie tak.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-2746891199842951208?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/2746891199842951208/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/chrome-division-3rd-round-knockout-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2746891199842951208'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/2746891199842951208'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/chrome-division-3rd-round-knockout-2011.html' title='Chrome Division - 3rd Round Knockout (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-xzOYI5eAPII/TcTc5ToUoxI/AAAAAAAAAZE/eU_7UgdFZpw/s72-c/Chrome+Division+-+3rd+Round+Knockout+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-8969779695907944266</id><published>2011-05-06T02:38:00.000+02:00</published><updated>2011-05-06T02:38:47.202+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Thrash Metal'/><title type='text'>Kamala - Fractal (2009)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-dXW3Yx3QVyo/TcNC_8luCcI/AAAAAAAAAZA/TB4V5hV20kk/s1600/Kamala+-+Fractal+%25282009%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/-dXW3Yx3QVyo/TcNC_8luCcI/AAAAAAAAAZA/TB4V5hV20kk/s1600/Kamala+-+Fractal+%25282009%2529.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nieczęsto zdarza mi się sięgać po krążki oznakowane naklejką "Thrash Metal". Nie będę się sprzeczać, jeśli ktoś zarzuci mi, że źle robię i z tego powodu dużo tracę. Być może. Uważam jednak ten gatunek Metalu za bardzo wyeksploatowany, w którym trudno zagrać coś nowego, jednocześnie pozostając wiernym thrashowej tradycji. Nie bardzo podoba mi się również szafowanie wysłużonym "Thrash 'til death" przy pierwszym, lepszym wydawnictwie, które za takowe chce koniecznie uchodzić. Bo większość z tego co się ukazuje jest albo wiernopoddańczym i bezmyślnym kopiowaniem starych Mistrzów albo nudnym i odtwórczym do bólu rzemiosłem. Co prawda mogącym się podobać i ładnie wyglądającym ale tylko rzemiosłem. Co więc mogło urodzić się w ojczyźnie Sepultury? Ja od razu pomyślałem, że będzie to nic innego jak tylko klon dokonań zespołu braci Cavalera i spółki. Tymczasem okazuje się, że w Ameryce Południowej, kraju opalonych power metalowych rycerzyków i marakasów, powstał sobie zespół, który jeśli tylko będzie miał szczęście i trafi na solidną wytwórnię, gotową zaryzykować i włożyć pieniądze w nikomu praktycznie nie znany projekt, to będziemy mogli mówić o sporej sensacji. W każdym razie ja sięgając po album "Fractal", z wyżej wymienionych powodów, nie spodziewałem się niczego specjalnego. W którejś recenzji napisałem, że po niektóre płyty sięgam tylko z powodu czyjejś rekomendacji, entuzjastycznych wypowiedzi krytyków i fanów albo ze zwykłej ciekawości. Tymczasem do dziś nie wiem co mnie podkusiło by zapoznać się z drugim i ostatnim jak do tej pory dziełem tej brazylijskiej grupy. Ot, gdzieś natknąłem się na klip do jednego z utworów. Zanim jednak zapoznałem się z nim, spojrzałem na zdjęcie zespołu. I tu zaskoczenie numer jeden. Żadnego tam thrashowego wizerunku, obnoszenia się z naszywkami, katanami, żadnych groźnych min i rogów. Zamiast tego ascetyczny i schludny wygląd na miarę starego, scenicznego wyglądu Metalliki. Ale ponieważ z tego niewiele się wnioskuje to zapoznałem się z klipem do singla &lt;strong&gt;The Fall&lt;/strong&gt;. To co usłyszałem wstrząsnęło mną, zaszokowało i spodobało się na tyle, że trzyma mnie do dziś i puścić nie chce. Zanim jednak przejdę do omawiania całego wydawnictwa to coś Wam o nich powiem, bo z całą pewnością na to zasłużyli. Zespół Kamala powstał w brazylijskim Campinas (São Paulo) w roku 2003. Nie od razu jednak przyszło im zadebiutować. Na to musieli poczekać do roku 2007, kiedy to nakładem małej i chyba raczej nie istniejącej już dziś wytwórni Overload, światło dzienne ujrzał ich pierwszy LP, skromnie zatytułowany "Kamala". Bez bicia przyznaję się, że nie znam tej płyty. Na drugi album, który jak myślę, jest już dojrzalszym, choć nie pozbawionym jeszcze niedociągnięć dziełem trzeba było poczekać do roku 2009, kiedy to własnym sumptem zespół obwieścił nadejście drugiego LP, omawianego dziś krążka "Fractal". Na początek okładka. Skromna by nie rzec ascetyczna ale drapieżna i co tu dużo gadać - estetyczna. Taka, która zachęca do zapoznania się z zawartością srebrnego krążka. A ten oferuje naprawdę wiele. W dobie gdy znakomita większość młodych thrash metalowych ekip bezmyślnie i na siłę stara się być old schoolowa, ci panowie zdecydowali o wejściu na nieco inne, szersze muzyczne wody. Cały czas pozostali wierni tradycji ale wpletli w nią coś więcej. Z całą pewnością thrash metal to tylko jedna ze składowych części tejże płyty. Mamy tu więc także swobodne, świetnie zrobione nowoczesne, metalowe łojenie, mocarną produkcję (na kolana, niewierni!), nienachalne nawiązania do starej Sepultury mniej więcej z okresu "Arise", oraz świetne przejścia do klimatów znanych z Machine Head czy Fear Factory. To wszystko zaprawione młodzieńczym zapałem złożyło się na w wielu miejscach interesujący, przebojowy ale nie pozbawiony mocy, agresji oraz profesjonalizmu materiał. Etniczne wibracje witają nas w &lt;strong&gt;Consequences&lt;/strong&gt;. I choćby tu należy mieć już naturalne skojarzenie z ekipą Maxa i Igora. I nic w tym złego, skoro dźwięki, które serwuje Kamala cieszą ucho na tyle, że nie ma się ochoty wyłączać tego po kilkunastu taktach. To co wydobywa się z głośników nie jest także nudnym, nowomodnym, metalowym graniem jakiego dziś pełno. Nie! To jest zupełnie coś odmiennego, coś nareszcie interesującego i świeżego. Sposób gry zespołu nie tylko kojarzy się z ich starszymi kolegami po fachu ale przede wszystkim jest tu coś z industrialnego ducha ekipy Bella i Cezaresa. Przyznam, że robi na mnie wrażenie sposób w jaki to połączono nie powodując konfliktu. No i wspaniały, rasowy wokal pana Raphaela Olmosa. Jeszcze mocniej dokładają do pieca w &lt;strong&gt;Stand On My Manger&lt;/strong&gt;. Tak sobie myślę, że w sposobie rozwiązywania motoryki utworów panowie sięgnęli do utworów Megadeth. Dave Mustaine lubi od czasu do czasu wtrącić tu i ówdzie gitarowe łamańce. Tak samo zrobiono i tu. Mamy także conieco odniesień do Death Metalu w riffowaniu. W &lt;strong&gt;Purify&lt;/strong&gt; ponownie sięgnięto do dokonań Fear Factory, dokładając to i owo od panów z Machine Head. Może podobać się to motoryczne młócenie oraz zmiany tempa. Udała się tutaj panu Andreasowi Dehnowi solówka, choć nie uszło mojej uwadze, że jest on zapatrzony w gitarzystów Slayera. Niestety z tego tez powodu psuje on często ogólne wrażenie ze słuchanego utworu, bo jego popisy jeszcze nie są tak efektowne jak panów Stefka i Kinga. Tak właśnie stało się w mega przebojowym &lt;strong&gt;The Fall&lt;/strong&gt;. Tu wokalista, obok swojej agresywnej barwy głosu, ujawnia drugą. Bardzo dobrą zresztą, oryginalna i tak rockową, że wielu uznanych krzykaczy mogłoby mu pozazdrościć. Udało się zespołowi skonstruować bardzo udany kawałek i zaprawić go cholernie melodyjnym i łatwo wpadającym w ucho refrenem. Naturalnym więc był fakt, że właśnie ten numer wybrano do promocji i nakręcono doń makaron na widelec czyli wideoklip. Bardzo fajny zresztą, ot grający zespół (zwróćcie uwagę na wiosło wokalisty!) z kilkoma dodatkowymi scenkami. Niestety ta piszcząca solówka pasuje tu jak pięść do oka. Szkoda, bo to udana rzecz. Dzieło zniszczenia kontynuowane jest w niemal death metalowym &lt;strong&gt;Push&lt;/strong&gt;. Tu dano nieco nowomodnie brzmiący, aczkolwiek pasujący do całości, melodyjny i dający się zapamiętać refren. Wiele nowych ekip stosuje takie rozwiązania ale nie brzmią one tak przekonująco jak tu. Niestety znów całość psuje niezbyt udana solówka. Silenie się na bycie rockmanem w takim utworze nie przynosi chwały. Panowie, proszę... Kapitalny, thrashowy wstęp wita nas w &lt;strong&gt;What Is That?&lt;/strong&gt; No właśnie: co to jest? Ano kawał solidnego, bezlitosnego mielenia na wysokim poziomie. Słuchając sobie tego kawałka zastanawiałem się co by powiedzieli obecni wioślarze Exodusa i jakby poczuł się tu taki Chuck Billy albo Zetro Souza. Albo jeszcze lepiej obydwaj. To jest wymarzony numer dla obydwu panów. Całości wrażeń dopełniają industrialne wstawki i wreszcie dopasowana solówka. &lt;strong&gt;In Others Mind&lt;/strong&gt; podoba mi się ze względu na płynne zmiany nastrojów, od bezlitosnego, thrashowego łojenia do klimatów czysto rockowych. Kto chce może poszukać sobie czegoś z Zyklon w agresywnym riffowaniu i growlu wokalisty. Nie powiedzieliśmy sobie niczego o sekcji. Jest, słyszalna, robiąca swoje. Ale to co robią tu panowie perkusista i basista może powodować u innych uznanych kolegów po fachu zawstydzenie. Obydwaj panowie mimo tego, że brzmią dość ascetycznie i robią po prostu swoje to budzą mój podziw. Powrót do klimatów a'la Sepultura mamy w &lt;strong&gt;Determination&lt;/strong&gt;. Posłuchajcie tego refrenu. To już gdzieś było (nie pamiętam gdzie) ale agresja wylewająca się z niego mnie powala. Szkoda, że i solówka w całości nie jest taka, jakiej byśmy tu sobie życzyli i oczekiwali. Na pewno jednak jest to jeden z najlepszych utworów na tym LP. Czasem na takich krążkach pojawiają się utwory, w które wplata się szum informacji radiowych, czy tez telewizyjnych. Podobny zabieg zastosowano w &lt;strong&gt;No Turning Back&lt;/strong&gt;. Myliłby się ktoś posądzając ich tylko o thrash. Tu znów jest coś więcej. W riffach panowie nie ustępują Kanadyjczykom z Kataklysm. Posłuchajcie tego uważnie. Podobnie będzie w chociażby takim "Taking the world by storm". Zakończony troszkę nowomodnie i nieciekawie ale co tam. W takim &lt;strong&gt;Fractal&lt;/strong&gt;, Kamala udowadnia, że i oni potrafią młócić w stylu największych, thrashowych firm, jednocześnie trzymając się z dala od kopiowania. Jest to numer w całości instrumentalny ale zawarto w nim tyle pomysłów i rozwiązań, że niejeden uznany band mógłby się z zakłopotaniem podrapać w głowę. To udane dzieło kończy ostatni ma płycie &lt;strong&gt;Stillbirth&lt;/strong&gt;. Groźnie zatytułowany, obiecujący, że to jeszcze nie koniec. Zapowiadający więcej. Ostatni ale wcale nie najsłabszy i żadna tam zapchajdziura. Niszczący obiekty, bezlitosny walec. Idealna demolicja. Nic dodać, nic ująć. Posłuchajcie tych niemalże blackowych skrzeków i sposobu gry zespołu. Tego niepokojącego pierwiastka. Pokażcie mi taki drugi kawałek. Ja nie znam takowego i nie sądzę aby istniał.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ciekawe, że tak udany wypiek ukazał się właśnie w Brazylii. Wielka szkoda, że nikt się tym nie zainteresował. Mimo tych drobnych, aczkolwiek przeszkadzających w odbiorze wpadek jest to płyta bardzo solidna i nie przynosząca wstydu. Jestem tym krążkiem mile zaskoczony. Tu nie ma nudzenia, grania dla samego grania i kopiowania innych. Zespół przedstawił własną wizję thrashu. Jest ona na tyle atrakcyjna, udana i co tu dużo gadać - oryginalna, że z niecierpliwością oczekuję nowej porcji dźwięków od tych panów. Z tego co wiem, zespół intensywnie koncertuje. Mam nadzieję, że gdzieś tam, w zaciszu sali prób narodził się już wstępny szlif kolejnej fali zniszczenia, która mam nadzieję - nadejdzie niebawem. Dopóki to nie nastąpi polecam "Fractal" Waszej uwadze. Ode mnie 8,5/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-8969779695907944266?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/8969779695907944266/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/kamala-fractal-2009.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8969779695907944266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8969779695907944266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/05/kamala-fractal-2009.html' title='Kamala - Fractal (2009)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-dXW3Yx3QVyo/TcNC_8luCcI/AAAAAAAAAZA/TB4V5hV20kk/s72-c/Kamala+-+Fractal+%25282009%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-845649658240039862</id><published>2011-04-30T12:56:00.000+02:00</published><updated>2011-04-30T12:56:32.704+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Vicious Rumors - Razorback Killers (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-F1LV061kzx4/Tbvq1HRk2VI/AAAAAAAAAY8/Gdstn5H2S5U/s1600/Vicious+Rumors+-+Razorback+Killers+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-F1LV061kzx4/Tbvq1HRk2VI/AAAAAAAAAY8/Gdstn5H2S5U/s320/Vicious+Rumors+-+Razorback+Killers+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tak sobie analizuję nieco te kilka miesięcy obecnego roku, patrzę ileż to fajnych płyt się ukazało i zapewne sporo jeszcze takowych ujrzy światło dzienne i myślę sobie, że to będzie kolejny, udany rok dla muzyki metalowej. A przy okazji recenzowanego dziś nowego dzieła Vicious Rumors, zastanawiam się co też do cholery jest w tych starych zespołach, które do czasów obecnych nagrywają i wydają nowe płyty. Jak to jest, że mimo trzymającego się mocno nowomodnego grania potrafią one znaleźć sposób na to by zabrzmieć świeżo, przekonująco i wciąż kopać dupy wątpiącym w ich możliwości wielbicieli metalowego łojenia? Czemu następuje wtedy powszechna konsternacja, a wszyscy wysłuchawszy nowych dźwięków z szacunkiem pochylają głowy? Odpowiedź jest tylko jedna. Na tych płytach wciąż jest nieskrępowana radość grania, zajebista adrenalina i to co przecież najważniejsze: wszechobecny duch lat osiemdziesiątych najwyższej próby. I mimo, iż dziś "Razorback Killers" opatrzone jest przez wszystkich łatką Heavy Metal, to na tej płycie wciąż jest to "coś" co charakteryzowało te wszystkie thrashowe płyty z przeszłości. Jest ten pazur, wszechobecna moc i wirtuozerski poziom muzyczny. Szukając porównań postawiłem tę płytę obok najlepszych dokonań Testament, Megadeth, Metal Church oraz... Primal Fear. I wiecie co? Nowe wydawnictwo tych Kalifornijczyków wcale nie wypada gorzej. Ba, czasem nie mogę się nadziwić w jaki sposób udało im się powrócić w tak wielkim stylu. Bo przecież z górki nie mieli. Wystarczy przypomnieć liczne wstrząsy w składzie zespołu oraz tragiczną śmierć wokalisty w wypadku samochodowym w roku 1995. Potem były jeszcze trzy płyty z różnymi muzykami w składzie, ale dopiero w roku 2006, wraz z powrotem do składu panów Larry'ego Howe'a (zasiadał za perkusją), basisty Dave'a Starra oraz nowego wokalisty, niejakiego Jamesa Rivery, udało im się odczarować "fatum" i ukazał się krążek "Warball". Niestety na nowe dzieło przyszło czekać długich pięć lat. Ale czekanie opłaciło się, panowie raz jeszcze zebrali się, zagrali i co najważniejsze - nie zawiedli. Co prawda znów nastąpiły roszady w składzie, nie wpłynęło to jednak na jakość ich pracy. Pojawił się nowy wokalista, który tu po prostu morduje. Pan Brian Allen postanowił nie brać jeńców i swoim głosem udowadnia, że jest właściwym gościem na właściwym miejscu. Tak, tak moi mili. Dziesiąty studyjny wypiek tych amerykańców wysadzi Was z siodła już po pierwszym odsłuchu. Dostaniecie tu wszystko czego oczekujecie od rasowego, heavy metalowego wydawnictwa. Jest zatem bardzo ciężko, aczkolwiek cholernie przebojowo, są odpowiednie prędkości, jest thrash, są z polotem i wirtuozerią grane solówki, dudniąca i galopująca na złamanie karku sekcja, mordercze riffy i wspaniały, metalowy wokalista. Jak już wspomniałem wyżej, są tu świetne, przebojowe kompozycje z chóralnie śpiewanymi refrenami, które łatwo wpadają w ucho. Jest tu także to ledwo uchwytne "coś". Jeśli lubicie przedostatnią płytę Metal Church, ową "magię", która się tam unosiła, to pokochacie również i ten krążek. Nowe wydawnictwo Vicious Rumors miało swoja premierę 28 marca bieżącego roku i już mogę śmiało twierdzić, że będzie bardzo poważnym kandydatem do miana "Płyty Roku". Zarówno zespół jak i wytwórnia, szanowana i lubiana Steamhammer Records wiedzieli co robią podpisując stosowne papiery. Zatem mili Państwo, przed Wami nowy LP Waszego ulubionego zespołu. Usiądźcie wygodnie, wciśnijcie "Play" w odtwarzaczu i dajcie mu się porwać. Już od progu wita nas rasowy, heavy metalowy przebój &lt;strong&gt;Murderball&lt;/strong&gt;. Taki riff słyszało się w najlepszych utworach niemiaszków z Primal Fear. Tu został użyty jeszcze raz, ale w zestawieniu z przebojową, dającą się łatwo zapamiętać melodią i kapitalnym refrenem robi ogromne wrażenie. Zestawienie motoryki rodem z Judas Priest z thrashowym łojeniem rodem z Exodus okazało się znakomitym posunięciem. A jeśli komuś jest mało to na deser mamy solówki w wykonaniu samego Erica Petersona (Testament). Nie zdążycie ochłonąć i uchylić się od drugiego ciosu w postaci &lt;strong&gt;Razorback Killers&lt;/strong&gt;. I znów: thrashowa wściekłość w mariażu z heavy metalową galopadą i rozdzierającym na strzępy wokalistą. Coś jakby nieco niżej śpiewający Zetro. Lub coś takiego. Prawdziwa magia nadchodzi wraz z powolnym, aczkolwiek demolującym i miażdżącym &lt;strong&gt;Black&lt;/strong&gt;. I tu pojawia się to "coś" znanego już z Metal Church z płyty "A Light In The Dark". Nie wiedzieć czemu mam tu także skojarzenia z płytą Steel Assassin z roku 2007. Niemniej podoba mi się tu ten powolny, transowy rytm i kapitalny refren. I aż chce się zaśpiewać razem z Brianem "Blaaaaaaaaaack!!!". Niesamowity jest tu ten klimat. Doprawdy, rzadko trafiają się takie kawałki. Kontynuację mamy w &lt;strong&gt;Bloodstained Sunday&lt;/strong&gt;. Za sprawą tytułu skojarzył mi się od razu pewien znany utworek U2 ale to nic. Powoli, bardo ospale rozwija się ten utwór by przejść w znane i lubiane, exodusowe grzanie. Wrażenie robi demolujący, agresywny i chóralnie wykrzyczany refren. Podoba mi się także solówka. A propo nich. Jeśli ktoś z Was lubi shreddowanie to znajdzie tu sporo dla siebie. Zastanawiam się także, jak wypadłby w tych thrashowych fragmentach Stefek Souza gdyby go tu wpuścić. Zostawmy to jednak i przejdźmy do epickiego &lt;strong&gt;Pearl of Wisdom&lt;/strong&gt;. Już od progu wrażenie robią świetnie grające gitary i świetnie "przyciskający" pod Halforda i Scheepersa Brian Allen. A to w jaki sposób on tu śpiewa i to w jaki sposób kończy każdy refren musi budzić szacunek. To jest kolejny wolny ale cholernie wyniszczający kawałek. Na pewno jeden z najlepszych na płycie i jeden z najlepszych kawałków w tym roku. Oczywiście towarzyszy nam tu magia wyczarowana przez Kurdta i Munroe. Bardzo podoba mi się ta zmiana tempa. Takie zabiegi słyszy się na najlepszych thrashowych i death metalowych płytach, w szczególności tych bardziej melodyjnych. Osobiście lekko skojarzyła mi się pewna płyta Massacry... No ale nieważne. Interesująca solówka otwiera kolejną propozycję, zatytułowaną &lt;strong&gt;All I Want Is You&lt;/strong&gt;. Sposób gry wioślarzy przypomina nieco te lżejsze utwory Megadeth, choć nie wszędzie. Najważniejszy jest tu oczywiście po raz kolejny kapitalny refren. Ale nawet Dave nie wymyślił na swoich płytach takiego tła, jakie tu znajdujemy. Jest tu także coś z przywoływanej już płyty Metal Church. No i te grane unisono sola w tle, to świetny zabieg podkreślający melodię i wokale. A w takim &lt;strong&gt;Axe To Grind&lt;/strong&gt;, który jest sztandarowym, heavy metalowym manifestem świetnie poczułby się Ralf Scheepers, gdyby tylko był w formie. Oczywiście i tu towarzyszy nam thrashowe łojenie i chóralne zaśpiewy. Idźmy jednak dalej. Na takich albumach zawsze jest perełka. Najlepszy i najbardziej przebojowy kawałek. Tu mamy ultra-nośny, niemożebny hit w postaci &lt;strong&gt;Let The Garden Burn&lt;/strong&gt;. Ręka do góry, który nie zaśpiewa razem z zespołem tego chóralnego refrenu. No nie da się. A ile radochy daje radosna jazda na pełen gaz samochodem przy tym kawałku! No i ten wokalista... Facet jest po prostu niesamowity. Zatem zróbcie głośniej i niech zapłoną ogrody! Komu jeszcze mało to może sobie pogalopować w &lt;strong&gt;Rite Of Devastation&lt;/strong&gt;. Tu także wszystko już było ale nie ma takiej możliwości by się to nie spodobało. Wiecie, przez cały czas kołatało mi głowie, ze już gdzieś, na jakimś LP słyszałem podobnie wrzeszczącego i demolującego wokalistę. Już wiem gdzie. Było to na krążku Painmuseum. Jedyna cecha odróżniającą Tima Clayborne'a od Allena to taka, że na "Metal For Life" było więcej bezlitosnej furii zniszczenia i wszechobecnej agresji. Tu aż tak tego nie czuć. Ten niezwykle udany wypiek zamyka utwór &lt;strong&gt;Deal With The Devil&lt;/strong&gt;. W riffach znów jest ta thrashowo/deathowa motoryka, choć wciąż ma on cechy stricte heavy metalowe. Niemniej miło jest posłuchać tych dalekich ech, przynajmniej mi. Podoba mi się solówka nieco w stylu panów z Arch Enemy. Jak przystało na magiczny album, w połowie ostatniego utworu następuje zmiana nastroju. Jest wolniej, mroczniej, bardziej nastrojowo. I tak aż do końca, aż do wyciszenia, choć zdaje się, że zespół gra dalej.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nieco ponad pięćdziesiąt minut grania. Tyle samo magii, wzruszeń, niezapomnianych wrażeń, świetnych melodii, fajnych skojarzeń i wspomnień. Kapitalna, mega przebojowa płyta było nie było starszych panów, którzy jednak wciąż potrafią zaskoczyć, mocno przyłożyć i skopać tyłki niewiernym. Tu nie ma się do czego przyczepić. Doskonałe pomysły, takież wykonanie, wirtuozerski polot, miażdżąca sekcja (słyszalny basista!) swobodne przechodzenie z klimatów heavy metalowych do stricte thrashowych, świetne melodie no i zapamiętywalne utwory, a także przeboje, mające spore szanse na wysokie miejsca w rocznych zestawieniach. Tak jak cała płyta. Z pewnością zajmie ona zaszczytne miejsce na podium. Które? Za wcześnie by o tym wyrokować ale na pewno trudno będzie "Razorback Killers" zepchnąć i pobić. Tak więc jeśli jeszcze tego wydawnictwa nie posłuchaliście to koniecznie naprawcie to niedopatrzenie i dajcie się mu porwać. Ja gorąco polecam, myślę, że żaden maniak dobrych dźwięków i metalowego grzania na najwyższym poziomie nie będzie zawiedziony. Jeszcze raz zachęcam. Ode mnie nota maksymalna.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-845649658240039862?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/845649658240039862/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/vicious-rumors-razorback-killers-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/845649658240039862'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/845649658240039862'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/vicious-rumors-razorback-killers-2011.html' title='Vicious Rumors - Razorback Killers (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-F1LV061kzx4/Tbvq1HRk2VI/AAAAAAAAAY8/Gdstn5H2S5U/s72-c/Vicious+Rumors+-+Razorback+Killers+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-8891601635836026903</id><published>2011-04-28T16:59:00.000+02:00</published><updated>2011-04-28T16:59:46.911+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Dark Design - Time Is An Illusion (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-pq7j3L4mLFQ/TbmA1bR5ZRI/AAAAAAAAAY4/nvB4KSh7hS8/s1600/Dark+Design+-+Time+Is+An+Illusion+-+2011.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-pq7j3L4mLFQ/TbmA1bR5ZRI/AAAAAAAAAY4/nvB4KSh7hS8/s320/Dark+Design+-+Time+Is+An+Illusion+-+2011.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dark Design to debiutujący zespół ze Szwecji. Mimo, że "Time Is An Illusion" to ich pierwszy, studyjny wypiek, to ci panowie, za wyjątkiem nieznanego mi basisty, niejakiego Rogera Silowa, mają staż w grupie Her Whisper. Chyba przestało im się podobać granie Death Metalu bo panowie&amp;nbsp;Magnus af Nestergaard (gitarzysta i wokalista) i Kenneth Gilbert (perkusista) postanowili założyć band parający się graniem Heavy Metalu. Dark Design powstał w 2010, a już w roku bieżącym zdołali wydać swój pierwszy LP, ładnie zatytułowany "Czas jest złudzeniem". Trzeba przyznać, że mimo skromnego składu osobowego, band brzmi mięsiście, a kompozycje, zamykające się w liczbie 10 sztuk mogą się podobać. No właśnie - mogą się podobać, tylko tyle, czy aż tyle? Osobiście odnoszę wrażenie, że całość jest tylko solidnym materiałem, co prawda w przygotowanie którego panowie włożyli wiele serca ale tu raczej nic się specjalnie nie wyróżnia. Nie ma heavy metalowej kanonady riffów, ognistych solówek i niemożebnych przebojów. Nie oznacza to jednak tego, że nie ma tu czego słuchać, że zaproponowany materiał jest do niczego i słuchanie tego to strata czasu. Chcę wyraźnie zaznaczyć, iż mimo tego, że ten album jest solidnym, potężnym monolitem to słucha się tego bardzo dobrze, a miejscami ta ich twarda niewzruszoność może robić wrażenie. Słychać, że panowie wiedzą co zrobić ze swoimi instrumentami i jak mimo skromnego składu uzyskać mocne, by nie rzec potężne, selektywne i cholernie czytelne brzmienie. A to chyba nie jest łatwym zadaniem, jeśli wziąć pod uwagę to, że wiele zespołów mających w swoich szeregach wirtuozów często nie umie uzyskać interesującego soundu lub też nie wie jak uzyskać fajne brzmienie. Podoba mi się też wokal Magnusa. On po prostu śpiewa. Spokojnie, i zupełnie na luzie opowiada w każdym utworze jakąś historię z życia wziętą. Czasami zabrzmi to tak jakbyście usiedli z kimś przy wódce, i ów ktoś opowiadał Wam zupełnie beznamiętnym głosem o tym co mu się przytrafiło. Odnoszę nieodparte wrażenie, że mimo potęgi brzmienia ta płyta jest po prostu zimna jak kamień. 10 utworów, 10 historii, zero technicznych fajerwerków, technicznych popisów i wspinania się na niebotyczny poziom. Nic poza motorycznym, aczkolwiek momentami nużącym, heavy metalowym graniem. Dlaczego nużącym? A Wy chcielibyście by non stop ktoś miażdżył Was potężnym, bezlitosnym brzmieniem? Tu jest wiele fajnych melodii, udanych solówek i pomysłów. Mają one tylko jedną wadę: nie dają się zapamiętać. I właśnie to jest urok tej płyty. Ci Szwedzi mnie zaskoczyli. Patrząc na okładkę spodziewałem się zdecydowanego heavy metalowego grzania do przodu bez oglądania się za siebie. Szykowałem się na przyjęcie przebojowych, łatwych do zapamiętania refrenów, które z przyjemnością nuciłoby się razem z zespołem. Tymczasem nic z tego. Dark Design postawił na bezlitosne, powolne i metodyczne miażdżenie słuchacza na cienką bibułkę. Ja słuchałem tego krążka przynajmniej kilkanaście razy i z każdym, kolejnym obrotem zastanawiałem się co też ja mam o zawartości tego LP napisać. Naprawdę. Jeszcze raz zaznaczam: to jest solidne wydawnictwo, choć nie widzę większych szans, aby wdarło się przebojem na szczyty tegorocznych zestawień. Będzie zapewne w drugiej lub trzeciej dziesiątce podsumowania. Tylko z tego powodu, że dobrze się go słucha, ale zbyt łatwo o nim zapomnieć. Mimo tego spróbujcie posłuchać tej płyty i wyrobić sobie własne zdanie. Rozpoczyna się ona utworem &lt;strong&gt;The Awakening&lt;/strong&gt;. Na początek Magnus a capella, a później zdecydowany atak całego zespołu. Wokal może być zaskakujący i trudno będzie się do niego przyzwyczaić, trzeba jednak przyznać, że jest oryginalny. Podoba mi się ustawienie perkusji, strasznie lubię gdy gary właśnie tak "staro" brzmią. Postarajcie się wytrzymać do zmiany tempa utworu, zróbcie głośniej i posłuchajcie jak te trio wspaniale się uzupełnia. No i ten po prostu, ot tak, śpiewający Magnus. Jeśli cokolwiek uznać tu za przebój czy hit, to na pewno świetny riff w &lt;strong&gt;Trial And Error&lt;/strong&gt;. Rzadko słyszy się tak pomyślaną zagrywkę. Proste ale bardzo efektowne. Bez przerwy szukam w głowie porównań i nie znajduję ich. Więc albo nie ma tak grającego zespołu albo ja nie znam takowego. Gitarzysta udowadnia, że wie do czego służy wiosło i oprócz serwowania masywnych riffów, raczy nas od czasu do czasu, spokojnymi ale świetnymi solówkami, wtrącając tu i ówdzie ozdobne "wyciskanie" całkiem w stylu Zakka Wylde'a. Bezlitosne prasowanie na cienką bibułkę kontynuujemy w &lt;strong&gt;Insanity's Mind&lt;/strong&gt;. Ależ podoba mi się tu refren i wokale. Nestergaard wyciąga swoje górki w taki sposób, że w ogóle się nie męczy. Żadnego tam heavy metalowego piszczenia. Zamiast tego mamy tu głęboki, męski wokal, który niejednej pani zapewniłby na długo dreszcze. Udane solówki i niewzruszona praca sekcji dopełniają całości. Mi już nie chce się słuchać tego wydawnictwa ale nie mogę przestać. Wybaczcie ale uśmiechnąłem się przy &lt;strong&gt;Paragon Of Virtue&lt;/strong&gt; słuchając jak wokalista swoim odmiennym głosem stara się naśladować skrzeczenie Ozzy'ego. Całość to takie trochę silenie się na granie w tradycyjnym heavy metalowym stylu. Ogólnie - może być. Ładnie, spokojną partią fortepianu rozpoczyna się &lt;strong&gt;A Perfect Destiny&lt;/strong&gt;. Balladowy początek jest wstępem do dalszego prasowania słuchacza. I znów - jeśli przyznawać miano przeboju jakiemuś utworowi, to na pewno ten na to zasługuje. Podoba mi się progowe kombinowanie z riffami i ładnie schowane tło. Również solówka jest udana i niejeden wioślarz z kręgu prog metalu pokiwałby z uznaniem i może ze trzy razy zastanowiłby się zanim na swojej płycie zagrałby jakąś wydumaną solówkę. Tu nie ma kombinowania, wszystko jest proste, a mimo to efektowne i cieszące ucho. &lt;strong&gt;Fall Of Man&lt;/strong&gt; to znów nasze ulubiona nudzenie choć i tak wciągające. Choć gdy zespół zmienia tempo i pojawia się solówka (tradycyjnie, krótka i nieskomplikowana) na moment robi się ciekawie. &lt;strong&gt;Dead On Arrival&lt;/strong&gt; to bezsprzecznie najlepszy utworek na tym LP. Miażdżący, prosty riff, fajna melodia i bardzo udane sola oraz leniwe tempo całości. No i wspaniale śpiewający Magnus. On jest tu sporym zaskoczeniem. Nietypowy głos, spokój, i taki leniwy, jakby od niechcenia, sposób śpiewania naprawdę może się podobać. &lt;strong&gt;Lesser Of Two Evils&lt;/strong&gt; nie przynosi zmian w odbiorze całości. Tradycyjnie Magnus raczy nas udaną solówką. Znów nudno ale i tak fajnie. Groźnie zatytułowany &lt;strong&gt;Queen Of Betrayal&lt;/strong&gt; to kolejny "hit", który zaproponowało te trio.No nie sposób tu się do czegokolwiek przyczepić. Jest dobra melodia, tradycyjnie miażdżące łojenie, udane zwolnienie i ten jeden, jedyny raz przekombinowana ale i tak fajna i udana solówka. Tę nieco ponad 40-minutową płytę kończy udany &lt;strong&gt;Slave Under Desire&lt;/strong&gt;. Można odetchnąć z ulgą bo jakby nie patrzeć - ta płyta strasznie się dłuży jeśli uważnie się jej słucha. Jeśli jednak leci sobie w tle to absolutnie nie przeszkadza i tylko smaczki przyciągają uwagę.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mimo wszystko ja sugeruje zapoznać się z tym dziełem. Zdaje sobie sprawę, że wielu posłucha jej tylko raz i zapomni o jej istnieniu. Bo i niczym specjalnym ona się nie wyróżnia. Jest nietypowa - zgoda. I chyba tylko to stanowi o jej uroku. Mi się podoba, a te utwory, które wyróżniam zasługują na szczególna uwagę. Dawno nie było takiego grania. Dlatego cieszę się, że miałem możliwość posłuchać tego LP. Nota w granicach 8/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-8891601635836026903?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/8891601635836026903/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/dark-design-time-is-illusion-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8891601635836026903'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/8891601635836026903'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/dark-design-time-is-illusion-2011.html' title='Dark Design - Time Is An Illusion (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-pq7j3L4mLFQ/TbmA1bR5ZRI/AAAAAAAAAY4/nvB4KSh7hS8/s72-c/Dark+Design+-+Time+Is+An+Illusion+-+2011.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-5773333056811603976</id><published>2011-04-27T12:53:00.000+02:00</published><updated>2011-04-27T12:53:26.339+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Melodic Death Metal'/><title type='text'>Norther - Circle Regenerated (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-zpOyNMmzoqk/Tbf1cu3upoI/AAAAAAAAAY0/9cFgrGPsWLY/s1600/Norther+-+Circle+Regenerated+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-zpOyNMmzoqk/Tbf1cu3upoI/AAAAAAAAAY0/9cFgrGPsWLY/s320/Norther+-+Circle+Regenerated+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Norther to taki sobie skromny zespolik z Finlandii, często niesłusznie utożsamiany i porównywany do dzieciaków znad jeziorka Bodom. Porównanie to jest o tyle chybione, że to właśnie Alexi z kumplami załatwili im kontrakt na nagrania pierwszej płyty. No ale skoro tak się stało to i poszła fama. Tyle, że Norther nigdy nie zdołał się wspiąć na takie wyżyny jak Children of Bodom. O ile "starszy braciszek" z Bodom zdołał jako tako zachować swoją markę w nienaruszonym, choć już sfatygowanym i wyświechtanym stanie, to temu młodszemu już nie wiodło się tak dobrze. Ktoś kiedyś napisał o Norther jako uboższej wersji CoB, wciąż dreptającej za bardziej utytułowanymi kolegami i wiecznie będącymi w ich cieniu. Coś w tym jest ale gdy się spojrzy na noty albumów Północnika i na to kiedy ten zespół debiutował to krytyka ta nie wydaje się już być taka słuszna. Pierwszy album, zatytułowany "Dreams of Endless War" ukazał się w roku 2002. Gdzie w tym czasie znajdował się zespół pana Laho? Wydał właśnie ostatnią zjadliwą w całości "Hate Crew Deathroll". Ciekawy jest fakt, że to właśnie owa uboższa wersja dostała w ostatecznym rozrachunku notę wyższą. Nieznacznie, ale jednak. I jeszcze w tym samym roku nadeszła odpowiedź w postaci drugiego, znacznie wyżej ocenionego od utytułowanej konkurencji, krążka "Mirror of Madness". No i się zaczęło. Entuzjastyczne recenzje, które już od nagłówków krzyczały, że "tak powinien zabrzmieć CoB" zwróciły nań uwagę szerszej gawiedzi. W obozie było nie było rywala zapanowała konsternacja, czego skutkiem było odejście - moim skromnym zdaniem - poważnego wsparcia jakim był Alexander Kuoppala. Ten, kto zna moje zdanie wie, że bez tego muzyka zespół Children of Bodom nigdy już nie będzie taki sam. Podczas gdy ci zaczęli szukać jego następcy i nurzali się we własnym błotku, Norther przygotował następny LP "Death Unlimited". Uzyskał on nieco gorsze oceny ale wciąż trzymał się mocno ponad średnią 8/10. I naprawdę mógł się podobać. Niestety to było wszystko na co było stać ten zespół. I nie pomogło nawet to, że i Alexi Laho z kolegami zostali zrugani za "Are You Dead Yet?". Północnik za wydany w roku 2006 dość zachowawczy uzyskał noty w okolicach 7/10 ale to i tak było sporo więcej. Niestety w przypadku naszych bohaterów zabrakło pomysłów. Odchodzili kolejni muzycy, w tym Petri Lindroos, który po blamażu w roku 2008, postanowił skupić się na Ensiferum. Pojawili się nowi, chętni do gry w Norther ale w ten band po "N" już nikt chyba nie wierzył. Na jakiś czas zapadła cisza wokół tego zespołu, gdy oto w jego składzie pojawił się wokalista Aleksi Sihvonen. Pojawiło się światełko w tunelu bo przecież to wokalista nie byle jakiego i wciąż spoczywającego w pokoju, fińskiego Imperanon. Nieśmiałe nadzieje podsycił udany singiel &lt;strong&gt;Break Myself Away&lt;/strong&gt;, który okazał się błyskiem i zdawał się obiecywać znacznie więcej. Przyznam, że i ja byłem zaintrygowany. Z niecierpliwością oczekiwałem gdy będzie można wreszcie posłuchać całości. No i wreszcie jest. Okładka niestety niezbyt zachęcająca, wybrana w drodze plebiscytu wśród fanów ale niech tam! W końcu przecież jest całość i wypadałoby tego posłuchać. Przyznam, że otwarcie w postaci &lt;strong&gt;Through It All&lt;/strong&gt; mnie po prostu rozczarowało. Nastawiałem się na znacznie więcej. A tu rozczarowują wszyscy, w szczególności ex-wokalista wspomnianego Imperanon, którego siłowy harsh po prostu przeraża. To nie tak miało być! Pewną ozdobą tego kawałka jest fajna, melodyjna druga jego część z wpadającym w ucho refrenem ale czy nie mogło być tak od samego początku? To nadal nie jest to, co ten zespół prezentował dawniej. Jaka szkoda. Nieco lepiej jest w &lt;strong&gt;The Hate I Bear&lt;/strong&gt; ale gdzie mu choćby do prześwietnego "Death Unlimited"... No i ten kompromitujący refren. Do jasnej cholery, co się stało? Czy już żadnej ekipie z kręgów Melodic Death nie uda się przygotować udanego krążka? Przyznam, że z coraz większym zniechęceniem słuchałem tego wypieku. Bo i trzeci w kolejce &lt;strong&gt;Truth&lt;/strong&gt; nie przynosi poprawy. Na dobrą sprawę jest on tylko cieniem dawnych kompozycji Północnika no i te nachalne wręcz zapożyczania z CoB po prostu mnie irytują. A do szału doprowadza mnie bardzo źle śpiewający Sihvonen. Na tym wydawnictwie właściwie wszystko leży bo nawet brzmienie spaprano. Ładnie wypada tylko bas. Po prostu makabra. Gdy już miałem wyłączyć ten album i zająć się czymś innym pojawił się &lt;strong&gt;Some Day&lt;/strong&gt;. Dopóki jest "ładnie" to jest po prostu OK, ale gdy wchodzi harsh znów mam ochotę rzucić to w diabły. Oczywiście fajnie wypadają te melodyjne części utworów ale to jest zdecydowanie za mało. Szkoda tylko, że i te czyste wokale w porównaniu do nawet takiego "Frozen Angel" wypadają co najmniej słabo. I po co te pitolenie na końcu też nie wiem. Pocieszenie przychodzi dopiero w &lt;strong&gt;Break Myself Away&lt;/strong&gt;, który jest jedynym błyskiem dawnej świetności i powrotem do właściwej formy i swojego stylu grania. Tu wszystko po prostu MUSI się podobać. Powiem więcej. Gdyby Norther przygotował album z wyłącznie takimi kompozycjami to Dzieciaki mogłyby spokojnie rozwiązać zespół i zająć się czymś innym. Niestety tak nie jest, a szkoda, bo tego kawałka po prostu aż chce się słuchać. Całości wrażeń dopełnia wreszcie pasująca do całości solówka. Czyli jednak można i oni nie zapomnieli jak się gra i jak się pisze takie kawałki. Próba utrzymania dobrego wrażenia następuje w &lt;strong&gt;Believe&lt;/strong&gt; ale tu nie ma tej przestrzeni, która charakteryzowała numer poprzedni. Niemniej jednak coś się zaczyna dziać. Rzecz jasna jest to tylko blade wspomnienie po starych płytach, choć nie tak paskudne jak na początku tego wydawnictwa. No i &lt;strong&gt;Falling&lt;/strong&gt;, utwór numer dwa, jeśli chodzi o wrażenia. Troszeczkę kojarzy mi się z przywoływanym już wcześniej "Frozen Angel". Tak czy owak okazuje się, że znów można. Co nieco należało by tutaj poprawić ale i bez tego jest dobrze. Nawet czyste wokale wypadły znośnie, harsh też tak nie drażni, a dopasowane sola ładnie wszystko uzupełniają. Na ziemię ściąga &lt;strong&gt;We Do Not Care&lt;/strong&gt;, który jest po prostu okropny. No co to ma być? Tylko wymiany solówek da się tu słuchać. No i pięknie (to norma na całym LP) grającego basu. &lt;strong&gt;The Last Time&lt;/strong&gt; to znów oglądanie się na Children of Bodom, choć udany refren może się podobać. Jako całość wypada to jednak dość marnie. Zamykający to wydawnictwo utwór &lt;strong&gt;Closing In&lt;/strong&gt; to trzeci w kolejności wałek, który od początku do końca może się podobać. Jakie to smutne - 10 nowych kompozycji i tylko jedna trzecia z tego nadająca się do słuchania. Nawet nie chcę myśleć co można byłoby z niego wycisnąć gdyby poprawiono brzmienie i nadano jeszcze więcej przestrzeni. Bardzo ale to bardzo podoba mi się jak gra tu basista i reszta zespołu na jego tle. Ta melodyjna część jest po prostu świetna. Chyba nikt nie miał odwagi jej popsuć. Temu zespołowi jednak już chyba nic nie zaszkodzi. A może się mylę? Oby nie. Jednak gdybym miał coś zespołowi doradzać to niechże zwrócą się o pomoc, poradę do kolegi po fachu, pana Tuomasa Saukkonena z Before The Dawn. W tej chwili chyba tylko on byłby w stanie im pomóc.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Koniec końców jest to album w zasadzie rozczarowujący. Przygotowano tylko trzy udane kompozycje, reszta to tylko denerwujące grzmocenie w instrumenty. Spieprzono brzmienie, a tego nie potrafię zrozumieć. Ogromnym rozczarowaniem jest brak formy wokalisty Sihvonena. Biedak meczy się, usiłując brylować zdziera gardło aż do krwi. Niestety nic z tego nie wychodzi i dziwi to mając na uwadze to jak błysnął w Imperanon. "Circle Regenerated" nie zbiera dobrych ocen. Bo i nie ma za co. Trzy udane kompozycje to za mało by zasłużyć na przychylność. Płyta spozierająca nudą, miejscami wkurwiająca i tylko czasem pojawiają się przebłyski dawnej świetności. Ale to nie jest to, to zdecydowanie za mało... Circle Regenerated? Na pewno nie moi panowie. W ostatecznym rozrachunku nie dam więcej niż tylko 6/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-5773333056811603976?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/5773333056811603976/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/norther-circle-regenerated-2011.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5773333056811603976'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/5773333056811603976'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/norther-circle-regenerated-2011.html' title='Norther - Circle Regenerated (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-zpOyNMmzoqk/Tbf1cu3upoI/AAAAAAAAAY0/9cFgrGPsWLY/s72-c/Norther+-+Circle+Regenerated+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-1122878543278396159</id><published>2011-04-20T18:44:00.000+02:00</published><updated>2011-04-20T18:44:05.171+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Melodic Power Metal'/><title type='text'>Wisdom - Judas (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-RsD6BTsdMD4/Ta8NPJuCKqI/AAAAAAAAAYw/VmkHCw-hkgU/s1600/Wisdom+-+Judas+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-RsD6BTsdMD4/Ta8NPJuCKqI/AAAAAAAAAYw/VmkHCw-hkgU/s320/Wisdom+-+Judas+%25282011%2529.jpg" width="317" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Niezbyt często można spotkać dobre metalowe płyty pochodzące z kraju Księcia Drakuli. Jeśli jednak coś się pojawia to jest to rzecz najwyższej próby i godna dłuższego zatrzymania się. Sam miałem okazję przekonać się o tym sięgając po krążki z Węgier. Zawsze odkładałem je na półkę z uczuciem pełnego zadowolenia i podziwu. Jakoś nie dane było mi nigdy zaznać zawodu. W świecie metalowym następuje powolne przebiegunowanie i zmiana warty. Do głosu dochodzą mniej znane ekipy z nieraz egzotycznych zakątków świata, przygotowując wypieki, które zawstydzają stare, uznane ekipy i zapędzają je do kąta. Ba, mało tego. Dziadkowie czują oddech młodych na plecach i nieraz postanawiają się wycofać z tego biznesu. Inną sprawą jest to, że nie mają oni w zasadzie już nic do powiedzenia. Wyczerpały się pomysły, zgasła iskra, a powstające płyty są jedynie smutnym wspomnieniem dawnej świetności. Z jednej strony szkoda ale z drugiej dobrze, że pojawia się młoda, głodna sukcesu, krew. Przynosi ona ze sobą nowe, odświeżone spojrzenie na zdaje się wyeksploatowane już metalowe poletka, udowadniając, że wciąż można grać z pomysłem i na wysokim poziomie. Węgierski Wisdom zastosował się do powyższego i przygotował LP (drugi już w swym dorobku), który swym rozmachem zamiata Blind Guardian pod dywan. Pomyślicie teraz, że Vincentowi odbiło i rżnie głupa. Jeśli jednak posłuchać sobie krążka "Judas" to szyderczy uśmieszek szybko zniknie i pojawi się konsternacja. Bo ten LP jest wszystkim tym na co czekali fani choćby takiego "Somewhere Far Beyond". Tak, ja wiem. Nie znam się zbytnio na takim graniu ale czasem tez lubię sobie posłuchać utworów opowiadających o smokach, księżniczkach, szlachetnych i niezłomnych rycerzach, złych czarnoksiężnikach, dobrych magach, potężnych monarchach, tajemnicach i o tym co z tego wszystkiego wynika. Ja nie lubię za bardzo takich klimatów ale ten krążek to jest mistrzostwo świata. I absolutnie nie przeszkadza mi to, że to jest wtórne i wszystko co tu słychać, już było. Owszem ale nie na takim poziomie. Wszystko to ładnie słychać w otwierającym płytę &lt;strong&gt;Fallin Away from Grace&lt;/strong&gt;. Niby tylko power metalowa galopadka. Niby, bo przestrzeń tu przeogromna, do tego podkreślona wspaniałym, chóralnym refrenem, który musi wpadać w ucho i dać się zaśpiewać razem z zespołem. Warto zwrócić uwagę na wspaniałe ustawienie instrumentów. Pędząca na łeb, na szyję sekcja, świetne gitary i kapitalnie śpiewający wokalista. Kapitalny początek ma swoją kontynuację w nieco wolniejszym ale także świetnym &lt;strong&gt;Somewhere Alone&lt;/strong&gt;. Bardzo podoba mi się to, w jak prosty sposób osiągnięto zamierzony efekt. Może i jest tu silenie się na pompatyczność i symfoniczność ale jest to zrobione z taką gracją i majestatem, że nie ma sensu spierać się o cokolwiek. Zwróćcie uwagę na wspaniałą solówkę i potężne tło. Takich rzeczy nie pisze się na kolanie moi drodzy. Nie mogę przestać słuchać tych chóralnych, rycerskich refrenów. No podobają mi się niemożebnie. Nie możemy w tym miejscu zapominać o wspaniałych partiach chóru, który co i rusz daje o sobie znać, tak jak w &amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;strong&gt;Age of Lies&lt;/strong&gt;. Słuchając tej płyty skłaniam się ku tezie, że nawet Rhapdosy of Fire nie będzie w stanie przeskoczyć poziomu Madziarów. Bo tu jest wszystko co cechuje tego typu udane wydawnictwa. Zero nudy. Tego po prostu aż chce się słuchać. W roku biegłym oczarowany byłem naszym polskim Pathfinder, a w tym roku zdaje się, że to Węgrzy nagrali album, który jeśli nie będzie na pierwszym miejscu w swojej kategorii, to zapewne będzie bardzo wysoko. Bo powodów jest aż nadto. Wspaniale słucha się pięknego &lt;strong&gt;Live Forevermore&lt;/strong&gt; z kapitalnie wplecionymi neoklasycznymi ozdobnikami. Ktoś może wzruszyć ramionami i rzec, że jest to tylko kolejna, power metalowa galopada. Ja nie zgadzam się z takim stawianiem sprawy. Są tu kapitalne, rycerskie refreny i mocarnie grzejący wioślarze. A ci dwaj są potężną bronią tego zespołu bo rzadko słyszy się tak zgrany, niemal telepatycznie rozumiejący się duet. Do tego graja oni z taką siłą i agresją jakiej nie powstydziliby się bardziej uznani gitarzyści. Troszeczkę oddechu w marszowym &lt;strong&gt;Wander the World&lt;/strong&gt;, ze wspaniale śpiewanym, chóralnym refrenem. Nie bijcie mnie za to ale na całej płycie czuć ducha kompozycji "Over The Hills And Far Away" Moore'a. No nie mogę uwolnić się od tego natrętnego skojarzenia. Słuchając takiego &lt;strong&gt;Heaven and Hell&lt;/strong&gt;, szef Blind Guardian powinien pokiwać głową, a potem pójść, zamknąć się w sobie i spalić ze wstydu. Znów prostymi środkami zbudowano potężny, choć nieco taki "słitaśny" i rozmarzony kawałek. Ładnie wypadła tu zgrabnie wpleciona gitara akustyczna. Tak mało jej, a robi takie wrażenie. Nie mam słów. Nie wiem co napisać o &lt;strong&gt;Silent Hill&lt;/strong&gt;. Zespół chyba nasłuchał się uznanych, fińskich folk metalowych ekip, bo tu pachnie tym z daleka. I nikt mi nie powie, że nie ma tu Gary Moore'a. Zapewne kiwa teraz z uznaniem głową i uśmiecha się z zadowoleniem. Podoba mi się to oglądanie się na folkowe zespoły, ładnie tu wszystko połączono w spójną całość. &lt;strong&gt;At the Gates&lt;/strong&gt; to jest to wszystko co najlepsze w tym rodzaju metalowego grzania. Zgrabne zapożyczenia z najlepszych galopad Rhapsody of Fire, mordercze solówki i potężny sound gitar. No i świetny refren, w którym śpiewa niezmordowany chór. Jestem głęboko przekonany o tym, że z tych wszystkich wymienionych przeze mnie powodów, ten krążek już teraz jest klasykiem w gatunku Melodic Power Metal. Pozycją obowiązkową i przepisem "jak takie mikstury robić się powinno". Kolejny utwór &lt;strong&gt;The Prodigal Son&lt;/strong&gt; jest po prostu hitem. Melodie i wykonanie są tu wspaniałe. To wszystko już było ale słucha się tego z przyjemnością. Na koniec zespół serwuje tytułowego Judasza. Wolny, majestatyczny, królewski, bardzo epicki i &amp;nbsp;udziałem gościa specjalnego, pana Matsa Levéna. Tak, właśnie TEGO Matsa, związanego między innymi z symfonicznymi metalowcami z Therion i doom metalowcami z Krux. A jakby tego było mało, można go usłyszeć na kilkunastu innych płytach. I właśnie on zaśpiewał w ostatnim na tej płycie utworze, zatytułowanym &lt;strong&gt;Judas&lt;/strong&gt;. Trzeba przyznać, że płycie po prostu znakomitej. Pewni siebie, zgrani muzycy, wspaniale dudniąca sekcja, agresywni, wszechstronni wioślarze, których brzmienie przypomina te z uznanych heavy metalowych wypieków. A gdy jeszcze bardziej przyłożą to zaryzykuję, że podobnie do tej dwójki harcowników brzmiały stare, thrash metalowe załogi. Z drugiej strony jest tu ogromna muzykalność, wrażliwość i kompozytorski polot. Całości pozytywnych wrażeń dopełnia, nie boję się użyć tego słowa, ZAJEBISTY wokalista. Pan Gábor Nagy to wymarzony wokalista dla każdej ekipy parającej się takim graniem. I śpiewa zupełnie bez napinki, nie sili się na wspinanie się po wokalnych skalach, jest bezbłędny i ani trochę nie fałszuje. Nie można zapomnieć także o wspominanych już przeze mnie bardzo fajnych partiach chóru. Nieczęsto słyszy się takie śpiewanie, nawet na tych nieco bardziej folkowych wydawnictwach, gdzie jest to normalką.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Podsumowując: wspaniała, rycerska i dumna płyta. Mój typ na numer jeden roku 2011 w kategorii &amp;nbsp;Melodic Power Metal. Bez wahania stawiam 10/10 i szczerze polecam. Ci panowie odbrązowili legendę Blind Guardian, rozbili ich i zamietli pod dywan. I za to ogromny szacunek.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-1122878543278396159?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/1122878543278396159/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/wisdom-judas-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1122878543278396159'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1122878543278396159'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/wisdom-judas-2011.html' title='Wisdom - Judas (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-RsD6BTsdMD4/Ta8NPJuCKqI/AAAAAAAAAYw/VmkHCw-hkgU/s72-c/Wisdom+-+Judas+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-3713841908064254758</id><published>2011-04-15T13:27:00.000+02:00</published><updated>2011-04-15T13:27:04.154+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>CETI - Ghost Of The Universe - Behind The Black Curtain (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-PlQ4cOa808w/TagrfYE1BWI/AAAAAAAAAYs/HXROpofCaAI/s1600/CETI+-+Ghost+Of+The+Universe+-+Behind+The+Black+Curtain+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="317" src="http://1.bp.blogspot.com/-PlQ4cOa808w/TagrfYE1BWI/AAAAAAAAAYs/HXROpofCaAI/s320/CETI+-+Ghost+Of+The+Universe+-+Behind+The+Black+Curtain+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ekipy Grzegorza Kupczyka chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, prawda? Ja przyznaję się, że jakoś specjalnie nigdy za CETI nie przepadałem ale zawsze darzyłem ten zespół wielkim szacunkiem. "Ghost Of The Universe - Behind The Black Curtain" to już czternasty album w dorobku tej grupy. Co najlepsze, CD jest w całości anglojęzyczne. Na początku patrząc na to wszystko krytycznym okiem byłem pełen obaw co do tego jak zabrzmi całość. Tymczasem już od początku moje wątpliwości zostały rozwiane, bo Grzegorz Kupczyk z zespołem wrócili w formie, której nie powstydziliby się najwięksi heavy metalowi mocarze. Tak, tak moi mili. CETI po czteroletnim oczekiwaniu wraca w zaskakujący i cholernie przyjemny sposób. Minął już czas gdy band grał w towarzystwie orkiestry symfonicznej. Pora na rasowe wydawnictwo na kilometr pachnące sosem, który umie przyrządzać tylko Iommi, a czasem do smaku dorzucił coś Ozzy. Mamy tu, nie licząc króciutkiego intra, 10 cholernie mocarnych, klimatycznych, bardzo dobrych kawałków. Tak sobie słucham całości już nie wiem po raz który i powiem Wam jedno: nie zawaham się użyć tu lapidarnego stwierdzenia: ŁOJENIE. Zaraz na pewno znajdą się malkontenci, którzy znów będą narzekać na angielski Kupczyka. Powiem tak: w Turbo faktycznie miałem zastrzeżenia, tu one zniknęły. Zatem pytanie brzmieć powinno: "co się stało?". Wydarzyło się bardzo dużo. Przede wszystkim klimat moi drodzy. Ta płyta jest ciemna, bardzo mroczna to raz. Po drugie wycofano z przednich formacji klawisze i orkiestracje, zastępując je zmasowanym natarciem gitar i sekcji. To świetne posunięcie, bo parapety Wietrzykowskiej na pierwszy plan łagodziły brzmienie, a często nie do końca szczęśliwie dobrane brzmienia mogły raziły i zwyczajnie wkurwiały na tyle, że nie dało się tego słuchać. Po trzecie, gitarzysta Barti Sadura stał się bardzo znaczącym wsparciem zespołu i ma ogromny wkład w kompozycje, co potwierdzają zarówno płynące z CD dźwięki jak i estetyczna książeczka wewnątrz płyty. Wreszcie po czwarte kompozycje, przypominające tu i ówdzie wypieki wspomnianego Ozzmana, ale przede wszystkim jest tu klasyczne Black Sabbath, mniej więcej z lat działalności z Dio i Martinem. Zaraz znów podniesie się wrzask z tego powodu ale dodam jeszcze jedną, istotną cechę. Mianowicie, mimo tego, że jest to ciężki i mroczny album, to nie jest on pozbawiony przejrzystości, czy jak kto woli klarowności. Tu wszystko jest we właściwych proporcjach, tylko czasem ta nieszczęsna Marihuana wyskoczy przed szereg. Podobają mi się wyeksponowane partie sekcji - oczywiście nie wszędzie. Mam nadzieję, że kiedyś mistrz Butler posłucha tej płyty, pokiwa głową i się uśmiechnie. Bo to jak brzmi na tej płycie bas, nie tylko zwala z nóg ale także pachnie szkołą bassmana Black Sabbath. Równie fajnym zabiegiem są ulotne, świetnie zagrane, wplecione w niektóre utwory partie akustyczne. Ładne, przestrzenne i tak fajnie kojarzące się z Iommim. Niegdyś słuchając płyt CETI nie potrafiłem zapamiętać ani jednego kawałka. W przypadku tego krążka jest zupełnie inaczej. Kapitalne, lotne i przebojowe melodie łatwo wpadają w ucho i na długo zostają w głowie. Tak sobie myślę, że to jest cholernie interesujący i wciągający album. Tego po prostu chce się słuchać non stop. W tym miejscu zaryzykuję tezę, że oto mamy do czynienia z polską płytą roku 2011. Zaznaczam jednak, że żadna rasowa metalowa ekipa nie powstydziłaby się takiego dzieła. Dzieła, które pięknie się rozwija, wciąga w swe szpony niczym lotne piaski. I nie ma ucieczki już w momencie gdy zaczynacie słuchać klimatycznego intra &lt;strong&gt;Invert&lt;/strong&gt;. Od pierwszych taktów czuć, że to będzie coś niezwykłego. Wstęp płynnie przechodzi w sabbathowy &lt;strong&gt;The Wolves&lt;/strong&gt;. Pierwsze takty jeszcze niczego nie zapowiadają, jednak to rozwinięcie i te niepokojące klawisze w tle muszą robić wrażenie. Zwróćcie uwagę na sposób gry gitarzysty i refren całkiem w stylu Dio. Podoba mi się także klangowanie basisty. Nie ma tu nijakiej gry na basie. A ta solówka! Czyż Iommi nie uśmiechnąłby się tu szeroko i z uznaniem nie pokiwałby głową? Jestem pewien, że tak! Solo gorące niczym piekielne płomienie i szkoda, że jest ono takie krótkie. Może jednak to i lepiej, bo zapamiętywalne jak diabli. No po prostu chce się tego słuchać bez końca. Symfoniczny początek wita nas w &lt;strong&gt;In The Eyes Of Rising Sun&lt;/strong&gt;. Po prostu zło w czystej postaci. Mroczne klawisze w tle, mocarne gitary, ładnie wplecione orientalne motywy i maidenowy nieco refren. Nawet Kupczyk niechcący naśladuje tu Dickinsona. Mamy tu kapitalne, majestatyczne wręcz zwolnienie z kapitalnymi partiami klawiszy i gitary akustycznej. A solówka przypomina dźwięki wydobywające się spod palców Adriana Smitha. &lt;strong&gt;The Days Of Dirt&lt;/strong&gt; to kawałek, który z przyjemnością zaśpiewałby wielki Tony Martin. Ciekawy, akustyczny wstęp, a potem heavy metalowa galopada. Nie da się nie usłyszeć jak świetnie w tle grają klawisze. Nie krzyczcie i nie bijcie ale w pewnym momencie obok goszczącego już na stałe Black Sabbath po raz kolejny pojawia się znów ekipa wujka Bruce'a. Ładnie udało się to połączyć w znakomitą całość. Po raz kolejny Sadura raczy nas świetnymi solówkami. &lt;strong&gt;Break of Spell&lt;/strong&gt; mimo swojego oklepanego i słyszanego już wielokrotnie w najróżniejszych konfiguracjach wstępu nadal brzmi świeżo, a dialog gitarzysty z Kupczykiem zaciekawia. Dodatkowo mamy tu doskonałe zmiany tempa, całkiem fajny refren i... znowu Kupczyk udaje wokalistę zespołu Iron Maiden, którego duch gdzieś unosi się nad tym utworem. Niektóre riffy wprost żywcem wyjęte z ich twórczości. Bardzo ale to bardzo podoba mi się tym razem nieco takie... power metalowe gitarowe solo. Odmienna stylistyka zupełnie nie przeszkadza, ba, zagrano je tak, by w pewnym momencie solówka mogła się skojarzyć z IM. &lt;strong&gt;Forever&lt;/strong&gt; to już coś odmiennego, żegnamy na chwilę Dziewicę i zaglądamy na poletko eksplorowane przez nieodżałowanego Dio. W pewnym momencie gitara Badury może skojarzyć się z prześwietnym "Neon Knights". Bardzo podoba mi się to swobodne nawiązanie do tego klasycznego dziś utworu. Myślę, że to taki ukłon w stronę jednego z najlepszych wokalistów, jakiego nosił ten padół łez. &lt;strong&gt;Black Curtain&lt;/strong&gt; to utwór instrumentalny i troszkę mnie rozczarował. Choć pięknie się rozwija to ja miałem nadzieję na niszczący utwór akustyczny. No i do tego ten nieszczęsny wyskok Wietrzykowskiej. Po co to było? Plusem jest mnogość rozwiązań i patentów jakie zastosowano w tym kawałku. Podobać musi się swobodne i niezobowiązujące nawiązanie do słynnego "Heaven And Hell", które w tym utworze wyraźnie dominuje. Myślę także, że w tym utworze słychać, że muzyków ciągnie do jeszcze mocniejszego grania. Równie często zapędzają się w rejony nieco progresywne ale to nie dziwi, biorąc pod uwagę, że skład jest po prostu świetny. &lt;strong&gt;Anywhere&lt;/strong&gt; to znowu Black Sabbath. Tym razem łagodny wstęp i znów Martin, mniej więcej z okresu "Cross Purposes". W każdym razie ten riff znów brzmi znajomo. To oczywiście żaden zarzut. Warto dodać, że właśnie do tego kawałka nakręcono wideoklip. Po tym dość szybkim kawałku pojawia się klimatyczny i groźny wstęp do &lt;strong&gt;Lady Of The Storm&lt;/strong&gt;. Tu także nie ma się do czego przyczepić, a całość to po raz kolejny mariaż Dio z Żelazną Dziewicą. Przyznam, że podoba mi się swoboda z jaką muzycy połączyli wpływy obydwu tych wykonawców. Ciekawe, co powiedzieliby panowie z Iron Maiden, gdyby umieścić ten numer na takim "Brave New World"? Ciekawe, co powiedziałby Dickinson gdyby umieścić ten numer gdzieś na "Tyranny of Souls"? No dobra, może przesadzam. W każdym razie utwór ten ma swój niepowtarzalny klimat. Wciągający, mroczny i niepokojący. Pod koniec płyty CETI zaproponowało coś innego, o nieco odmiennej, tym razem power metalowej stylistyce. Takiego &lt;strong&gt;Land Of Hope&lt;/strong&gt; nie powstydziłaby się żadna ekipa grająca ten właśnie rodzaj muzyki. Na Wielki Finał zostawiono &lt;strong&gt;Ghost Of The Universe&lt;/strong&gt;. Posłuchajcie sobie tego gitarowego, groźnego i złowieszczego pochodu. Prostymi środkami zespół buduje napięcie, nie pozwala nudzić się słuchaczowi, wciąga i nie pozwala odejść aż do końca. A tak swoją drogą, czy właśnie takimi środkami nie posługiwała się ekipa Skawińskiego na płycie "Bzzzzz" z 1995 roku? Słuchając sposobu gry wioślarza jakoś tak skojarzyło mi się to z jednym z utworów ze wspomnianego wyżej krążka. Musi podobać się zmiana tempa utworu i taka, hmmm, kołysząca, niemal hipnotyczna końcówka. Przyznam, że ja przepadam za takimi rozwiązaniami i bardzo żałuję, że nie ma tu dopasowanej solówki, która mogłaby zamknąć ten kawałek i w sam raz pasowałaby tu na wyciszenie. No i koniec... jako bonus mamy jeszcze wspomniany wyżej klip do &lt;strong&gt;Anywhere&lt;/strong&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie wiem co jeszcze napisać o tym wydawnictwie. Myślę, że jest to dzieło kompletne. Tu i ówdzie pojawiają się małe zgrzyty ale nie przeszkadzają one w odbiorze całości. Ta płyta ma swój klimat. Jest ciężka, mroczna, czasem niemal po prostu zła. Uwielbiam ten album. Oto mamy polską płytę roku 2011, a jej twórcy wspięli się na światowy poziom. W naszym kraju, na heavy metalowym poletku chyba nikt nie zdoła ich przebić. Gorąco polecam. Ode mnie 10/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-3713841908064254758?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/3713841908064254758/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/ceti-ghost-of-universe-behind-black.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/3713841908064254758'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/3713841908064254758'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/ceti-ghost-of-universe-behind-black.html' title='CETI - Ghost Of The Universe - Behind The Black Curtain (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-PlQ4cOa808w/TagrfYE1BWI/AAAAAAAAAYs/HXROpofCaAI/s72-c/CETI+-+Ghost+Of+The+Universe+-+Behind+The+Black+Curtain+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-1891216301777078132</id><published>2011-04-13T13:39:00.000+02:00</published><updated>2011-04-13T13:39:15.751+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Progressive Symphonic Metal'/><title type='text'>Sons of Seasons - Magnisphyricon (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-5iwxu5AxGIU/TaWLTgUhiPI/AAAAAAAAAYo/shO0LxEB3Rc/s1600/Sons+Of+Seasons+-+Magnisphyricon+-+2011.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-5iwxu5AxGIU/TaWLTgUhiPI/AAAAAAAAAYo/shO0LxEB3Rc/s320/Sons+Of+Seasons+-+Magnisphyricon+-+2011.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tę płytę miałem w zasadzie ominąć. Nie przyciągnęła mnie ani okładka, ani nazwa zespołu, kompletnie nic. Zastanawiając się co i kto zacz, dojrzałem skład, jaki gra na tym LP. Kolejny all-star band, tyle, że tym razem z Niemcowni. Tak więc przemówiły do mnie nazwiska udziałowców tego przedsięwzięcia. W szczególności zaś jedno. Wokalisty, pana Henninga Basse, znanego przede wszystkim z lubianego i szanowanego Metalium. Zespół ten zakończył działalność w roku 2009 i w tym samym roku ukazał się debiutancki album Sons of Seasons, zatytułowany "Gods of Vermin". Przyznam, że nie znam tego dzieła ale jak zdążyłem się zorientować, uzyskało całkiem pochlebne noty. Pozostałe nazwiska także robią wrażenie i przyznam szczerze, że zastanawiałem się jak zabrzmi zawartość tego krążka. Obawiałem się klapy mimo dobrych ocen jakie dostał LP poprzedni. Jak już wspomniałem okładka nie zachęca (przynajmniej mnie) do sięgnięcia po to wydawnictwo, niemniej jednak zajrzyjmy do środka. Na początek dwuminutowe intro &lt;strong&gt;Magnisphyricon: Temperance&lt;/strong&gt;. Fajna, nieco podniosła rzecz z udziałem potężnie śpiewającego chóru. Trzeba przyznać, że pan Oliver Palotai, znany z udzielania się w takich ekipach jak Kamelot, Circle II Circle, Doro bardzo się postarał. Po tym przywitaniu następuje mocarne wejście &lt;strong&gt;Bubonic Waltz&lt;/strong&gt;. Bardzo ale to bardzo podoba mi się sposób gry pana Pepe Piereza. Ten nieco mniej znany wioślarz (udzielał się dotąd w Ancient Curse) stanął na wysokości zadania i te jego progresywne zagrywki, agresywne shreddowanie i power metalowe harce na gitarce naprawdę mogą się podobać. No i ten wspomniany już wyżej wokalista brzmiący niemal jak sam Andi Deris. W tle udziela się także gość specjalny w osobie sympatycznej Simone Simmons. Zaryzykuję tezę, że całość brzmi jak połączenie Rhapsody z Helloween. Do tego dodajmy progresywne zagrywki. I tak będzie na całej płycie. Dobrze to czy źle? No cóż, moim skromnym zdaniem bardzo dobrze. Bo mi się najzwyczajniej w świecie zaczęło to podobać. &lt;strong&gt;Soul Symmetry&lt;/strong&gt; brzmi jak najlepsze utwory uznanych firm prog metalowych. A że dodano co nieco symfoniczności? Doskonały zabieg nadający całości rozmachu i przestrzeni. Zaiste dusić musiał się Palotai w swoich zespołach. Tu ma pole do popisu i wykorzystuje je doskonale. Po drugiej posłuchajcie tej dudniącej sekcji. Od razu słychać, że byle kto nie gra. Po trzecie wsłuchajcie się w wymianę solówek klawiszowca i gitarzysty. Po czwarte znów ten niesamowity Basse. To naprawdę jest wielkiej klasy wokalista i chyba dobrze się stało, że Metalium zostało definitywnie rozwiązane. Tutaj Henning doskonale się realizuje i ma wszystko czego mu potrzeba. Mielenie basu i doza nieco nowoczesnych środków otwierają &lt;strong&gt;Sanctuary&lt;/strong&gt;. Mimo, że tego wszystkiego tu wydaje się pełno to brzmi to bardzo oszczędnie i ładnie wypada na ich tle wspomniana już Simone. Ładnie wypada w duecie z Basse. Całość to nieco wolniejszy utwór, znów nieco w stylu Helloween ale nie może się nie podobać. Myślę, że fani progresywnego power metalu ze sporą domieszka symfoniczności łykną ten krążek bardzo szybko. Ja nie umiem się do czegokolwiek przyczepić, po prostu chłonę zawartość. A wierzcie mi - naprawdę jest czego słuchać. &lt;strong&gt;Casus Belli I: Guilt's Mirror&lt;/strong&gt; to jeden z najdłuższych utworów na tej płycie. Posłuchajcie tych agresywnych, progresywnych riffów i równie wściekłego wokalu Basse. Czy jeszcze ktoś ma wątpliwości, że w Metalium nie prezentował pełni swoich możliwości? Tu ma do dyspozycji wszystko: doskonałych muzyków, świetną melodię i absolutnie wolna rękę. Przy tym wypada tak bardzo naturalnie. Jestem pełen uznania dla grającej ekipy. Użyto multum środków, zabiegów z tempem i nie zanudzono słuchacza. Tu ciągle coś się dzieje. Powoli skłaniam się ku temu by uznać "Magnisphyricon" za jeden z najlepszych progresywnych albumów anno domini 2011. Skoro jest taki wokalista to musi być coś bardziej power metalowego. No i jest w postaci &lt;strong&gt;Into the Void&lt;/strong&gt;. Znów mam wrażenie, że całość pachnie nieco Helloween, a Basse znów wlazł w skórę Derisa i udaje, że to on. Oczywiście można tutaj doszukać się co nieco z rozmachu Rhapsody of Fire ale czy to źle? Posłuchajcie tego zwolnienia i leniwego śpiewu Henninga, &amp;nbsp;a potem wspaniałej solówki. Szybciutko wszystko wraca do progresywnych rejonów i znów można zaczynać od początku. &lt;strong&gt;A Nightbird's Gospel&lt;/strong&gt; (swoją drogą czy to nie jest fajny tytuł?) mimo swojego łagodnego wstępu szybko przechodzi w progresywne mielenie, a wokalista znów próbuje swoich sił w nieco bardziej leniwym sposobie śpiewania, choć refren jest po prostu wspaniały. Nieco w stylu Metalium, podniośle i królewsko ale to nic. Oczywiście znów mamy zabiegi z tempem i niesamowicie grającego Pepe Piereza. Jestem pełen uznania dla umiejętności tego faceta. Ale o wiele bardziej podoba mi się taka, hmmm, nieco floydowska, pełna pastelowych barw gra pana Olivera Palotai. Duże brawa. &lt;strong&gt;Tales of Greed&lt;/strong&gt; to wściekła, power metalowa galopada na początku, a później ładnie wplecione zwolnienie. Jestem święcie przekonany, ze słyszałem już gdzieś podobnie śpiewającego wokalistę. Chyba w którymś kawałku Symphony X. Bardzo agresywny kawałek ale za to przyjemna odmiana w oceanie progresywnych wygibasów. Pora na opowieść o mrocznej &lt;strong&gt;Lilith&lt;/strong&gt;. Co nieco z klimatów Kamelot, power metalowy patos z Metalium i pora doza progresji. Fajnie skonstruowany refren w którym słychać szkołę makaroniarzy z Rhapsody of Fire. Taki natłok musiał zostać powstrzymany zwolnieniem tempa. No i jest tu takowe, w którym możemy posłuchać sobie ładnie grającej sekcji. Kto zechce znajdzie coś z Labirynth czy ekipy Allena. &lt;strong&gt;Casus Belli II: Necrologue to the Unborn&lt;/strong&gt; to znów progresywne wymiatanie najwyższej próby. Dodajmy, że ta płyta jeszcze mi się nie znudziła, a to już przecież jedenasty utwór w kolejce. Mimo, że ten LP był realizowany niejako na raty w różnych studiach to absolutnie tego nie słychać. Wszystko ma tu swoje miejsce i nikt nie wychodzi przed orkiestrę. Znów mamy ładne zwolnienie i bardzo skromną partię gitary akustycznej w tle. Oczywiście to nie może długo trwać i zespół po raz kolejny przystępuje do morderczego ataku. &lt;strong&gt;Magnisphyricon: The Aeon&lt;/strong&gt; to króciutki przerywnik, pora oddechu przed atakiem w najkrócej zatytułowanym &lt;strong&gt;1413&lt;/strong&gt;. Fajny numer w stylu Symphony X. Znów wspaniale grający zespół prezentujący multum pomysłów i ten niesamowicie śpiewający Basse. Płytę zamyka nieco dziwacznie zatytułowany &lt;strong&gt;Yesteryears&lt;/strong&gt;. Ładna miniatura, tylko pianino i śpiewający Hennings. W sam raz na uspokojenie zmysłów, w sam raz na koniec arcyudanego wydawnictwa.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na pewno żaden fan nie będzie zawiedziony słuchając propozycji tych panów. Dodajmy - propozycji kompletnej. Bardzo mi się podoba. Ode mnie 9,5/10. Serdecznie polecam. Ta płyta z pewnością znajdzie swoich zwolenników, a kto wie może nawet znajdzie się w rocznym podsumowaniu? Czas pokaże.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-1891216301777078132?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/1891216301777078132/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/sons-of-seasons-magnisphyricon-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1891216301777078132'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/1891216301777078132'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/04/sons-of-seasons-magnisphyricon-2011.html' title='Sons of Seasons - Magnisphyricon (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-5iwxu5AxGIU/TaWLTgUhiPI/AAAAAAAAAYo/shO0LxEB3Rc/s72-c/Sons+Of+Seasons+-+Magnisphyricon+-+2011.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-7580790962738319632</id><published>2011-03-31T11:10:00.001+02:00</published><updated>2011-03-31T11:11:20.291+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Gothic Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Symphonic Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Female Fronted Metal'/><title type='text'>Within Temptation - The Unforgiving (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-QMwOuPwnP6c/TZRE4Iu-AsI/AAAAAAAAAYk/FOQ9i9_Gs90/s1600/Within+Temptation+-+The+Unforgiving+-+2011.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-QMwOuPwnP6c/TZRE4Iu-AsI/AAAAAAAAAYk/FOQ9i9_Gs90/s320/Within+Temptation+-+The+Unforgiving+-+2011.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Sharon del Adel z kumplami kazała czekać 4 lata swoim fanon na kolejny album. Cierpliwość wielbicieli została zaspokojona 25 marca tego roku, albowiem nakładem Roadrunner Records/Sony BMG światło dzienne ujrzał piąty album studyjny Holendrów. Nowe wydawnictwo grupy ma być koncept albumem a inspiracją do jego napisania stanowi komiksowa seria autorstwa Stevena O'Connella pod tytułem "BloodRayne &amp;amp; Dark 48". No właśnie. Koncept album. Skrzywiłem się z powodu tej informacji. Okładka nowej płyty także nie jest zbyt zachęcająca. No ale nic, jakoś to przełknąłem. Mój humor poprawiły dwa single, pilotujące ten krążek. Najpierw zatem można było posłuchać utworu &lt;b&gt;Where is the Edge?&lt;/b&gt;, a niedługo potem zespół ujawnił następnego singla, zatytułowanego &lt;b&gt;Faster&lt;/b&gt;. O obydwu utworach opowiem Wam nieco później. Szukając wypowiedzi krytyki na temat tego LP natknąłem się na wypowiedź zespołu, którą pozwólcie, przytoczę w całości: "Tym razem podeszliśmy do pracy zupełnie inaczej. Każda piosenka na "The Unforgiving" była pisana w zgodzie z narracją Stevena. Główne postaci komiksu, to odbicia postaci w piosenkach. Taki koncept dał nam inspirację do wymyślenia nowych patentów brzmieniowych i skomponowania najlepszych piosenek w naszej karierze". Hmmm, tak naprawdę to wcale nie jestem przekonany, że to wypali i rzeczywiście będzie to ich najlepsze dzieło. Moim skromnym zdaniem nic nie przebije krążka z 2004 roku, zatytułowanego "The Silent Force". Dlaczego tak sądzę? Wytłumaczę się z tego na końcu recenzji. No ale nic, skoro można już posłuchać nowego wypieku zespołu z kraju wiatraków i kwiatków, to włóżmy srebrną płytą do odtwarzacza i przekonajmy się, co też tym razem zespół przygotował. Wita nas utwór &lt;b&gt;Why Not Me&lt;/b&gt;, który jest tylko nieco półminutowym intrem i właściwie nic nie mówi o tym co będzie dalej. Ładnie, nawet bardzo ładnie rozpoczyna się &lt;b&gt;Shot In The Dark&lt;/b&gt;. Ciekawy, klimatyczny początek, spokojnie śpiewająca Sharon, a ja czekam aż jej koledzy przyłożą zwalającym z nóg wejściem instrumentów. Niestety to co jest dalej nie spełnia moich oczekiwań. No co to ma być? Co się stało? Czy to pop do jasnej cholery? Gdzie się podziała potęga tego zespołu? Nawet ładna, rockowa solówka nie ratuje tego kawałka. No cóż, ja jestem rozczarowany takim obrotem sprawy. To nie jest te Within Temptation jakie lubię, cenię i szanuję. &lt;b&gt;In The Middle Of The Night&lt;/b&gt; powoduje u mnie opadnięcie wici do podłogi i wzruszenie ramion. Tak grających zespołów jest na pęczki, szkoda, że Holendrzy na własną prośbę spadają z takimi utworami do drugiej lub nawet trzeciej ligi muzycznej. Przyznam się, że mojego ucha nic w tym utworze nie przyciąga za wyjątkiem mocniejszych gitarowych fragmentów. A te festyniarskie klawisze doprowadzają mnie do szału. Jakże inaczej wypada tu wspomniany wyżej &lt;b&gt;Faster&lt;/b&gt;. O tak, to jest TE Within Temptation jakie lubię. Mocny, melodyjny kawałek z wypasionym i cholernie przebojowym refrenem. Ręka do góry kto nie zanuci go razem z kapitalnie śpiewającą Sharon. No i jest jeszcze jeden bardzo ważny plus tego kawałka. Jaki? Otóż bardzo mocno kojarzy się z utworem Chrisa Isaaka - "Wicked Game". Przyznam, że stanowi to dla mnie urok. Jaka szkoda, że nie ma na tym LP więcej tego typu kawałków. &lt;b&gt;Fire And Ice&lt;/b&gt; i oooooooo, czyżby coś dla mnie? Już sobie ostrzyłem zęby na kawałek w stylu tych z "Mother Earth". Dobry wstęp, ładne partie smyczków, fajne partie wokalne. Niestety panowie instrumentaliści znów zamiast solidnie przyłożyć proponują rozmiękczoną papkę. A tu aż się prosi o potężne gitary i solidne, mocarne gary. Znów nic z tego. Krótko zatytułowany &lt;b&gt;Iron&lt;/b&gt; jest tym czego ja oczekuje od tego zespołu. Popsuto tu oczywiście brzmienie, bo gdyby zagrać to mocniej to wszyscy by na tym zyskali. Dlaczego tak nie jest? Kto wie? Powiem Wam ale jeszcze nie teraz. Szkoda, że całościowo zepsuto odbiór tego LP zbytnim ugrzecznieniem i wygładzeniem brzmienia. &lt;b&gt;Where Is The Edge?&lt;/b&gt; to jak już wspominałem pierwszy singiel zapowiadający "The Unforgiving". Jest to jedna z najfajniejszych propozycji na tym krążku. Szkoda tylko, że nie ma tej ich charakterystycznej potęgi brzmienia. Bez tego oni nie są i nigdy nie będą sobą. Pop i dyskoteka wraca w &lt;b&gt;Sinéad&lt;/b&gt;. Zaprawdę powiadam Wam, że nie tędy droga. Pewne partie gitar mogą się podobać ale znów to jest wszystko na co ten zespół było tutaj stać. Moje pytanie brzmi: dlaczego dopiero w &lt;b&gt;Lost&lt;/b&gt; ustawiono wszystko tak jak trzeba? Czy tylko dlatego, że to jest bodaj najłagodniejszy kawałek na tej płycie? Dlaczego znów nie odważono się na mocniejsze brzmienie? Po części ratuje ten kawałek wspaniałe, gitarowe solo ale to jest zdecydowanie za mało. Niepokojące smyczki otwierają kolejny, krótko zatytułowany utwór &lt;b&gt;Murder&lt;/b&gt;. I znów to samo. Fragmentami to jest nawet niezłe ale gdyby tu przyłożyć mocniej to byłoby naprawdę coś. Może nawet sztandarowy utwór tej płyty. Niestety nim nie jest i nigdy nie będzie. Szkoda, ze tak spieprzono doskonale zapowiadający się numer. Te partie instrumentów smyczkowych naprawdę mogą robić wrażenie. Co zespół chciał osiągnąć takimi propozycjami jak &lt;b&gt;A Demon's Fate&lt;/b&gt; naprawdę nie wiem. Im takich utworów po prostu nie przystoi nagrywać. Niechże zostawią to dramatycznym wokalistkom z Niemiec czy Norwegii. Choćby dlatego, ze tak zatytułowany kawałek powinien być odpowiednio mroczny, a nie dynamicznym utworem rodem z dyskoteki dla nastolatków. Nie, nie i jeszcze raz nie. Mi się to stanowczo nie podoba. Ten co tu dużo gadać męczący album zamyka kompozycja &lt;b&gt;Stairway To The Skies&lt;/b&gt;. Znów wszystko spieprzono. Interesujący początek, a potem klapa. Dlaczego w zwrotkach właściwie nie ma gitary? Dlaczego jest ona az tak wycofana i brzmi bez mocy?&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jestem bardzo ale to bardzo rozczarowany. Tak się po prostu nie robi. Ja uwielbiam ten zespół za wszystko co do tej pory osiągnął. Zawsze broniłem tej ekipy, nawet wtedy gdy z death/doom/gothic zwrócili się na drugiej płycie w stronę grania bardziej przebojowego. Bardzo pochlebnie wyrażałem się o "The Silent Force", która jak dotąd jest ich najlepszą propozycją. Broniłem ich i wyszukiwałem pozytywy na "The Heart of Everything", choć to już nie było to. Przy okazji tego wydawnictwa bronić ich nie będę. Za te 2-3 utwory? Bez żartów. Nie ma mowy. Bo tu trafiają oni do poczekalni Hall of Fame. Bardzo słusznie zresztą bo z takimi płytami po prostu na piedestały i czerwony dywan nie zasługują. Skoro tak chcą to proszę bardzo. Niechże idą sobie bocznymi dróżkami, ja gonić ich nie będę. Może jeszcze kiedyś wrócą triumfalnie, nie mam nic przeciwko. Zmiana frontu zaczęła się gdy zespół podpisał papiery z Roadrunner Records. Szczerze mówiąc wiedziałem, że panowie z tej stajni natychmiast zaczną ten zespół psuć. Bo robią tak z każdy swoim zespołem i sam zwracałem na to uwagę, recenzując płyty, które ukazały się pod flagą RR. Póki co ja jestem zdecydowanie przeciwny odwracaniu się od własnych fanów. Komu podoba się dyskotekowy pop-metal udający to wszystko czym ten zespół był dotąd, niechaj tego sobie słucha. Ja do "The Unforgiving" wracać nie zamierzam. Wyciągnę sobie te trzy kawałki do jakiejś składanki i to będzie wszystko. Co za wstyd... Ode mnie tylko 5/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-7580790962738319632?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/7580790962738319632/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/within-temptation-unforgiving-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/7580790962738319632'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/7580790962738319632'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/within-temptation-unforgiving-2011.html' title='Within Temptation - The Unforgiving (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-QMwOuPwnP6c/TZRE4Iu-AsI/AAAAAAAAAYk/FOQ9i9_Gs90/s72-c/Within+Temptation+-+The+Unforgiving+-+2011.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-3483717723264886947</id><published>2011-03-30T17:26:00.000+02:00</published><updated>2011-03-30T17:26:27.904+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Strana Officina - Rising to the Call (2010)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-sCao9R_G80A/TZNLcEFUzWI/AAAAAAAAAYg/VKFf7Ho8r1U/s1600/Strana+Officina+-+Rising+To+The+Call+%25282010%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="284" src="http://1.bp.blogspot.com/-sCao9R_G80A/TZNLcEFUzWI/AAAAAAAAAYg/VKFf7Ho8r1U/s320/Strana+Officina+-+Rising+To+The+Call+%25282010%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kojarzy ktoś z Was dziwacznie nazwany zespół Strana Officina? Chyba nikt i nie należy się dziwić takiej sytuacji. Do tego panowie pochodzą z Włoch. Nie wiem co mnie podkusiło do sięgnięcia po tę płytę. Szukałem recenzji, jakichś porównań, odniesień i nic. Nie ma żadnych wieści, co i kto zacz. Z powodu mojej awersji do muzyki metalowej pochodzącej z kontynentalnego buta, miałem nie sięgać po ten LP. Coś mnie jednak podkusiło. Przeczucie? Szósty zmysł? Nie wiem, w każdym razie nie żałuję, bo na "Rising To The Call" naprawdę jest czego słuchać. Szkoda, że płyta, która mogła narobić sporo zamieszania w moim i zapewne nie tylko moim rankingu płyt AD 2010 trafia do mnie rok po jej premierze. Jak już wspomniałem, zespół Strana Officina pochodzi z Włoch i wcale nie jest żadnym debiutantem, bo działa już od roku 1970. Różnie układały się losy tego zespołu, pierwszy album wydali bowiem dopiero w 1989 roku. Dziwi to trochę bo jak się okazuje ten zespół ma ogromny potencjał twórczy. Działalność zespołu przerwała śmierć braci Rolanda "Rola" Cappanera i Dario "Kappa" Cappanera w 1993 roku. Jednak rolę głównych sprawców zamieszania przejęli synowie obu panów i historia tego zespołu potoczyła się dalej. Nie zwojowali jednak wiele i po dwóch wspominkowych płytach typu "best of" band poszedł w rozsypkę. Niespodziewanie reaktywował się w roku 2006. Dopiero w 2010 roku, 21 marca, po podpisaniu papierów z lubianą i szanowaną wytwórnią My Graveyard Productions światło dzienne ujrzał ich drugi po wielu latach album, przedstawiany przeze mnie dziś "Rising To The Call". Okładka, która jakoś tak kojarzy mi się z pewną kopertą Black Sabbath nie przyciąga na dłużej oka ale to nic. Najlepsze jest po odpaleniu równie czarnego jak okładka krążka. Tytuł &lt;strong&gt;In Rock We Trust&lt;/strong&gt; brzmi może dość buńczucznie ale to jest całkiem fajny, taki nieco motorheadowy otwieracz. Przypomina tu i ówdzie utwory słynnej już ekipy Shagratha czyli Chrome Division. Przyznam, że byłem przyjemnie zaskoczony takim obrotem spraw. Bo wreszcie znalazł się we Włoszech zespół, który umie porządnie grać fajne heavy. Pozytywne wrażenie podtrzymuje &lt;strong&gt;Boogeyman&lt;/strong&gt;. Tu jest jeszcze lepiej, Wokalista ujawnia swój "ozzy-podobny" wokal. Może nie w całości kawałka ale posłuchajcie tego refrenu! Czyż nie mógłby spokojnie znaleźć się na choćby takim "Down To Earth"? Nawet brzmienie tu i ówdzie przypomina te z krążków Ozzy'ego. I te gitary, namolnie kojarzące się ze sposobem gry Zakka Wylde'a. No nie mogę się nadziwić. Świetna płyta! Powoli, nastrojowo i bardzo spokojnie rozpoczyna się jeden z najlepszych utworów na płycie. &lt;strong&gt;Pyramid&lt;/strong&gt; bo o nim mowa to jest po prostu przebój. Posłuchajcie tych łagodnych partii gitary, nie bijcie ale w pewnym utworze Pantery bardzo podobnie grał nieodżałowany Dimebag Darell. Komu ten kawałek się nie spodoba ten nie ma słuchu i powinien spadać na szczaw i hamować zębami. Spróbujcie wczuć się w sposób śpiewania wokalisty. Jak się okazuje, pan Daniele "Bud" Ancillotti nie jest jakimś tam przeciętnym śpiewakiem. Realizuje się także w innym zespole parającym się Heavy/Doom Metalem. Wracając jednak do tego kawałka - po prostu hit najczystszej wody. Na pewno byłby wysoko w zestawieniu najlepszych utworów roku ubiegłego. Wracając do płyty. &lt;strong&gt;Nightflyer&lt;/strong&gt; to kolejny, taki nieco w stylu Ozzmana, utwór. Hmmm, we Włoszech jest już kalka Black Sabbath, czyżby szykował się drugi epigon? Może, jednak moim zdaniem nie do końca tak jest. Utwór ten jest raczej tym wszystkim, czego oczekuje się po bardzo dobrym, heavy metalowym krążku. Bardzo dobre wykonanie, produkcja, dobry pomysł na melodię i zaskakujące zmiany tempa. No i ta końcówka. &lt;strong&gt;Beat the Hammer&lt;/strong&gt; to powrót do radosnego grzania w stylu Chrome Division. Jakże pasuje tu ten wokal! Proponuje mały test: zróbcie go sobie głośno w samochodzie. Noga sama mocniej przyciska pedał gazu. Wierzcie mi, przetestowałem na sobie. Ozdobą jest kapitalna, melodyjna solówka. Jak dotąd ten LP ani mnie nie znudził i co najważniejsze - nie wkurzył. Każdy tego typu album ma swój mega-przebój, najlepszy na płycie utwór, taki do którego wciąż chce się wracać. Nie inaczej jest i tu. &lt;strong&gt;Gone Tomorrow&lt;/strong&gt; bo o nim mowa świetnie pasowałby na którykolwiek z wydawnictw Osbourne'a. Głęboko wierzę w to, że Ozzy w formie, z towarzyszącą mu załogą z lat 2001-2007 wycisnąłby z tego kawałka znacznie więcej. Aż strach pomyśleć ile i co byliby w stanie zrobić, mając na uwadze to, że jest to utwór kompletny. Ten refren będzie towarzyszyć mi bardzo długo, jestem tego w stu procentach pewien. Właśnie takie kawałki powinien nagrywać zarówno wiosłowy Zakk i Ozzy. Nareszcie znalazł się ktoś, kto palcem pokazał bardziej utytułowanym kolegom po fachu jak się robi metalowe przeboje. &lt;strong&gt;Life: When Is Gone!&lt;/strong&gt; to już sporo wolniejszy i zamyślony kawałek ale czy Ozzy i Zakk znów nie mogliby tego posłuchać, podrapać się po głowie, a potem usiąść i nagryzmolić coś podobnego? Mogliby, bo wokal Ozzmana znów pasowałby tu jak ulał. Daniele "Bud" Ancillotti o tym wie i robi doskonały użytek ze swojego głosu. Kazanie telewizyjnego kaznodziei otwiera &lt;strong&gt;Media Messiah&lt;/strong&gt;. I znów: wymienieni wyżej panowie powinni tego posłuchać, bo obydwu by się to przydało. Czyż Wylde tak właśnie nie konstruował swoich kawałków? Proszę posłuchać tej ognistej solówki - brzmi ona jak w najlepszych utworach Osbourne'a z jego udziałem i właśnie tak jak na solowych wypiekach "Szalonego Zachariasza". &lt;strong&gt;Amore e Fuoco&lt;/strong&gt; to pierwsza z dwóch kompozycji w języku włoskim, zamykających ten niezwykle udany album. Doskonały, energetyczny kawałek, w którym aż się prosi o histeryczny wrzask Hughesa. No pasowałby tu ten pan jak ulał. Raz, że on się po prostu do takich rockerów nadaje, dwa, że Glenn takie numery bardzo lubi, co udowodnił choćby na wypiekach zrealizowanych do spółki z Iommim. &lt;strong&gt;Non Sei Normale&lt;/strong&gt; to drugi track w języku włoskim. I znów to samo: dajcie ten kawałek wymienionym wyżej panom. Jestem przekonany, że będący w formie Glenn i Tony zmietli by, rozbili w drobny mak konkurencję i zamietli ją pod dywan. Płyta ta kończy się przyjemną niespodzianką. Następuje kilkuminutowa cisza po ostatnim utworze, czas biegnie dalej i w pewnym momencie wchodzi bardzo przyjemny i efektowny blues. Zabieg kapitalny, a wyeksponowany bas po prostu niszczy. Skromnie grająca gitara akustyczna, a na koniec wypasiona solówka. Jaka szkoda, że całość tak krótko trwa, choć może to i lepiej.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przyznam, że zniszczyła mnie ta płyta. Mogę chyba napisać, że nikomu nieznani muzycy stworzyli dzieło kompletne i zawstydzające swoim poziomem tuzów muzyki metalowej. "Rising To The Call" to LP wypakowany bardzo dobrymi propozycjami, które powinny zadowolić każdego fana dobrego, heavy metalowego grzania. No i te dwa wyniszczające, mordercze kawałki. Wiecie, słucham tych panów już któryś raz i nie mam dość. Polecam i Wam, nie powinniście żałować czasu spędzonego z tymi makaroniarzami. Ode mnie ocena maksymalna.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-3483717723264886947?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/3483717723264886947/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/strana-officina-rising-to-call-2010.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/3483717723264886947'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/3483717723264886947'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/strana-officina-rising-to-call-2010.html' title='Strana Officina - Rising to the Call (2010)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-sCao9R_G80A/TZNLcEFUzWI/AAAAAAAAAYg/VKFf7Ho8r1U/s72-c/Strana+Officina+-+Rising+To+The+Call+%25282010%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-339842901226191846</id><published>2011-03-28T11:15:00.000+02:00</published><updated>2011-03-28T11:15:46.364+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Nail – Power and Greed (2010)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-0fyzULZELxw/TZBRp306ayI/AAAAAAAAAYc/wjB_3RjMBZw/s1600/Nail+%25E2%2580%2593+Power+and+Greed+%25282010%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-0fyzULZELxw/TZBRp306ayI/AAAAAAAAAYc/wjB_3RjMBZw/s320/Nail+%25E2%2580%2593+Power+and+Greed+%25282010%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Zaprawdę powiadam Wam - to mogła być płyta roku ubiegłego! No dobra, może i przesadziłem ale ten nikomu nieznany, w zasadzie podziemny, kanadyjski zespół zdołał nagrać płytę, która niszczy obiekty. Wyobraźcie sobie, że po pierwszym kawałku musiałem zatrzymać płytę. Tak bardzo wstrząsnął mną otwieracz. Przenigdy nie spodziewałbym się, że można nagrać tak mocarny album będący wypadkową czegoś na kształt najlepszych nagrań z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, zmiksowanego z wpływami wizjonerów z Rush, magików z Tool, dzisiejszych speców od nowoczesnego Metalu w stylu groove, a wszystko pachnące z daleka sosem przyrządzanym zwykle przez Tomka Iommiego i spółkę. A jeśli Wam mało to dodajcie nieco stonerowego piachu i doom metalowej melancholii. A wiecie, kto wysmażył takowe dzieło? Ex-członkowie skądinąd znanego Helix. Fajnie, co? Zespół Nail powstał założony w roku 2007 przez Raniera aka Rhino i Cindy Wiechmann. Zdążyli nagrać album zatytułowany po prostu "Nail", a prezentowany dziś przeze mnie krążek "Power And Glory" jest ich drugim dzieckiem. Ukazał się on 10 maja 2010 roku. Jaka szkoda, że dopiero teraz mam okazję go posłuchać i recenzować, bo gdyby wpadł mi w ręce wcześniej, to miałby spore szanse znaleźć się w rocznym podsumowaniu roku ubiegłego. Wzrok mój przyciągnęła dość nietypowa jak na tego rodzaju wydawnictwa okładka. Potem spojrzałem na kraj pochodzenia i wiedziałem, że w ten album koniecznie muszę się zaopatrzyć. Nie tylko dlatego, że kanadyjskie zespoły słyną ze swojej solidności (niektóre mają skłonność do jedno płytowych wyskoków, po czym znikają na zawsze). Przede wszystkim kraj ten jest swoistym "Metalowym skrzyżowaniem". Muzycy pochodzący z tego kraju nie tylko nie boją się mieszać ze sobą różnych stylów muzycznych ale robią to bardzo umiejętnie i przede wszystkim ciekawie. Oczywiście nie bez znaczenia jest, że w składzie jest dwójka ex-muzyków znanego i lubianego Helix. Proszę się jednak nie obawiać. To co znajduje się na LP Nail nie jest kalką dokonań wspomnianej drużyny. Oczywiście pewne elementy styczne są bo trudno byłoby ich uniknąć. Całość jest jednak bardzo dobra, przebojowa, chwytliwa ale i cholernie ciężka. Jakże fajnie wypadają na tle tych wszystkich cech znakomite, melodyjne zwolnienia, w których radośnie macha do nas pan Waters z Annihilator. Czuć w tych fragmentach szkołę tego jegomościa. I bardzo dobrze. Ktoś może popatrzeć na skład i powiedzieć: "Phi! Kobieta na wokalu!". Wolno tak stwierdzić, czemu nie. Tyle, że popełnia się grzech ciężki bo pani Cindy Wiechmann sprawdza się tu wyśmienicie, zarówno w nagraniach z refrenami wypisz-wymaluj w stylu Tomka Martina jak i kawałkach przypominających ostatnie dokonania Cathedral. Zaskoczeni? Mnie też zamurowało. Odpalając ten krążek proszę przygotować się na solidne wejście &lt;strong&gt;King of Fools&lt;/strong&gt;. Znakomity riff, miażdżący niczym słonica bas i dudniące gary, a na dokładkę Rhino i Cindy śpiewający w duecie. Zwróćcie uwagę na sabbathowy refren w stylu Martina. Nie można zapomnieć o znakomitej solówce, a to się dzieje w jej tle to jest mistrzostwo świata. Naprawdę rzadko słyszy się tak mielącego basistę. Ba, nawet death metalowi bassmani nie zawsze tak grają. Jest więc za co chwalić, a jakby tego było mało to gdzieś tam w tle czai się duch mistrza Butlera. Kapitalny numer! Po tym wszystkim nastąpiło wciśnięcie przycisku "stop", usiadłem wygodniej w fotelu, wziąłem głęboki wdech niczym przed skokiem do wody i ponownie włączyłem album. &lt;strong&gt;Saving Face&lt;/strong&gt; to już nieco łagodniejszy ale wciąż ciężki kawałek. Gdzieś tam w tle coś dzwoni, na pewno słyszałem już coś podobnego ale to mija gdy zespół zapędza się w rejony zarezerwowane dla zespołów prog metalowych. Niemniej posłuchajcie tych pomysłowych riffów i bardzo ciekawego refrenu. Rzadko która ekipa tak dziś gra. Mielenie na basie otwiera następny w kolejce &lt;strong&gt;Superhuman&lt;/strong&gt;. Zapewne tak zabrzmieliby twórcy słynnego "Spirit of Radio" gdyby dołożyć im nieco ciężaru, dodać co nieco ekwilibrystyki panów z Tool i zaprawić to ledwo uchwytnymi wpływami groove. I taki nieco radiowy refren ale niech tam! Ależ mięcho jest w kolejnym &lt;strong&gt;History&lt;/strong&gt;. Rzadko słyszy się tak znakomity i co tu dużo gadać - zwalający z nóg riff. I jakże fajnie wypadają tu łagodniejsze momenty. I po raz kolejny Rhino nie tylko znakomicie wiosłuje ale udziela się wokalnie. Podoba mi się to, ze Cindy nie stara się za wszelką cenę wspinać się na swoje wokalne wyżyny. Piąty w kolejności na płycie &lt;strong&gt;Bottom Feeder&lt;/strong&gt; to wyhamowanie i duszne klimaty rodem z Tool czy sławnego Cathedral. Zaskoczeni? Posłuchajcie tego znakomitego i przebojowego refrenu! Znów pojawia się ze skromnym udziałem Rhino. No moi drodzy, takich melodii nie pisze się na kolanie. Pierwsze skrzypce gra tu basista i robi to bez najmniejszego zająknięcia się. Wielkie brawa! Do tego troszeczkę progowych klimatów i solówka nieco w stylu Iommiego. Nie wiem czy nie jest to najlepszy kawałek na płycie. Nadal pozostajemy w tempach nieco wolniejszych a utwór &lt;strong&gt;Last Days&lt;/strong&gt; możemy chyba potraktować jako balladę. Choć gdy wchodzi ten miażdżący, sabbathowy riff, przestaje być słodko i łagodnie. Na pewno Iommi, a za nim Lee Dorian nie powstydziliby się takiej gry. A potem przepiękny, łagodny fragment. Nie mam słów, po prostu kapitalne, wspaniałe. Ten Rhino to jednak ma łeb. &lt;strong&gt;The Devil You Know&lt;/strong&gt;. Yyyyyy... znacie tego czorta? Sie wie, że znamy, bo ten kawałek to wypisz wymaluj Cathedral z początków wieku XXI, mniej więcej około płyty "Endtyme" i później. Brzmi identyko. Zrobiło się bardziej doomowo, zespół zdaje się zauważył to bo serwuje heavy metalowy utwór &lt;strong&gt;Skin&lt;/strong&gt;. To już końcówka krążka i zrobiło się nieco lżej. Do tego te "cathedralowe" brzmienie ciągle jest obecne. No cóż, troszeczkę mnie to drażni. Jednak kunszt wykonania nadal wysoki. No i wciąż świetnie śpiewająca Cindy. Tytułowy &lt;strong&gt;Power And Greed&lt;/strong&gt; to powrót do miażdżącego początku. Nie ma zmiłuj się. Bezlitosne, nieco sabbathowe łojenie, szkoda, że ten refren za wyjątkiem końcówki jakiś nie ten teges. To jedyny zgrzyt w tym kawałku. Warto jednak czekać na zawodową solówkę i mielącego basistę. Posłuchajcie tego fragmentu gdy bawią się tu przez chwilę swoimi instrumentami. To się musi podobać. Ten bardzo udany album kończy &lt;strong&gt;Less Than Zero&lt;/strong&gt;, utwór z wyraźnymi nawiązaniami do wspominanego wyżej Toola. Ładnie to wymieszano z nutami stricte sabbathowymi. Doskonałym zabiegiem okazała się zmiana tempa, a po nim solówka przypominająca te, jakie grają dzisiejsi nowomodni, metalowi wioślarze.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;10 utworów przy których nie sposób się nudzić. Płyta będąca mieszanką wszystkiego co najlepsze. Tak więc jeśli lubicie melodyjne granie z dodatkiem progresji i cholernie ciężkiego mielenia instrumentami na niebotycznie wysokim poziomie to zdecydowanie powinniście rozejrzeć się za tym wydawnictwem. Ostrzegam - zawartość nie spodoba się wszystkim ale warto stanąć z tym LP w szranki i przynajmniej spróbować. Moim skromnym zdaniem jest to jedna z najciekawszych płyt roku ubiegłego i bardzo żałuję, że dociera ona do mnie prawie rok po premierze. Kanada, kraj będący Metalowym skrzyżowaniem dróg, wypluwa kolejną, znakomita płytę. Ode mnie ocena maksymalna. Polecam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-339842901226191846?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/339842901226191846/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/nail-power-and-greed-2010.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/339842901226191846'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/339842901226191846'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/nail-power-and-greed-2010.html' title='Nail – Power and Greed (2010)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-0fyzULZELxw/TZBRp306ayI/AAAAAAAAAYc/wjB_3RjMBZw/s72-c/Nail+%25E2%2580%2593+Power+and+Greed+%25282010%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-7388811138392270039</id><published>2011-03-24T21:22:00.000+01:00</published><updated>2011-03-24T21:22:35.179+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Melodic Heavy Metal'/><title type='text'>Eden's Curse - Trinity (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh4.googleusercontent.com/--KowLBMv1QE/TYun9LiIFLI/AAAAAAAAAYY/6lst6VFZODA/s1600/cover.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="317" src="https://lh4.googleusercontent.com/--KowLBMv1QE/TYun9LiIFLI/AAAAAAAAAYY/6lst6VFZODA/s320/cover.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie ukrywam, że wieść o tym, że jeden z moich ulubionych zespołów zabiera się do pracy nad nowym krążkiem bardzo mnie ucieszyła. O wynik końcowy byłem w zasadzie spokojny, pytanie brzmiało jaka to będzie ta płyta, czy przebije swoją poprzedniczkę? Czy kierujący poczynaniami grupy wokalista Michael Eden po raz kolejny przygotuje całą masę przebojowych hitów? No i kogo tym razem zaprosi do współpracy? Uważnie śledziłem wieści, które przekazywał zespół. I pewnego dnia wybuchła bomba: na nowym LP zaśpiewa nie kto inny jak sam James LaBrie. No, to już było coś. Jak sie szybko okazało, udziela się on na całej płycie w chórkach no i towarzyszy Edenowi w mega przebojowym &lt;strong&gt;No Holy Man&lt;/strong&gt;, który to zresztą bardzo słusznie został wybrany na pierwszego singla promującego ten krążek. Najpierw jednak zerknijmy na okładkę. Tradycyjnie już na kopercie pojawia się praca wykorzystująca motyw o tematyce biblijnej. To nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, że panowie grający na tej płycie od dawien dawna są czcicielami wartości chrześcijańskich. Jedyna różnica to taka, ze nowa okładka jest utrzymana w barwach nieco bardziej mrocznych, czy też bardziej stonowanych. No ale to nic. Wersja podstawowa tego LP zamyka się liczbą 12 utworów. Wersja amerykańska została wzbogacona o jeden dodatkowy kawałek i jest nim &lt;strong&gt;Never The Sinner&lt;/strong&gt;. Wersja japońska zawiera dwa bonusy:&amp;nbsp;&lt;strong&gt;Unchain The Night&lt;/strong&gt; (Dokken cover) oraz &lt;strong&gt;Guardian Angel&lt;/strong&gt; w wersji akustycznej. Premiera nowego dzieła Eden's Curse przewidziana została na 18 marca 2011 roku. Wydawcą jest AFM Records. Tyle słowem wstępu. Zajrzyjmy co tez oferuje nowy wypiek chrześcijańskich, melodyjnych metalowców. Na początek intro &lt;strong&gt;Trinitas Sanctus&lt;/strong&gt; i ojjjjj.... skrzywiłem się. Przepraszam bardzo ale czy to Therion? I czy przypadkiem w tytule nie ma czasem błędu? No nie podoba mi się ten wstęp i już. Całe szczęście mija on szybko i wita nas tytułowy &lt;strong&gt;Trinity&lt;/strong&gt;. Utrzymany w duchu tego co ten zespół oferował już wcześniej i każdy kto zna dokonania Michałka i spółki nie będzie kręcił nosem na ten kawałek. Co prawda nie porywa jakoś specjalnie ale i nie przeszkadza. Przy okazji w chórkach po raz pierwszy słychać wspomnianego wyżej LaBrie. Tylko czemu ta solówka taka dziwna i brzmiąca jak ze starego radia? Później co prawda jest już lepiej i brzmi ona zawodowo ale to "coś" na początku chyba można było sobie darować. Zastanawiam się co robi na tej płycie kawałek jak &lt;strong&gt;Saints Of Tomorrow&lt;/strong&gt;. Wybaczcie ale ja sie skrzywiłem. Bo brzydko skojarzył mi się z pewnym utworem z solowej płyty krzykacza Primal Fear. Nie podoba mi sie ten kawałek i w zasadzie ratuje go tylko fajny refren z udziałem Jamesa LaBrie i ładne partie pianina. No i kapitalnie grająca sekcja, co już jest standardem na płytach Eden's Curse. Można pochwalić tez pana Thorstena Koehne'a za udaną solówkę. Przełknąwszy ten niezbyt udany wstęp dostajemy w nagrodę wspomnianego wyżej przebojowego singla &lt;strong&gt;No Holy Man&lt;/strong&gt;. Tu wszystko jest już tak jak być powinno, a całość jest tym wszystkim do czego zdążyli nas panowie przyzwyczaić. No i obok Edena udziela się tu w pełni LaBrie. Doskonała melodia, fajny tekst, zawodowe wykonanie i promocja w postaci klipu, dość zresztą wymownego zrobiło swoje. Ten numer po prostu MUSI sie podobać i należy on do ścisłej czołówki tego LP. Pozytywne wrażenie podtrzymuje następny w kolejności utwór, którym jest łagodny &lt;strong&gt;Guardian Angel&lt;/strong&gt;. No, patrząc na tytuł inaczej być nie mogło. Zna ktoś anioła stróża, który nie jest łagodny? No właśnie. Troszeczkę przypomina on klimatem znany z poprzedniego LP "Man Against the World" co zaliczam jak najbardziej na plus. Dodatkowo podobać się musi kapitalne wykonanie i podniosły refren, w którym znów słychać niezmordowanego Jamesa. No i ta solówka, której niewiele brakuje by zabrzmiała jak spod palców samego Zakka Wylde'a. Tak sobie świętokradczo myślę, że "Szalony Zachariasz" swoim udziałem podniósłby wartość tego kawałka. No ale cieszmy sie z tego co jest. W &lt;strong&gt;Can't Fool the Devil&lt;/strong&gt; z całą pewnością musi podobać sie przebojowy refren. Całość pachnie nieco znanym wszystkim zapewne "Angels &amp;amp; Demons" z poprzedniego wypieku. Rożnica jest jednak słyszalna od razu. Nie ma pani na wokalu i tej kapitalnej wymiany solówek jaka miała miejsce w przywoływanym kawałku. Całość to dający się słuchać, energetyczny utwór. Ale nie oszukujmy się - po prostu na dłużej nie porywa. &lt;strong&gt;Rivers of Destiny&lt;/strong&gt; z całą pewnością spodoba się o wiele bardziej. Bardziej stonowany i znów LaBrie gdzieś tam w chórkach. Posłuchajcie uważnie "ładnej" gry sekcji i tych zgrabnie wplecionych, skromnych partii pianina. Po raz pierwszy pojawia się też krótkie solo klawiszowe. Zgłaszam sprzeciw, ta solówka powinna być znacznie dłuższa. I tu fajnie wypadłby dialog wioślarza z klawiszowcem. Dlaczego nie zdecydowano się tu na taki zabieg - nie wiem. Niemniej szkoda. Pytanie moje jest następujące: dlaczego w &lt;strong&gt;Dare to be Different&lt;/strong&gt; partie instrumentów klawiszowych są aż tak schowane? Pojawiają się co prawda fajne momenty ale dlaczego jest ich tak mało? Co prawda w refrenie tego przebojowego numeru klawiszy jest już więcej, mimo to niesmak z początku pozostaje. Całość okrasza hard rockowa solówka pana Koehne. Niezmiennie podoba mi sie gra sekcji, panów Pete Newdecka i Paula Logue. &lt;strong&gt;Children of the Tide&lt;/strong&gt; wspaniałe tylko czemu nie ma tu na wokalu Ralfa Scheepersa? Nadawałby sie tu w sam raz. Wystarczyłoby tu nieco bardziej przycisnąć i byłby hit. Łagodnie śpiewający Michael Eden wraz z towarzyszącym mu LaBrie w chórkach nie zawala sprawy ale można było to rozegrać inaczej. Ralf lubi takie nieco bardziej zamyślone kawałki i uważam, że sprawdziłby się tutaj doskonale. Całości wrażeń dopełnia fajna solówka. To samo mamy w typowo niemieckim &lt;strong&gt;Black Widow&lt;/strong&gt;, tyle, że tu Michaś poszedł po rozum do głowy i mamy tu drugiego gościa specjalnego, którym jest sam Andi Deris, znany mam nadzieję wszystkim wokalista Helloween. Co tu dużo gadać - facet wykonał doskonałą robotę i zaśpiewał po prostu wspaniale. Genialnie "przycisnął" swoje wokale, czego skutkiem jest bardzo dobry utwór i kolejny hit na tym krążku. Żałuje, że śpiewa tu także Eden, bo w tym utworze na tle Derisa on po prostu nie istnieje. Do tego te niepokojące klawisze w tle oraz atmosfera iście jak na albumach Helloween. Oczywiście instrumentaliści przywracają wszystko do standardów Eden's Curse. Szkoda. Tak czy owak jest to bardzo dobry kawałek i z pewnością należy go zaliczyć do najlepszych na płycie. Ach ten Deris. Facet ma coś w swoim głosie po prostu. Nie chce marudzić ale w kapitalnym, nieco sabbathowym &lt;strong&gt;Jerusalem Sleeps&lt;/strong&gt; obok Edena i LaBrie przydałby się ktoś jeszcze. Osobiście widziałbym tu Tony Martina. Nie ma go tu jednak z oczywistych powodów. Musiałoby być znacznie mroczniej i mocniej, niemniej w tym refrenie wypadłby kapitalnie. Szkoda, ogromna szkoda, że po raz kolejny kogoś tu brak. Całość nie wypada źle i mieści się w kanonach tego zespołu. Na pewno jeden z lepszych numerów. Ładnie i przede wszystkim ciekawie wypada orientalne zwolnienie, któego nie powstydziłby się sam mistrz Satriani. Część podstawowa płyty kończy się klasykiem nieodżałowanego Dio, &lt;strong&gt;Rock 'N' Roll Children&lt;/strong&gt;. Moim zdaniem wypadło przeciętnie głównie z powodów wokalnych. Instrumentaliści stanęli na wysokości zadania i brzmi to niemal jak na oryginalnym wykonaniu. Myślę, że dużo lepiej wypadłby tu James LaBrie ale to moja prywatna opinia. Nowego wykonania tylko "da sie słuchać" i nic więcej, a szkoda. Ponieważ jestem w posiadaniu wersji amerykańskiej "Trinity" przeto został mi jeszcze jeden utwór do wysłuchania i jest nim wspomniany wyżej &lt;strong&gt;Never The Sinner&lt;/strong&gt;. Fajny kawałek, naprawdę i aż dziwne, że nie ma go na podstawowej wersji płyty. Posłuchajcie tych dośpiewów LaBrie w zwrotkach i bardzo udanego refrenu. Jak to jest, że udane kawałki daje sie na bonusy, a te nudne znajdują miejsce na wersjach podstawowych? Chyba nigdy tego nie zrozumiem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;To nie jest zła płyta, niemniej czegoś jej brakuje. Przede wszystkim więcej przebojów poproszę no i koniecznie powtórki z rozrywki na miarę "Sail On" z wydawnictwa poprzedniego. Jako całość płyta z pewnością się broni. Jestem jednak zdania, ze mogło być zdecydowanie lepiej. Tak czy owak jest to chyba najbardziej urozmaicony album w dotychczasowej twórczości zespołu. Właściwie to dobrze bo świadczy to o tym, ze panowie chcą się rozwijać i za to im chwała. Nie zmienia to jednak mojego stanowiska, że ten album mógłby być zdecydowanie lepszy. Nudny początek, fajny środek i przebojowa końcówka. Niby tak jak być powinno. Pewne "ale" jednak pozostaje. Ode mnie mocne 8,5/10. Zwolennikom melodyjnego grania na pewno się spodoba.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-7388811138392270039?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/7388811138392270039/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/edens-curse-trinity-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/7388811138392270039'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/7388811138392270039'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/edens-curse-trinity-2011.html' title='Eden&apos;s Curse - Trinity (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='https://lh4.googleusercontent.com/--KowLBMv1QE/TYun9LiIFLI/AAAAAAAAAYY/6lst6VFZODA/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-282776388351621908</id><published>2011-03-23T19:10:00.000+01:00</published><updated>2011-03-23T19:10:47.380+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hard Rock'/><title type='text'>King Kobra - King Kobra (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh4.googleusercontent.com/-OBuqEs7bEO0/TYo3hZkc4ZI/AAAAAAAAAYU/638k2ZcZUdU/s1600/KING_KOBRA_-_King_Kobra_artwork.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="317" src="https://lh4.googleusercontent.com/-OBuqEs7bEO0/TYo3hZkc4ZI/AAAAAAAAAYU/638k2ZcZUdU/s320/KING_KOBRA_-_King_Kobra_artwork.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;King Kobra wraca na scenę. To zabrzmiało jak dobry żart, niemniej re-union ekipy Carmine'a Appice'a stał się faktem. Zespół ten został założony w 1984 roku przez wspomnianego wyżej drummera, związanego między innymi z takimi zespołami Vanilla Fudge, Cactus, bębnił także u Roda Stewarta, Ozzy'ego Osbourne'a, Michaela Angelo Batio czy wreszcie z Blue Murder. Appice założył zespół King Kobra tuż po tym jak opuścił on grupę Ozzy'ego Osbourne'a. Bardzo szybko nowy zespół nagrał dwie płyty: "Ready to Strike" (1985) i "Thrill of a Lifetime" (1986). Obydwa krążki wydała wytwórnia Capitol Records. Pewien rozgłos zyskał utwór "Iron Eagle (Never Say Die)", który znalazł się na ścieżce dzwiekowej do bardzo znanego i w naszym kraju "Iron Eagle". Na trzeci album zatytułowany "King Kobra III" ukazał się dwa lata poźniej, w roku 1988. Tuż po ukazaniu się tej płyty Carmine Appice zdecydował się na zawieszenie działalności zespołu i dołączył w 1989 roku do grupy Blue Murder, prowadzonej przez Johna Sykesa. Na długie lata nazwa King Kobra zniknęła z muzycznego firmamentu. Po raz pierwszy panowie przypomnieli o sobie w roku 1999, kiedy to ukazała się składanka "The Lost Years". I znów wszyscy myśleli, że niczego więcej ta grupa nie zaproponuje. Do czasu, kiedy to w 2001 roku światło dzienne ujrzał nowy krążek, zatytułowany "Hollywood Trash". I znów na długie lata zapadła cisza, bo w 2005 roku David Michael-Philips (gitarzysta) założył własny zespół Big Cock i nagrał płyte "Year Of The Cock". W tym samym roku ukazała się wspominkowa płyta King Kobra "Number One". Ponieważ wiosłowy na dobre zajął się własnym projektem, a pozostali muzycy odeszli do innych składów wydawało się, że więcej nie usłyszymy o tym zespole. Tak więc sporym zaskoczeniem, także dla mnie była zapowiedż nowego LP, zatytułowanego po prostu "King Kobra". Zespół wraca w niemalże oryginalnym składzie z roku 1985. Wokalistę Marka Free zastąpił wszystkim znany Paul Shortino. Zespół w tym składzie planuje występować wiosną i latem na festiwalach. Nie da się ukryć, że to prawdziwy all-star band i nikogo chyba nie zdziwi to co muzycy mówią o swoim najmłodszym dziecku. Zapowiedzi były obiecujące i buńczuczne. Nowy album ma być lepszy nawet od debiutanckiego "Ready To Strike". I choć do premiery jeszcze daleko - Frontiers Records planuje wydać ten krążek dopiero 15 kwietnia 2011, zajrzyjmy co też ten LP w sobie kryje. Rozpoczyna się utworem &lt;strong&gt;Rock This House&lt;/strong&gt;. Jak zwykle tak zatytułowane utwory muszą być energetyczne i przebojowe. I tak właśnie jest. Radosne, hard rockowe młócenie na bardzo wysokim poziomie. A najlepszy jest tu refren. Przyznam się, że bałem sie jak wypadnie tu wiekowy już Shortino. Niepotrzebnie bo jest w formie doskonałej. Główny riff następnego w kolejce &lt;strong&gt;Turn Up The Good (Times)&lt;/strong&gt; namolnie kojarzy mi się z pewnym bardzo znanym kawałkiem ekipy Axla Rose za czasów ich świetności. Nic w tym złego, a ja aż sie uśmiechnąłem. Po prostu spodobało mi się to i już. No i jeszcze mi sie ta płyta nie znudziła, a to już coś. Dodajmy do tego dudniąca sekcję i wspaniale śpiewajacego Paula. &lt;strong&gt;Live Forever&lt;/strong&gt; to bodaj jeden z najlepszych kawałków jakie słyszałem w tym roku. Nieco wolniejszy niż dwie torpedy otwierajace album ale ma jedną, ważną zaletę: jest po prostu "ładny" jeśli wiecie co chcę powiedzieć. Bardzo ale to bardzo podoba mi sie ten utwór. Czołówka roku i jeden z najlepszych na płycie. Brzęk tłuczonego szkła wita nas w &lt;strong&gt;Tear Down The Walls&lt;/strong&gt;. Typowy utwór dla lat '80 ze wspaniale grajacą w tle sekcją. No cóż, pora posypać głowę popiołem i oddać honor tej starej gwardii, która jak sie wydaje nagrała bardzo dobry album. Żadne tam odgrzewanie kotletów i skok na kase. Zamiast tego jest wszystko to, co być powinno. A to co się dzieje w &lt;strong&gt;This Is How We Roll&lt;/strong&gt; to jest mistrzostwo świata. Zespół złożony z weteranów zapędza młokosów do kąta i pokazuje im jasno i wyraźnie jak sie gra i kto jest "debeściakiem". W latach osiemdziesiątych kawałków z kobietą tytule było sporo. Nie mogło zabraknąć zatem takowego i na tym krążku. &lt;strong&gt;Midnight Woman&lt;/strong&gt; bo o nim mowa to nieco słabszy w gronie już odsłuchanych utworów ale może się podobać mniej wiecej w środku. Ozdobą jest także wspaniała solówka. Skoro ten LP miał być powrotem do korzeni i przebijać debiut to przydałoby się coś z Glam Rocka. Proszę bardzo, mamy &lt;strong&gt;We Got A Fever&lt;/strong&gt;. Nie przeszkadza w słuchaniu i odbiorze całości ale i też specjalnie nie porywa. Dużo lepszy będzie następny w kolejce, mocny, hard rockowy i z przebojowym refrenem &lt;strong&gt;Top Of The World&lt;/strong&gt;. Na pewno jeden z najlepszych utworów na płycie i kolejny hit. Posłuchajcie tej solówki! &lt;strong&gt;You Make It Easy&lt;/strong&gt; także może się spodobać, choć szkoda, że początek nie został pociągnięty dalej. Kolejny z nieco wolniejszych utworków na tym LP. Niemniej w środku utworu zaczyna robić się bardzo ciekawie. Te zwolnienie naprawde może się podobać. &lt;strong&gt;Cryin' Turns To Rain&lt;/strong&gt; z akustycznym ładnie się rozwija. Posłuchajcie ile serca włożył tu w swoje partie Shortino. On lubi śpiewać takie kawałki. Reszta kolegów bardzo się postarała, dając mu świetną melodię, a on zrobił resztę. Nie bijcie ale mam tu skojarzenie z tymi wolniejszymi utworami Aerosmith. Tu i ówdzie przemkną znajome nuty. To nie jest zarzut, wręcz przeciwnie, to ogromna zaleta tego utworu. Koncówka plyty to znakomity rocker &lt;strong&gt;Screamin' For More&lt;/strong&gt;. Super-energetyczny kawałek o który trudno podejrzewać starszych panów. Ale jednak. Na koniec zespół prezentuje znów kolejny, "ładny" utwór zatytułowany &lt;strong&gt;Fade Away&lt;/strong&gt;. Znakomite, przyjemne zakończenie płyty. Płyty trzeba przyznać - znakomitej. Moje wątpliwości budził powrót tych panów na muzyczną scenę. Niepotrzebnie. Ci panowie mimo podeszłego wieku udowadniają oni, że wciąż stać ich na nagranie porządnej, nie przynoszącej wstydu płyty. Re-union i powrót bardzo udany. Album roku to nie będzie ale z pewnoscią znajdzie sie w czołówce krążków roku 2011. Ja gorąco polecam. Ode mnie 9/10.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-282776388351621908?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/282776388351621908/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/king-kobra-king-kobra-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/282776388351621908'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/282776388351621908'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/king-kobra-king-kobra-2011.html' title='King Kobra - King Kobra (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='https://lh4.googleusercontent.com/-OBuqEs7bEO0/TYo3hZkc4ZI/AAAAAAAAAYU/638k2ZcZUdU/s72-c/KING_KOBRA_-_King_Kobra_artwork.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-4634737450357252225</id><published>2011-03-02T16:54:00.000+01:00</published><updated>2011-03-02T16:54:46.418+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Progressive Metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Progressive Rock'/><title type='text'>Presto Ballet - Invisible Places (2011)</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh6.googleusercontent.com/-khXV6WK8kLg/TW5oDByLQfI/AAAAAAAAAXQ/zyqmTF883sk/s1600/Presto+Ballet+-+Invisible+Places+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="https://lh6.googleusercontent.com/-khXV6WK8kLg/TW5oDByLQfI/AAAAAAAAAXQ/zyqmTF883sk/s320/Presto+Ballet+-+Invisible+Places+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Czy ktoś wie czym Kurdt Vanderhoof, na codzień gitarzysta thrash metalowej grupy Metal Church, zajmował się gdy akurat nie miał nic do roboty w swoim macierzystym zespole? Nie? No to Wam powiem. Ów całkiem niezły wioślarz i producent wymyślił sobie zupełnie coś innego. Założył drugi zespół o nazwie Presto Ballet. Z zespołami znanych muzyków przeważnie jest tak, że albo realizuje się w nich muzykę, będącą wszystkim tym czego nasłuchali się oni kiedyś, gdzieś tam albo robią w nich to co w swoich flagowych grupach, tyle, że podane to nieco inaczej. Vanderhoof w swojej drugiej grupie nie gra thrashu. Znudziło mu się? Może. Niemniej zawsze jednak podkreślał, że jego muzyczne korzenie sięgają czasów, gdy swoje wczesne płyty wydawały takie zespoły jak Yes, Genesis czy nawet Kansas. Zaskoczeni? No to posłuchajcie sobie jak to brzmi. Vanderhoof zaprosił do udziału kolegę z Metal Church, wokalistę Ronny'ego Munroe. Przyznam, że bałem się tego co może powstać. Nie umiałem sobie wyobrazić tego krzykacza w takiej muzyce. Tymczasem okazało się, że Ronny nie tylko świetnie dawał sobie radę jako wokalista Metal Church ale wspaniale "wpasował" się w klimaty progresywne. Co prawda swoim głosem zapędza się od czasu do czasu w rejony heavy metalowe ale to absolutnie nie przeszkadza w odbiorze płyty. Trzeba przyznać, płyty bardzo "ładnej" jeśli wiecie co chce powiedzieć. Wyobraźcie sobie brzmienie gitary Vanderhoofa, dodajcie Hammondy, syntezatorowe tła namolnie kojarzące się z Genesis, wspaniale grająca sekcję i głos Munroe. To jednak byłoby nic nie warte gdyby nie bardo ciekawe utwory, które znajdują się na tym LP. Mam bardzo poważne podejrzenie, że to jest wydawnictwo znacznie lepsze niż wydany w 2008 LP "The Lost Art of Time Travel". Bo musicie wiedzieć, że to nie jest żaden tam debiut, a trzeci już długograj nowej ekipy gitarzysty Metalowego Kościoła. Pierwszy wypiek Presto Ballet ukazał się w roku 2005, a więc tuż przed magicznym "A Light in the Dark". Debiut okazał sie być udany, czego wyrazem były bardzo przychylne i entuzjastyczne opinie krytyków. Ta płyta podobała mi się tak bardzo, że od razu łyknąłem przywoływaną tu płyte Metal Church. Dlaczego? Bo to nic innego jak heavy/thrashowe Presto Ballet, tyle, że z innym wokalistą. No ale do rzeczy. Czymże jest zawartość tych trzech płyt? Przede wszystkim, to co znajduje się na "Invisible Places", jest solidną dawką klasycznego rocka, zawierajacą ogromną paletę barw, rożnorakich nastrojów i bardzo ciekawych klimatów. Wymieszano to z tym co proponują młode, prog metalowe zespoły by wymienić tu tylko Bułgarów z Pantommind. Zaciekawia przestrzeń w jakiej to wszystko umieszczono. Nie ma tu ciasnoty i duchoty, bezruchu. Tu sytuacja w zasadzie cały czas sie zmienia. I to jest ogromnym urokiem tego wydawnictwa. Może rozpoczynający krążek &lt;strong&gt;Between The Lines&lt;/strong&gt; nie przemawia do mnie tak bardzo ale te klimaty a'la Genesis muszą się podobać. Jest tu też coś dotąd zarezerwowanego dla panów z Dream Theater i zastanawiam się co stałoby się z tym kawałkiem, gdyby to właśnie oni się nim zajęli. Nie bijcie mnie zbyt mocno za to, że słyszę tu także conieco z klimatów znanych z multiplatynowego "Brave New World". Myślę też, że tu mogłoby być nieco ciężej. Początek &lt;strong&gt;The Puzzle&lt;/strong&gt; jeszcze też do mnie nie przemawia ale po chwili zaczyna robić sie ciekawie. Fajnie wymieszano tu syntezatory przypominajace grę Tony Banksa, z pastelowymi tłami Pink Floyd, popisami na pianinie, jakie mogłyby spokojnie znaleźć się na prog metalowych krążkach, z niezbyt ciężkimi gitarami Kurdta i wspaniale śpiewającym Munroe. Znaleziono także pomysł na fajnie poprowadzoną melodię i wpadający w ucho refren. Wsłuchajcie się w grę sekcji. To co oni robią zasługuje na szacunek. I jeśli kręciłem nosem na początek albumu to w tym momencie nie mam sie do czego przyczepić. No i te wszechobecne tu Genesis. Tak grać też trzeba umieć. Zespół ani myślał tu zrzynać od swych starszych kolegów po fachu, to raczej jest bezpośrednia inspiracja, taka z uśmiechem i puszczeniem oczka do słuchacza. &lt;strong&gt;Sundancer&lt;/strong&gt; to już jest coś cięższego. Interesujace floydowskie tła i fajne gitary. Po chwili wszystko się uspokaja, do momentu gdy Ronny wchodzi z refrenem. Przyznam, że to w jaki sposób poradzono sobie z zaciekawieniem i wciagnieciem słuchacza, zadziałało bez pudła. Co stałoby się gdyby tu w refrenie zaśpiewał sam David Gilmoure, gdyby pozwolono mu rozwiązać to na jego modłę, nie wiem. Ale aż sie prosi o jego udział. No i te zwolnienie w stylu słynnego "Sheep". Potem znów jest ładnie i bardzo prog rockowo. I ten niesamowity Munroe. No wspaniale wpasował się tu w klimat. Koniecznie posłuchajcie tego utworu i zamknijcie oczy, dajcie mu się porwać, szczególnie końcówce. Panowie chyba pozazdroscili ekspresji prog metalowym zespołom, bo w &lt;strong&gt;Of Grand Design&lt;/strong&gt; stanęli na wysokości zadania. Mnogości pomysłów naprawdę możnaby pozazdrościć. No i nie moge przestać podziwiać Munroe. Facet po prostu śpiewa wspaniale. I jeszcze jedna ważna rzecz: prosze nie oczekiwać od Vanderhoofa gitarowych fajerwerków. Gra on bardzo prosto, bez mega-efektownych solówek i ekwilibrystycznych popisów. Jeśłi pojawiają się solówki to zwykle są one niezbyt rozbudowane i nieco umieszczone w tle. Jest to jeden z najdłuższych utworów na tym LP i trwa nieco ponad 12 minut. Nie zainteresował mnie wstęp do &lt;strong&gt;One Perfect Moment&lt;/strong&gt; ale im dalej w las tym robi sie ciekawiej. Zaprawione to wszystko po raz kolejny już efektownym refrenem. Gdzieś już słyszałem podobną melodię i gitary, tylko gdzie? Nie wiem ale brzmi to po prostu super. No i znów ten niesamowicie śpiewający Munroe. I czy tylko ja w &lt;strong&gt;All In All&lt;/strong&gt; słyszę echa Metal Church z roku 2006? Posłuchajcie tego kawałka uważnie. Te zwolnienie jest tu po prostu cudowne. Zaciekawia takze wymiana solówek między klawiszowcem i gitarzystą. Fajnie wypadłby tu duet z Bucem Dickinsonem. Wspaniale by sie tu nadawał, on umie śpiewać takie kawałki. Po raz kolejny zwróćcie uwage na refren. Wrażenie robią też syntezatory i floydowskie plamy tu i ówdzie. Bardzo powoli i akustycznie rozpoczyna się ostatni, najdłuższy na tym LP utwór zatytułowany &lt;strong&gt;No End To A Beginning&lt;/strong&gt;. Trwa sporo ponad dwanaście minut i naprawdę sporo się w nim dzieje. Znów genialny refren, znów echa Metal Church, znów syntezatory jak spod palców Banksa i znów gromada pomysłów. Bardzo mi się podobają melodie jakie Kurdt napisał do tego utworu i na całą płytę. Jakże fajnie wypadają na tle Ronny'ego, który śpiewa na tym wydawnictwie bardzo spokojnie, luźno, nie stara się napinać i prężyć muskułów. Trzeba przyznać, że jego głos doskonale pasuje do tego rodzaju muzyki. Bo Munroe wielkim wokalistą jest i basta. Swobodnie operuje w klimatach zarezerwowanych z jednej strony dla Gilmoure'a i Dickinsona z drugiej. Czasem przyciska mocniej ale to nic, on doskonale wiedział kiedy może sobie na to pozwolić. Zaśpiwał na tej płycie naprawdę znakomicie.&lt;br /&gt;Bardzo ale to bardzo przyjemna i lekka płyta. Zawiera w sobie najróżniejsze barwy spod znaku klasycznego rocka, jest melodyjna i łatwa w odbiorze mimo swojej zawartości. Absolutnie nie męczy i spokojnie można ją polecić każdemu, kto lubuje się w takowym, "starym" graniu. Jasne, można powiedzieć, że jest wtórna. Tyle, że kogo to obchodzi skoro niewiele ekip tak gra? Myslę, że warto takiej muzyki sobie posłuchać, zwłaszcza, że album jest po prostu świetny. Pod względem produkcyjnym, mimo swojego "analogowego" klimatu także nie można się przyczepić. Wszystko ma tu swoje miejsce i nikt nie wpycha sie przed szereg. Uważam, ze to wydawnictwo znajdzie się w ścisłej czołówce podsumowań za rok 2011. Gorąco zachęcam do zapoznania się, nikt nie powinien być rozczarowany. Ten Lp jest dokładnie taki jak jego okładka. Wyciągnijcie się wygodnie, wciśnijcie "Play" i dajcie się zaczarować. Ocena maksymalna.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1980681599837610651-4634737450357252225?l=vincentsmetalcorner.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/feeds/4634737450357252225/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/presto-ballet-invisible-places-2011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4634737450357252225'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1980681599837610651/posts/default/4634737450357252225'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://vincentsmetalcorner.blogspot.com/2011/03/presto-ballet-invisible-places-2011.html' title='Presto Ballet - Invisible Places (2011)'/><author><name>Vincent</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05670787319160597222</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-f17yX8tyufo/TfHmNicoBCI/AAAAAAAAAac/VA0niouJAy0/s220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='https://lh6.googleusercontent.com/-khXV6WK8kLg/TW5oDByLQfI/AAAAAAAAAXQ/zyqmTF883sk/s72-c/Presto+Ballet+-+Invisible+Places+%25282011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1980681599837610651.post-6566158083201113810</id><published>2011-02-25T11:53:00.000+01:00</published><updated>2011-02-25T11:53:22.161+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Heavy Metal'/><title type='text'>Jag Panzer - Scourge of the Light (2011)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-G_K2zMpVzik/TWeJ42mYWYI/AAAAAAAAAXM/RSRvohhxEwg/s1600/Jag+Panzer+-+Scourge+Of+The+Light+%25282011%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-G_K2zMpVzik/TWeJ42mYWYI/AAAAAAAAAXM/RSRvohhxEwg/s320/Jag+Panzer+-+Scourge+Of+The+Light+%25282011%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Uch, aż sześć lat minęło od wydania ostatniego dzieła Jag Panzer, zatytułowanego "Casting the Stones". Na swój muzyczny powrót zespół kazał długo czekać swoim fanom. Przyznam, ze jak większość znałem zapowiedzi, że zamierzają znów nagrać płytę. I fajnie z wyjątkiem jednego ale. Otóż takie powroty bywają różne. Czasem są genialne, czasem są zupełną, nikomu niepotrzebną totalną klapą, czasem nowy album jest zwyczajnie inny, a kiedy indziej bywa on zwrotem w stronę czegoś zupełnie innego. Wybaczcie mi ale nie będę odwoływał się do poprzedniego LP tej amerykańskiej ekipy. Uważam, że to nie jest konieczne z conajmniej kilku powodów. I przykro jest mi pisać, że to właściwie już nie jest "te" Jag Panzer, które wszyscy znamy. "Scourge of the Light" to album bardzo pompatyczny, wzniosły, do przesady romantyczny, zadumany ze sporą dozą nostalgii i zaprawione to wszystko graniem progresywnym. Jednym słowem można określić go jako "słitaśny". Co się stało z tym zespołem - nie wiem. Nie chce mi się wierzyć, że nie można było zastąpić wakatu po Brodericku. Po drugie dlaczego ci panowie usiłują na siłę grać epicko, gdy nie zawsze to się udaje? Wybaczcie mi ale wkurza mnie te naśladowanie amerykańskiego Warrior z płyty "The Code of Life". To co się udało tam nie wypaliło tu. Powód jest właściwie jeden - brak pomysłów na to "coś". Na pociągnięcie atmosfery, która tu i ówdzie ładnie się krystalizuje. Nie mam tu na myśli straszliwego męczenia się Conklina w &lt;strong&gt;Condemned to Fight&lt;/strong&gt;. Niby wszystko jest na właściwym miejscu i właściwie brzmi w porządku ale te silenie się na nadanie tej kompozycji epickiego charakteru doprowadza mnie do szału. Nie zrozumcie mnie źle: to jest bardzo dobry kawałek i noga sama tupie, niemniej jednak ten refren można było chyba jakoś ładniej rozwiazać i nie byłoby powodów do czepiania się. A to, że można było to zrobić zespół udowodnił w &lt;strong&gt;The Setting of the Sun&lt;/strong&gt;. Jest majestatycznie, królewsko, bardzo wolno i dostojnie. Cholera, dlaczego cała płyta nie jest właśnie taka? Posłuchajcie tych partii smyczków w tle, jak ładnie uzupełniają ten utwór. Bardzo żałuję, że nie pociągnięto tego dalej w &lt;strong&gt;Bringing on the End&lt;/strong&gt;. Ba mało tego. Moim zdaniem tymi wokalami Harry Conklin wszystko psuje. Raz bardzo mocno, potem znów lżej, miękko i łagodnie. Eeeeee.... Szlag mnie trafił przy tym zwolnieniu. Ja nie oczekiwałem płyty, która mnie zniszczy, rozbije i zamiecie pod dywan ale to co tu sie dzieje absolutnie mnie nie przekonuje. Silenie się na granie stricte progresywne nie wychodzi temu zespołowi na dobre i zupełnie mnie nie przekonuje. Jest cała masa zespołów, które robią to dużo lepiej i Jag Panzer nie powinien być jednym &amp;nbsp;nich. Podniosły mi się skrzydełka przy bardzo fajnym i takim bardzo brytyjskim &lt;strong&gt;Call to Arms&lt;/strong&gt;. Dlaczego, dlaczego spieprzono ten ładnie rozwijający się kawałek takim paskudnym refrenem? Po jakie licho aż tyle lukru do tego? Po co? Wiecie czego ja oczekiwałem od tej płyty? Takich morderczych i agresywnych utworów jak &lt;strong&gt;Cycles&lt;/strong&gt;. Zespół postarał się jednak i tu o dobijający refren. Czy nie można było tu dać czegoś prostszego, fajniejszego? Zamiast tego dostajemy kolejny, lukrowany niczym pączek, refren. Fajnie, każdy lubi wrzucić na ruszt cosik słodkiego ale to już jest przesada. Wielka szkoda bo refreny w Jag Panzer zawsze były wizytówką utworów. Nie podoba mi się także ten do przesady rycerski i patetyczny &lt;strong&gt;Overlord&lt;/strong&gt;. Takich kompozycji i tak grajacych zespołów nie brakuje. Jag Panzer nie powinien być jednym z nich bo konkurencja jest o klasę lepsza. Do tego znów te męczące, wysokie wokale Conklina. Jestem zdania, że wokalista nie miał pomysłu na swoje partię i po prostu odwalił te robote z marszu, przykładając się do niej tylko w nielicznych momentach. Wkurza mnie także tło tego utworu. No aż się chce przewinąć ten kawałek i włączyć następny. Tyle, że i w &lt;strong&gt;Let It Out&lt;/strong&gt; nie ma niestety czego słuchać. Taki tam heavy metalowy utworek i nic poza tym. Nie, nie i jeszcze raz nie. 
